bese1
21.04.06, 14:21
Nie wiem od czego zacząć. Musze się komuś wyżalić...
Pare lat temu zakochałam się ze wzajemnością. Byliśmy ze sobą 3 lata. Wielka
miłość, wielka namietność, nie widzieliśmy świata poza sobą. Ja wpatrzona w
niego, on we mnie... Czułam się w jego towarzystwie cudownie. Bylismy
nierozłaczni. Mogliśmy ze soba przebywać non stop. Było tylko jedno ale, a
mianowicie był strasznie konfliktowy. Ja jestem osobą, która nie lubi
sprzeczek wiec często przymykałam oko na niektóre sprawy. Poza tym on chciał
miec mnie tylko dla siebie. Z jednej strony cieszyłam się,że tak bardzo mnie
kocha, ale z drugiej strony przeszkadzało mi to,że nawet potrafił sie pokłócić
z moimi rodzicami. Wszyscy na około nie mieli racji tylko zawsze On. W końcu
zaczęło mi to bardzo przeszkadzać. Chociaz bardzo, ale to bardzo go KOCHAłAM,
jak nikogo na świecie, postanowiłam zerwać z nim... Nie mogłabym życ z osobą,
która kłóci sie z cała rodziną, przyjaciółmi i chce zamknać mnie w złotej
klatce...
Poprosiłam go, żeby do mnie przyjechał bo musze z nim poważnie porozmawiać.
Przyjechał bardzo elegandzki... I własnie w tym dniu, kiedy postanowiłm z nim
zerwac, On mi sie oświadczył. Kupił mi kosz pięknych róż i sliczny pierścionek
z brylantem. To było straszne doświadczenie. Kazda kobieta marzy o takich
zareczynach - a ja w takim momencie powiedziałam NIE :(
Rozum zawładną nad uczuciami. Było mi strasznie cięzko. Płakałam codziennie,
trudno mi było dojść do siebie przez pare miesięcy. Ale przyszły w końcu
wakacje, długie dni, spacery z moja przyjaciółka, dyskoteki - jakoś musiałam
to wszystko odreagować...
Poznałysmy dosyć "rozrywkowe" towarzystwo. Było fajnie - zabawa, ogniska,
wyjazdy na mazury. Poznaam chłopaka. Był w porzadku. Rozśmieszał mnie - dusza
towarzystwa... I tak od wakacji do grudnia było fajnie i wesoło... I własnie
wtedy (w grudniu) tak sobie pomyslałam, że samą zabawa nie można żyć. A
chłopak z którym byłam - owszem był fajny, ale nie miał powaznych palnów na
życie. Żył dniem dzisiejszym - chociaz starszy ode mnie o 6 lat. Pomyślałam,
że po sywestrze rozstaniemy się. I tak nie było miedzy nami wielkiego uczucia.
Ale po sylwestrze okazało się, że jestem w ciąży. To był szok!!! Ale nie
zmartwiłam się - cieszyłam się, że będę miała dzieciątko. W sumie byłam juz na
5 roku studiów więc nie musiałam przerywać nauki. Byłam taka szczęsliwa :-)
Kiedy moj chłopak się dowiedział,że będziemy mieli dziecko powiedział,że
pobierzemy się. Zgodziłam się... (teraz sama nie wiem dlaczego???)
Powiedziałam dobrze. Chyba dlatego,że gdzieś podświadomie nie chciałam byc
panną z dzieckiem.
Moje zaręczyny były okropne - chyba gorszych nie mogło być - poprostu
przyjechał (w jeansach i bluzie), wszedł do mnie do pokoju, zamknął dzrwi i
powiedział "chyba nie muszę się oświadczać, bo i tak wiadomo, że sie
pobierzemy he he he" i dał mi pierścionek. Zero kwiatów dla mnie, dla mamy.
Ale ok, nie ważne - teraz z perspektywy czasu, wiem że nie powinnam się
zgodzić - ale powiedział TAK.
Wesele mieliśmy duże. Ode mnie zaproszona rodzina, przyjaciele, z jego strony
głównie koledzy. Jak wyglądało moje wesele hmm... W sumie bawiałam się sama
tzn. bez męża. On wolał towarzystwo kolegów. Rewelacja. Ale oczywiście on mnie
"kocha", jestem najwspanialsza kobieta w jego zyciu!!! Tak, tak... Wtedy na to
w ten sposób nie patrzyłam. Oczywiście jak zwykle przymykałam oczy...
Tydzień po ślubie mąż wyjechał z kolegami na mazury, a ja zostałam w domu sama
w ciązy. Ze mna na tzw. miesiąc miodowy nigdzie nie pojechał. Później
wymyslił,że sprzedamy mieszkanie i przeprowadzimy sie do jego rodziców...Nie
będę opisywac co tam sie działo, bo nie chę do tego wracać pamięcią. Powiem
tylko tyle, że nigdy go nie było w domu. Urodziała wspaniałego synka i
wiecznie bylismy sami :( Pewnego dnia powiedziałam dość i wyprowadziłam sie do
rodziców. On za bardzo sie nie przejął. Owszem cały czas twierdził,że mnie
kocha itp. Ale wcale nie walczył o nasze małżeństwo. Było mi cięzko - ale
wolałam rozstanie niż bycie z kimś kogo i tak nigdy nie było. Co robił? Lepiej
nie wnikać...
I wtedy spotkałam mojego byłego mężczyznę. Wszystko wróciło... Uczucie,
miłość, namietność. Wiedział, że jestem po rozstaniu z mężem, że mam dziecko.
Nie przeszkadzało mu to. Odzyskałam radość życia. Jaka ja była szczęśliwa,
uśmiechnięta. On twierdził, że te ponad dwa lata wiele jego zmieniły, dojrzał
i faktycznie był dla wszystkich na około miły, nie kłóciliśmy się. Myślałam o
nim na okrągło. Cóz do szczescia mi mogło brakowąc? Pomyślałam mam synka,
którego kocham ponad wszystko i męzczyznę, który był "od zawsze" miłościa
mojego życia. Planowaliśmy wspólną przyszłość... Niestety sielanka trwała
niecały rok. Znowu zaczął się ze mną kłócić, z moimi rodzicami, ze swoimi....
Powiedziałam po raz drugi NIE to jest KONIEC! Mój synek nie bedzie wychowywał
się w rodzinie która sie cały czas kłóci!!! Moje dzieciątko jest dla mnie
najważniejdze i choć znowu okropnie cierpiałam - zerwałam z nim...
Obecnie jestem z mężczyzną, który jest bardzo dobrym człowiekiem, kocha moje
dzieciątko i mnie, jest inteligentny, przystojny, chce założyć ze mną rodzinę,
zamieszkać...Wszystko jest tak, jak powinno być - tylko ja juz chyba nie umiem
kochać :( jestem sama na siebie zła, co mam robić. Chciałabym go pokochać -
naprawdę staram się z całych sił, ale mi nie wychodzi. Niedługo zamieszkamy
razem, wiem że pewnie niedługo oświadczy mi się, ale ja nic kompletnie nic do
niego nie czuję...
Zastanawiam się czy, kiedykolwiek będę umiała coś poczuć do innego mężczyzny,
do niego... Całą swoją miłość przelałam na synka. Kocham, go całym sercem,
cała duszą i oddałabym za niego życie.
Chciałabym normalnie żyć - nie wiem co mam robić, naprawdę. Nie oszukuję
mojego mężczyzny,że go kocham. Kiedys mu powiedziałam, że nic do niego nie
czuje, a on powiedział,że bedzie czekać...ze mnie kocha...czy to niewspaniałe?
Ja sama jak na to wszystko patrzę z boku, to każda by chciała mieć takiego
mężczyznę. Ale serce nie sługa...Co ja na to poradzę...
Jeszcze wspomnę, że mój pierwszy mężczyzna walczył o moje uczucia, przesyłał
mi kwiaty (kosze kwiatów)i 4 miesiące temu poprosił o spotaknie chociaż na 5
minut i co sie stało znowu mi sie oświadczył... Boże jak mi jest ciężko. Bo go
tak strasznie kocham, a nie mogę z nim być!!! Rozum mówi co innego niż serce...
Los mnie doswiadcza - nie tylko pod tym względem (ale o tym nie będę pisać).
Jedno napewno wiem - mój synek jest najważniejszy i wszystko będę robić, żeby
to On własnie był szczęśliwy. Obecny mężczyzna kocha go ze wzajemnością synka
i dlatego jestem z nim...ale co będzie dalej trudno powiedzieć. On tez nie
zasługuje na kobiete któtra go nie kocha - można byłoby pomyśleć,że jestem
okropna... Co mam robić, dlaczego tak musi być???!!!