Gość: Xanatos
IP: 195.92.39.*
16.05.03, 10:32
Istniał pewien geniusz. Człowiek tak inteligentny, że potrafił skraść myśli
Bogu. Znalazł do nich drogę. Nie potrzebny był mu łańcuch by się do nich
dostać. Zerwał jabłko z zakazanego drzewa boskiej wiedzy.
Nie mógł on patrzeć na ludzkie cierpienie na ziemi. Brzydziło go to. Czyniło
świat nieczystym. Dlatego chciał go oczyścić.
Długo pracował nad machiną, która miała odebrać wszystkim ludziom ból i
uszczęśliwić ich. Na tablicach pisał setki długich wzorów i budował dzieło
swego życia. Wreszcie ukończył je. Szkopuł był jednak taki, że ze wzoru
wynikała potrzeba paru ludzi, którzy wzięliby na siebie ból tego świata.
Nie wiedział skąd ich wziąć. Ktoś poradził mu, żeby dał ogłoszenie w gazecie.
Gdy dał je zgłosili się do niego masochiści oraz święci. Potrzebował ich
osiemdziesięciu siedmiu. Nie pytajcie mnie dlaczego akurat tak liczba była mu
potrzebna, bo nie znam się na matematyce oraz na boskim geniuszu.
Wytłumaczył im, że czeka ich ogromny ból. Tak ogromny, że mogą go nie
przeżyć. Umieścił ich w sali w której stała jego cudowna machina. Spytał się
jeszcze raz czy się godzą. Nikt nie odszedł.
W końcu włączył machinę, która zaczęła odbierać wszystkim ludziom na całym
świecie ich cierpienie i oddawać go wybrańcom. Owym ochotnikom od zbawienia
świata od bólu. Geniusz patrzył jak ich twarze nabierają nieludzkich
grymasów. Czuł ich rozpacz. Potem zaczęli płonąć, lecz nie ogniem. Czym co
mogło się nim wydawać, ale nim nie było. Krzyczeli spalając się. Gdy wypalili
się do końca znikli, a z nimi razem wszyscy ludzie na całym świecie. Dzieci,
starcy, kobiety i mężczyźni. Nawet geniusz od machiny.