dodada
12.04.07, 22:20
Pewien Europejczyk wyjechał na Daleki Wschód i zakochał się po uszy w pięknej
Chince.
Wróciwszy do domu, czekał z utęsknieniem na list od ukochanej. Po jakimś
czasie przyszedł rzeczywiście wyczekiwany list - pisany chińszczyzną. Nic z
tego nie rozumiał, ale wiedział, że jest to znak odwzajemnionej miłości.
Poświadczył mu to zresztą tłumacz przysięgły. Pośrednictwo trzeciej osoby nie
było jednak najwygodniejszym rozwiązaniem, więc zaczął sam studiować język
chiński.
Miłość pchała go do szybkiego postępu w nauce. I w istocie już po paru latach
mógł swobodnie odczytywać chińskie znaki.
Ale nasz Europejczyk tak się rozmiłował w tym egzotycznym języku, że wkrótce
został profesorem i docentem w katedrze literatury chińskiej.
Niestety, w tym czasie zdążył zapomnieć o zasadniczej przyczynie nauki owego
obcego języka. No cóż? Zakochał się w literze, a zapomniał o sercu; oddał się
nauczaniu, a przestał być tym, który kocha.