Gość: Evita
IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl
14.08.03, 20:52
Dziewczyny, poradźcie mi co mam zrobic.
Jestesmy razem 3 lata, dotychczas wszystko było b dobrze, praktycznie nigdy
sie nie kłócilismy, odpowiadamy sobie pod wieloma względami, pasujemy,
młodzi, wykształceni, z perspektywami, rodziny akceptują, no, słowem mucha
nie siada.
Mieszkalismy razem przez rok (za granicą), ale po powrocie kazde poszlo do
siebie - tzn ja do siebie, on do rodzicow. Mieszkamy blisko i mozemy sie
widywac czesto, ale to nie to samo, co mieszkanie razem.
Wiele razy mu mówiłam i żartem i serio, ze zapraszam, że możemy razem
zamieszkac, etc. On ciagle sie wymiguje, mowi, ze jestesmy za młodzi "zeby
sie tak wiązac", że jest czas. A mnie po prostu trafia jak spedzam kolejny
wieczor sama, jak sama musze siedziec przy stole, sama spac itp.
Jemu jest dobrze u mamy, ktora poda obiadek, sprzatnie, wypierze i uprasuje.
on tam nie musi robic NIC, po prostu moze sobie byc, a oprocz tego ma kawał
ogrodu, psa i różne atrakcje. Ja mam mieszkanie w bloku, ładne, no, ale to
blok. On jest 2 lata młodszy i wlasnie skonczyl studia. teoretycznie moglby
sie usamodzielnic, ale... chyba mu sie nie chce bo w domu wygodnie.
nie wiadomo, kiedy mu sie zachce i czy w ogole, w koncu mieszkanie w bloku
nijak sie ma do wygod wielkiego domu. no i ja nie bede kolo niego skakac i
uslugiwac.
No i co mam zrobic? nie wiem, czy on naprawde chce ze mna byc -
gadanie "kocham" nie poparte dzialaniami, po jakims czasie sie dewaluuje.
Zaczynam podejrzewac, ze po prostu bierze mnie na przeczekanie, ze bylam mu
potrzebna do konca studiow (wiecie, notatki, dobre rady, itp), a teraz w
zasadzie juz nie jestem.
Problem jest taki, ze ja naprawde i bardzo szczerze go pokochałam, wydawało
mi sie, ze on tez, ze jestesmy szczesliwi, bo sie tak dobralismy. No, ale jak
wytłumaczyc to, ze on przedklada rzeczy typu metraż domu, ogród i inne nad
bycie ze swoja (kochana?) dziewczyna?? Nie przeszkadza mu to, ze widzimy sie
po 2-3 godziny dziennie, ze nie spotykamy sie, nie wychodzimy. Niby teraz
jest zajety, bo pisze magisterke, ale u mnie ma takie same albo i lepsze
warunki (cisza, ktorej tam nie ma).
Brak seksu tez mu nie przeszkadza, on twierdzi ze zawsze moze i "zwala" na
mnie odpowiedzialnosc za dluzsze przestoje, ze niby to mnie sie nie chce. No,
a jak ma sie chciec, jak w gre wchodzi tylko 15 min sexik w ciagu dnia, bo
przeciez on musi do domu. Nie zostanie na noc, no bo co powie rodzina
(przypominam, ze mieszkalismy pod jednym dachem rok!).
Na romantyczna kolacje, swiece, wino i coś potem nie ma szans praktycznie, no
bo on nie ma czasu, jest zajety, chce odwalic te pracę itp.
Ja tez mam swoje sprawy, a mimo wszystko zawsze jestem gotowa sie z nim
spotkac, spedzic pol dnia albo i wiecej. na wszystkie proszone obiadki i inne
deserki do jego domu przychodze, ale jak mamy pojechac do moich rodzicow to
mowi, ze bedzie miał "dzien wyciety z zyciorysu" (moi rodzice mieszkaja w
odleglosci 100 km!).
Poza tym nie powie, co naprawde mysli i czuje, czy w ogóle chce byc ze mną.
niby mowi, ze mu zalezy, ale jakos tak moim zdaniem słabo to wyraża. Nie
mowi, ze nie chce, ale pytany o ewentualne zacieśnianie więzów mowi "nie
wiem". o slubie nawet nie wspominam, zreszta, czy w ogole to jest Mr Right?
A ja - chcialabym po prostu nie byc sama w duzym mieszkaniu, wracac do kogos
a nie do 4 scian. poza tym ile jeszcze mialabym czekac? takie "odwiedzanki"
nie sa dla mnie atrakcyjne, bo ja nie potrzebuje chłopca, który mnie
odprowadzi pod drzwi tylko faceta, ktory bedzie ze mna na dobre i na złe.
A moze ja powinnam sobie znalezc kogos innego? zazwyczaj nie miałam problemów
z zainteresowaniem facetow, tylko ze po 3 latach mogłam troche zapomniec, jak
to sie robi. Z jednej strony początki związku zawsze sa najbardziej
fascyjnujące i "chemiczne", a z drugiej nie wiem, czy mam siłę przechodzic
przez kolejne proby, rozczarowania, roznych popaprańców, ktorzy z kolei beda
ze mna dla kasy lub po to, zeby nie musiec wynajmowac mieszkania...
No, kocham go, ale ile jeszcze mam czekac az on dojrzeje? a jak za 3 lata mi
powie, ze to jednak nie "TO" i wtedy, będąc pod 30tke bede musiała zacząć
szukac kogos nowego? Nie chodzi o to, zebym sie bała staropanieństwa,
bardziej o to, ze miło jest dzielić z kims zycie, prawda? Owszem, mogę
zagryźć zeby, poświęcić sie pracy, robić karierę przez duże K i nie zajmować
sie takimi bzdurami jak faceci. Tylko, ze za pare lat bede pewnie
sfrustrowaną bogatą babą i po powrocie do domu nie bede miała do kogo sie
odezwac. a ja bym chciała miec wszystko w rownowadze, dom, rodzine, prace i
normalnie spokojnie sobie zyc.
No i co mi powiecie, koleżanki? Jak Wam podpowiada intuicja? Zostawiac,
czekac, ile czekac? Stawianie mu ultimatum nie bardzo mi odpowiada, bo nie
chcę, zeby potem wyszło, ze go zmusiłam do czegos, a on nigdy nie był
szczęśliwy. Jak rozwiązać to z godnością, zeby samej wobec siebie sie nie
wstydzic, ale tez zeby nie zaprzepascic związku do tej pory dobrego.
Nie wiem, czy byłabym w stanie ciągnąć to z zamiarem przeskoczenia na inny
kwiatek jak sie trafi. raczej nie, wole szczere układy. Przez te 3 lata nie
spojrzałam na żadnego innego faceta, bo myślałam, ze juz swoją połówkę
znalazłam.
Prosze, napiszcie, co myślicie, co mi radzicie. A jak Wasze doświadczenia?
Dzięki z góry, pozdrawiam