Gość: uska
IP: 217.97.220.*
22.08.03, 23:46
Jesteśmy małżeństwem ponad 15 lat. Od początku mąż nie znosił rozmów
dotyczących zachowań ludzkich, psychiki itd. Gdy czasami było mi smutno,
czułam, że jestem "w dołku" prosiłam, aby mi pomógł. Chciałam porozmawiać o
tym co czuję, co mnie gnębi. Nie było mowy. Miał stałą odpowiedź: masz
problemy ze swoją psychiką to idź do psychiatry. Powtarzał to ilekroć
kierowałam rozmowę na tematy nie związane ze sprawami materialnymi. W końcu
było tak źle, że przez jakiś czas czułam się nikim. Byłam potwornie
zakompleksiona, wierzyłam nawet, że wymagam faktycznie leczenia
psychiatrycznego - skoro ciągle mnie o tym przekonywał. Niekiedy była w jego
oczach miłość a niekiedy pogarda i zniecierpliwienie. Nie znosił i nie znosi
słabości. Dla niego czarne to czarne a białe to białe. Nie ma kolorów
pośrednich nie ma doszukiwania się we wszystkim jakiejś głębi. To według
niego czyste zawracanie głowy. Myślę, że jest największym sztywniakiem
jakiego w życiu spotkałam. Oczywiście nie jest potworem i ma też wiele
zalet. Czuję, że mnie kocha i nasze dzieteczki. Ale jest tak bardzo
uzależniony od pewnych zasad, norm, które sam sobie narzucił. Nie potrafi
być swobodny, wyluzować się. Jest i był zawsze bardzo zasadniczy. Nie było
mowy nigdy o objęciu mnie w miejscu publicznym ani nawet o wypiciu kawy w
kawiarni. Pierwszy raz zgodził się tam iść po 10 latach! Miałam i mam
wrażenie że urodził się "40-latkiem" i takim pozostał. Nie miałam ojca i
potrzewbowałam właśnie kogoś tak poważnego. Kochałam go i nadal bardzo
kocham, ale niekiedy pewne zachowania są nie do zniesienia. Gdy proszę, aby
ze mną porozmawiał, po paru minutach przestaje mnie słuchać. Dziś poprosiłam
męża, aby nie krytykował mnie tak bezustannie (kilka razy dziennie słyszę
uwagi typu: nieciekawie wyglądasz w tej bluzce, uczesz włosy, zmęczona
jesteś-tak blado wyglądasz... ; nie ma pochwał albo jest ich bardzo
niewiele - zwróciły na to uwagę także moje dzieci!) Więc, gdy powiedziałam
dziś, że naprawdę jest mi przykro, z powodu tych nieustannych krytycznych
słów pod moim adresem - dowiedziałam się, że to dewiacja z mojej strony i że
powinnam z tym walczyć. I jak tu przekonać kogoś, kogo się kocha, że
chciałoby się czasem usłyszeć coś miłego.... Czy macie jakiś pomysł? U
nas w domu jest wszystko OK tylko wtedy, gdy nie ośmielę się zwrócić mężowi
na cokolwiek uwagę, gdy go chwalę itp. Nie mam prawa źle się czuć, jestm
poważnie chora i czasem bardzo cierpię ale boję się o tym wspomnieć bo wiem,
że popatrzy wzrokiem zniecierpliwionym i się nie odezwie, albo szybko zmieni
temat! Smutno mi. USKA