marek_2nd
10.08.08, 14:40
Cóż, zacznijmy od tego, że po prostu muszę się wygadać. A może przy okazji przeczytam jaką sensowną radę, jakąś pocieszającą myśl?... Tak więc od początku.
Sprawy formalne: mam nieznacznie ponad 30 lat, jestem samotny, mieszkam w jednym z największych miast naszego pięknego kraju.
Poznałem ich jakieś 4 lata temu. Od pierwszej chwili wiedziałem, że to jest Ona, właśnie ta, na którą warto czekać całe życie. Niestety była z nim więc nie pozostało mi nic poza cichym wzdychaniem do Niej. Nie miałem intencji rozbijania tego, co było między nimi. Myślałem, że pewnie są szczęsliwi więc byłem dla nich obojga zwykłym kolegą. Nie podejmowałem żadnych prób.
Z czasem dowiedziałem się, że ich związek nie jest szczególnie udany a Ona czuje się zaniedbywana, niepotrzebna swojemu narzeczonemu. Po kilkunastu latach związku (byli ze sobą od czasów szkoły średniej!) nie było w nim niczego poza rutyną, przyzwyczajeniem i obowiązkami.
W miedzyczasie moja relacja z Nią bardzo się zacieśniła. O ile jego po prostu znałem (nawet nie byliśmy kolegami) to ja i Ona stworzyliśmy parę najlepszych przyjaciół.
W końcu ja powiedziałem Jej co do Niej czuję a Ona przyznała, że gdyby jego nie było...
Jednak po jakimś czasie, mimo, że on wciąż był, wszedłem w rolę "tego trzeciego". Oni wciąż byli ze sobą, mieszkali razem a ja... ja poświęcałem Jej każdą chwilę, której on Jej (nam) nie zabierał. Spotykaliśmy się na spacerach, rozmawialiśmy godzinami, przytulaliśmy się, itd... Ze mną spędzała więcej czasu niż z nim, nie mówiąc już o ilości rozmów. Podobno wcześniej nie doznała takiej bliskości, nie wiedziała jak kojące może być przytulić się do kogoś, kto naprawdę kocha i szanuje.
Prosiłem by go zostawiła. Na próżno - byłem "najważniejszy" a on "nic nie znaczył" ale nie była w stanie podjąć takiej decyzji. Bała się utraty przyjaciół, reakcji rodziców, nie umiała zrobić tego komuś, z kim była już ponad 10 lat. Całe dorosłe życie. Mówiła, że on o Nią nie dba ale Ją kocha i będzie cierpiał.
I tak to trwało. Byliśmy coraz bliżej ale bez szans na ten decydujący krok. W końcu doszło do sytuacji, gdy nasza bliskość była tak wielka, że trzeba było coś z tym zrobić. Ona to rozumiała - teraz trzeba było albo zerwać z nim, albo zabić naszą miłość. Wybrała oddalenie ode mnie i próbę naprawy wraku ich narzeczeństwa. "To nie twoja wina, moje uczucia się nie zmieniły ale nie umiem tak dłużej" - powiedziała. Złamała mi serce. Lepiej nie pisać jakie wtedy mnie nachodziły mysli - dość powiedzieć, że było ciężko.
Oddaliła się uczuciowo, zrezygnowała z jakichkolwiek oznak czułości, bliskości. Widziałem, że inwestuje uczucia w niego.
Ale wciąż się widywaliśmy, często i długo. Ale na stopie przyjacielskiej. Oczywiście starałem się przekonywać Ją, że to błąd, że po kilkunastu latach nie wykrzesze z niego czegoś, czego nigdy w nim nie było. Jednak była nieugięta - poza krótkimi chwilami słabości, gdy widziałem, że za krótkim, zdecydowanym i okrótnym "nie" kłebią się wątpliwości wydawała się twarda, zdecydowana i zdeterminowana do pozostania z nim na zawsze.
Czas mijał a Jej i jemu coraz mniej wychodziło staranie się i naprawianie związku. W końcu, w dramatycznych okolicznościach (chciałem zerwać całkowicie znajomość by nie cierpieć więcej - wpadła w panikę - "nie chcę być sama, z kim będę spędzać cały ten czas, kto będzie moim przyjacielem?") wróciliśmy do siebie. Znaczy Ona, ja i, niestety, wciąż on.
Znowu byliśmy blisko, bliżej niż poprzednio. Nie wiedziałem, że to możliwe ale tak było. I znowu prosiłem by go zostawiła. Znowu bez skutku. Tak jak wcześniej spędzaliśmy ze sobą całe dnie, których on nie mógł (po części nie mógł, po częsci nie chciał) Jej poświęcać.
W końcu osiągnęliśmy taką bliskość, jakiej, jak sądzę, w niejednym związku nigdy nie było i... kilka dni temu decyzja - "nie umiem tak żyć, to nie twoja wina, musimy to skończyć, najlepiej będzie gdy mnie znienawidzisz".
Tym razem Ona nie chce już mnie widywać, koniec z relacją przyjacielską, traktuje mnie chłodno, czasem z wrogością. Łudzę się, że to nie są jej prawdziwe uczucia bo nie można tak w ciągu 2 tygodni przejść od miłości do zupełnego chłodu.
Widzę, że on znowu się stara, Ona też. Jak kilka miesięcy wcześniej.
Wiem, że my mężczyźni jesteśmy tak głupi, że często nie zdajemy sobie sprawy a tego, że coś zepsuliśmy, że zrobilismy jakąś straszną rzecz, o którą kobieta ma do nas słuszną pretensję. Ale tym razem na pewno tak nie było. Nie stało się między nami nic takiego - po prostu w chwili największego szczęscia (jakiego mogliśmy dostąpić w sytuacji bycia w trójkącie a nie normalnie, "legalnie" we dwójkę) nastąpiło szybkie cięcie - "koniec, tak się nie da"...
Teraz cierpię, nie wiem co robić i co o tym myśleć. Nie mogę, tak jak poprzednio, być blisko Niej i próbować zmienić Jej decyzjęponieważ Ona (wiedząc, że to właśnie bym robił) mnie odpycha, ogranicza konatakty do "cześć, cześć".
Cóż, tracę wiarę w to, że istnieje coś takiego jak miłość. Skoro można mówić komuś, że jest jedyny a po tygodniu, bez powodu traktować go jak obcego lub wręcz wroga... :-(
Myślałem, że spotkało mnie szczęscie jakie trafia się jednemu człowiekowi na milion. I że potem będzie jeszcze bardziej wspaniale bo nie ma siły, która mogłaby pokonać taką miłość, że na pewno będziemy kiedyś razem... Dziś z myśli o tym szczęsciu nie zostało już nic. Jest ból, rozpacz i straszna wyrwa w sercu.
Wątpię bym jeszcze kiedyś komuś uwierzył...
Może któraś z pań, piszących na forum była/jest w sytuacji podobnej do owej Niej z mojego opowiadania? Może potrafi mi wytłumaczyć co Ona czuje i dlaczego robi to, co robi? I jak to się skończy? :-(