satina
19.11.03, 11:05
Od trzech miesięcy spotykam się z rozwodzącym się mezczyzną.
Uwielbiam Go, jest nam ze sobą bardzo dobrze, czuję się bezpiecznie. Taka
normalność bycia z kimś po długim okresie samotności. Ufam Mu, jest uczciwy
wgledem mnie i szczery. No właśnie... czy nie za szczery aż do bólu?
Momentami mam wrażenie, że zyjemy w trójkącie: ja, On i jego małżeńskie
wspominki. Rzucane tak, od niechcenia... Wczoraj przy sniadaniu zeszło na
ulubione potrawy. Zapytałam: "mmmm, uwielbiam sałatki śledziowe, a Ty?".
On:"pyszotka! W domu ich nigdy nie jadłem, bo żona nie lubiła, więc mi ich
nie robiła". OK, dobrze, niby nic. Tylko takie niby nic jest chyba przy
każdej okazji, kiedy coś mnie z nia rózni. Czuję, że to nie są wspominki jaki
tęsknota do innej kobiety-zony, tylko jakieś porównywania, może żal do niej,
nie wiem. Nie mam ochoty tego słuchać. Bo jakiej kobiecie byłoby miło w
czasie, gdy sie kocha z innym słyszeć, że z żoną nigdy tak nie miał. Dodam,
że ja juz to dawniej wiedziałam a on do tego wraca, przezywa na nowo, po
prostu przywołuje ducha tej, która była z nim 8 lat i mam wrażenie, że kocham
się z nimi obojga. Chciałam mu o tym powiedzieć, ale nie miałam odwagi.
Może i dlatego, że on nie ma świadomości tego, że to jest niestosowne. Mówimy
sobie wszystko, dzielimy sie skrytymi myślami, uwielbiamy się przytulać do
siebie. Gdy mu to powiem, będzie mu strasznie głupio, że mnie zranił, zachwał
sie jak słoń w składzie porcelany. Czuje sie z tym nieswojo i czuję, że
powinnam Mu o tym powiedzieć. Tylko jak to zrobić, by on to zrozumiał a
jednocześnie nie poczuł się jak ostatni idiota? Bo pewnie bedzie mu strasznie
głupio...