twojabogini
03.08.09, 11:04
Znalazłam się w środku jakiegoś obłędu. Przygotowuję się do ślubu. Wszystko
idzie dobrze z wyjątkiem jednej rzeczy - presji otoczenia związanej z moim
wyglądem jako panny młodej. Do tej pory czułam się ładna bez wszystkich
zabiegów kosmetycznych i upiększających, bez sterty kosmetyków i ciuchów. A tu
okazuje się, że: koniecznie muszę być opalona, biżuteria może być tylko złota,
na powiekach koniecznie muszę mieć cienie, dlaczego nie schudłam przed ślubem,
jak to sukienka nie z...blablabla... Pomijam cały szereg obwarowań wynikający
z jakiś durnych przesądów, jak na przykład to, że moje buty muszą być pełne.
Zazwyczaj szanuję tradycje i nie jeżyłoby mnie to, ale w takim obłędzie uważam
i to za dodatkowe ograniczenie.
Ogólnie w pierwszym impulsie miałam ochotę zrobić sobie dredy tuż przed
ślubem, aby zademonstrować wszystkim, że to mój wygląd i moje ciało. To nie
jest tak, że nie planowałam ładnie wyglądać w tym dniu, ale to co się dzieje
to w moim odczuciu przesada.
Ogólnie czuję się wściekła. Do tego z każdym takim: jak to, nie robisz sobie
jeszcze zabiegów nawilżających na włosy? ale chyba je wyprostujesz?
Zaczynam...wpadać w kompleksy :(
Czy jedynym obowiązującym modelem urody kobiety jest opalona chuda panienka z
napompowanymi cyckami, tapetą na ryju i tipsami, ewentualnie zrobionymi
paznokciami? Czasem na przykład odnajduję wiele piękna w twarzach starszych
kobiet...Tylko ja?
Czy jak nie poddam się temu szaleństwu, to mam się liczyć z tym, że mój mąż
znajdzie sobie z czasem bardziej "zadbaną" panią - jak zdarzyło mi się usłyszeć?