Co jakiś czas wraca do mnie ten temat - temat krzyża i
strachu przed nim.
Jak to jest z tym czekaniem na krzyż? Czy żyjecie w poczuciu,
że krzyż musi nadejść, czy mówicie sobie czasami: jest tak dobrze,
coś w końcu musi się wydarzyć? Bo mnie czasami nachodzą takie myśli,
których nie lubię, bo zaprzeczają Bożej Miłości.
Wczoraj znowu rozmawiałam o tym z moi mężem. On potrafi przywołać mnie
do porządku

Przypomniał mi o tym, że Bóg jest moi Ojcem i kocha mnie
jak tata. Przypomniałam sobie, jak my wychowujemy swoje dzieci. Jak
bardzo zależy nam na tym, aby były szczęśliwe. Nikt z nas przecież w
jakimkolwiek celu nie chce cierpienia swojego dziecka. Czasami je karcimy,
czasami dopuszczamy cierpienie, ale nie dlatego, aby były nieszczęśliwe.
I jeszcze jedno, mówi: kogo Bóg kocha, temu krzyż daje. A przecież Bóg
każdego człowieka kocha tak samo! Taką samą wielką Ojcowską Miłością.
Wiem, że krzyż jest częścią naszego życia na ziemi (tak jak smutek, ból,
niezrozumienie jest częścią wychowywania naszych dzieci), ale nie chcę
żyć, czekając na krzyż. Chcę zawsze mieć pewność dobroci Boga wobec mnie,
tego że On naprawdę pragnie mojego szczęścia

)