Dodaj do ulubionych

czekanie na krzyż

16.09.04, 12:10
Co jakiś czas wraca do mnie ten temat - temat krzyża i
strachu przed nim.
Jak to jest z tym czekaniem na krzyż? Czy żyjecie w poczuciu,
że krzyż musi nadejść, czy mówicie sobie czasami: jest tak dobrze,
coś w końcu musi się wydarzyć? Bo mnie czasami nachodzą takie myśli,
których nie lubię, bo zaprzeczają Bożej Miłości.
Wczoraj znowu rozmawiałam o tym z moi mężem. On potrafi przywołać mnie
do porządku wink Przypomniał mi o tym, że Bóg jest moi Ojcem i kocha mnie
jak tata. Przypomniałam sobie, jak my wychowujemy swoje dzieci. Jak
bardzo zależy nam na tym, aby były szczęśliwe. Nikt z nas przecież w
jakimkolwiek celu nie chce cierpienia swojego dziecka. Czasami je karcimy,
czasami dopuszczamy cierpienie, ale nie dlatego, aby były nieszczęśliwe.
I jeszcze jedno, mówi: kogo Bóg kocha, temu krzyż daje. A przecież Bóg
każdego człowieka kocha tak samo! Taką samą wielką Ojcowską Miłością.
Wiem, że krzyż jest częścią naszego życia na ziemi (tak jak smutek, ból,
niezrozumienie jest częścią wychowywania naszych dzieci), ale nie chcę
żyć, czekając na krzyż. Chcę zawsze mieć pewność dobroci Boga wobec mnie,
tego że On naprawdę pragnie mojego szczęścia smile)
Obserwuj wątek
    • mama_kasia Re: mała poprawka :-) 16.09.04, 12:14
      Napisałam: "I jeszcze jedno, mówi: kogo Bóg kocha, temu krzyż daje."
      Nie mój mąż mówi (tak wynika z mojego postu wink, tylko my ludzie
      (w każdym razie niektórzy) mówimy.
      • carla7 nie czekam 16.09.04, 13:15
        Kasiu, ja też nie czekam na krzyż, cierpienie. Takie czekanie potrafi skutecznie
        zepsuć to, co zwyczajnie piękne w codziennym życiu. Może stać się też
        "samosprawdzającą się przepowiednią". Cierpienie, tak samo jak wzloty, chwile
        niesamowitego szczęścia po prostu przychodzi. Dotyka naszej duszy, sprawia, że
        się zmieniamy. Dobrze, jeśli wychodzimy z niego mądrzejsi, lepsi. Uruchamiamy
        pokłady "siebie", których nawet nie jesteśmy świadomi. Wierzę głęboko, że
        cierpimy aby wejść gdzieś "głębiej". Cierpimy, gdy jest nam źle, coś doskwiera,
        może coś zrobiliśmy nie tak, może coś trzeba zmienić? Nie rozróżniam też
        cierpienia, które zesłał na mnie Bóg i które sama sprowokowałam (np. swoim
        postępowaniem). Myślę, że każdy błąd który popełniłam i który był przyczyną
        późniejszego cierpienia jednak czegoś mnie nauczył, pozwolił spojrzeć na życie z
        innej perspektywy. Może przez to idę drogą bardziej krętą, ale idę. Może właśnie
        ta kręta droga jest dla mnie. Może po sznurku nie zaszłabym tam gdzie powinnam?
        Czasem, kiedy jest dobrze mam myśli typu: "to dobre za długo trwa", ale
        absolutnie się w nie nie zagłębiam. Po "tym dobrym" po prostu przyjdzie coś
        innego. Lepszego, gorszego? Nie wiem. Najbardziej lubię, kiedy wstaję rano i
        nagle "spływa" po mnie myśl: mam kogo kochać - jestem szczęśliwa - życie jest
        piękne - świat jest cudowny. Wtedy można góry przenosić.
        • glupiakazia Re: nie czekam 16.09.04, 13:34
          Kasiu, jakbym wlasne mysli czytala... Tak, czasami sie bardzo boje... Bywaly
          takie okresy, ze za bardzo, za duzo o tym myslalam do tego stopnia, ze az
          stawalo sie to niebezpieczne. Spowiadalam sie z tego, ze nie ufam Bogu,
          naprawde mialam swiadomosc, ze grzesze, ale to wracalo. Moj maz mowil, no i co
          nawet jak cos sie stanie, to przeciez nie bedziesz Panu Bogu wygrazac. No nie
          bede. Ale sie boje, tzn. moze moge napisac balam, bo od dluzszego czasu nie mam
          tych mysli. Bardzo pomogla mi rozmowa z moim dawnym katecheta, a w zasadzie
          jego lakoniczna reakcja na moje wywody: na to chyba mozna lykac jakies pigulki,
          powiedzial. To mi uswiadomilo, ze chyba swiruje. Ze Bog tak nie mysli, nie
          mozna Go posadzac o takie plany. Na razie jest dobrze, nie czekam na
          nieszczescie. Pisz, jakbys chciala pogadac, naprawde duzo o tym myslalam.
          • mama_kasia Re: nie czekam 16.09.04, 14:00
            Dobre to o pigułkach smile
            Uświadomiłam sobie jeszcze (a w zasadzie uświadamiam za
            każdym takim razem na nowo), że takie myśli mogą pochodzić
            od złego. Bo to on chce, abym się bała, a nie Bóg smile
    • orvokki Re: czekanie na krzyż 16.09.04, 14:29
      O, dziękuję Ci za ten wątek. Bo ja też tak czasem mam i dobrze, że o tym
      piszesz, bo chyba masz rację, że to może pochodzić od złego. Staram się
      odpędzać takie myśli, zawsze sobie przypominam, że swoim martwieniem się nie
      jestem w stanie niczego zmienić, ani niczemu zapobiec. I zamieniam takie myśli
      na to, że dziękuję Panu, gdy jest dobrze i myślę sobie, że na pewno mi pomoże,
      jakby nie było.
    • marzek2 Re: czekanie na krzyż 16.09.04, 14:59
      Mamo Kasiu, rozumiem Cię, mnie też czasem się tak zdarza, ale zgadzam się w
      zupełności z Twoim mężem. Mnie nachodzą czasem takie myśli, że skoro teraz jest
      dobrze, to na pewno Pan Bóg przygotowuje w cichości na mnie jakiegoś ciężkiego
      "haka" (czyli wspomniany krzyż). Ale to nieprawda, moja "teoria spiskowa"
      (uwielbiam sobie tworzyć różne teorie smile) jest taka: powodem tego jest mój
      "cierń" tzn mylenie Ojca Niebieskiego z obrazem ojca ziemskiego, który niestety
      pozytywny nie jest i był właśnie z gatunku takich, po których nigdy nie wiadomo
      czego się spodziewać, ale zazwyczaj nic dobrego sad((
      Wierzę, że Bóg nas kocha i NIE CHCE dla nas niczego złego, tak samo jak my dla
      naszych dzieci. Ale wierzę też, że Bóg nas wychowuje i CHCE, żebyśmy się
      rozwijali, żeby rozwijała się nasza relacja z Nim. A tego często najlepiej uczą
      trudne doświadczenia. Są przecież dzieci, którym mimo towarzyszącego temu bólu
      trzeba pozwolić oparzyć się ogniem ze świeczki, żeby zapamiętały, jak to boli...
      • glupiakazia Re: czekanie na krzyż 16.09.04, 15:33
        Kasiu, no wlasnie, tez wpadlam na to, ze te mysli moga byc od zlego. Dlatego
        tez czasem jak czuje, ze moze mnie najsc, to po prostu wymyslam "czarnemu",
        czasem calkiem niewybrednie... I pomaga. Swoja droga to ciekawe, ze zdajemy
        sie zapominac o jego istnieniu, a przeciez on jest tak samo jak jest Bog. I tak
        jak doswiadczamy w zyciu obecnosci Boga, tak tez mozemy doswiadczyc szatana. A
        on jest bardzo przebiegly. Ale oby nam sie to nie przytrafilo! Niemniej jednak
        chyba trzeba miec tego swiadomosc.

        Marzek, masz racje z ta relacja dzieci-ojciec. Mimo, ze slyszymy o tym co
        tydzien w Kosciele, to ja tak naprawde i gleboko zrozumialam sens tej relacji
        dopiero jak mialam wlasne dzieci (ich urodzenie bylo zreszta dla mnie glebokim
        przezyciem religijnym, ale to nie na temat). Samemu zapomina sie jak sie bylo
        dzieckiem, a dzieki nim i "zobaczeniu" tej relacji z drugiej strony - z pozycji
        rodzica - czasem duzo latwiej mi jest sie modlic. A tak w ogole to jeszcze nie
        napisalam, jak sie ciesze, ze znalazlam to forum. Bog jest wielki.
        • mama_kasia Re: czekanie na krzyż 16.09.04, 15:39
          A ja modlę się w takich chwilach do anioła stróża smile
          Aby to on walczył ze złym i nie dopuszczał go do mnie.
    • isma Re: czekanie na krzyż 16.09.04, 15:24
      Nie czekam.

      Od kiedy pamietam, mialam przekonanie, ze wszystko co najgorsze mnie juz
      spotkalo, i nic juz szczegolnego sie w tej materii nie da wymyslic wink)).
      A kiedy rzeczywistosc okazywala sie bardziej tworcza od moich wyobrazen wink))
      to sie po prostu trzeba bylo za nia brac wink)).
      Zawsze konkretne trudne doswiadczenia byly dla mnie zaskoczeniem, natomiast ja
      sie w tym sensie czulam na nie przygotowana, ze wiedzialam, ze tak czy inaczej
      sobie z nimi poradze. Jesli ich nie zwalcze, to przynajmniej zaakceptuje.
      Jak bylam niewierzaca, to ufalam w siebie, teraz - jest latwiej, bo ufam
      jeszcze w Laske wink)).

      I okazalo sie, ze wlasnie wtedy, kiedy uwierzylam, to w chwile pozniej zawalilo
      mi sie tyle w moim dotychczasowym zyciu, ze ta Laska byla rzeczywiscie
      potrzebna - bez niej, po ludzku, byloby chyba trudno ;-(((.

      Ale czasem troche grzesze wywolywaniem malych upiorow, np. przez pierwsze szesc
      tygodni zycia Miniatury zastanawialam sie gleboko, jak to mozliwe, ze jeszcze
      nie ma na nic alergii (albowiem wszystkie racjonalne przeslanki przemawialy za
      tym), no, i rzeczywiscie, w koncu tej wysypki dostala wink)), i tak juz od dwoch
      lat wink)). W ogole nadmiar wiedzy, np. medycznej sprzyja takim seansom wink)).

      Duzo racji mial Jezus, mowiac, ze jezeli nie bedziemy jako dzieci, nie
      wejdziemy do Krolestwa. Szczesliwe dzieci ufaja. Nie czekaja na nieszczescia.
    • mader1 Re: czekanie na krzyż 16.09.04, 16:07
      Strach nie jest od Boga. Bojazn Boza - czyli obawa przed dokonaniem czegos
      zlego- tak, ale nie strach. Z nieszczesciami - Krzyzem jest tak: one sa czescia
      zycia. Dotykaja kazdego - jednego czesciej, innego rzadziej, jednego wczesniej,
      innego pozniej. To co dla jednego jest nieszczesciem i zmartwieniem, dla innego
      jest " fraszka". To jest czesc zycia. Niektore " nieszczecia" nie sa
      nieszczesciami, moze sa raczej Krzyzem, wysilkiem, ktory prowadzi czesto w
      nowe, lepsze miejsce.Tak jest ze zmianami, ktore mozna obrucic na swoja korzysc.
      Dla mnie Krzyz to wysilek codziennego zycia z trudnosciami, sprawami do
      zalatwienia i troskami. Tego Krzyza sie nie boje. Jak kazdy boje sie jakiegos
      wielkiego nieszczescia - jakis ogromnych trudnosci nie do pokonania, czegos co
      powali mnie na lopatki. Czegos z czego nie wyniknie nic dobrego. Staram sie te
      mysli odpedzac, bo one nie pochodza od Boga. Moj maz( skoro piszemy o mezach)
      przede wszystkim mowi, ze nie ma co takich rzeczy przewidywac, bac sie, bo one
      wlasnie sa nieprzewidywalne - i w tym ich groza. Nie mozna sie przed nimi
      ustrzec i zabezpieczyc.I nie sa zadna kara Boza czy zamyslem Boga. To dzieki
      Niemu, z Nim obok, latwiej je przejsc. Bo trzeba je przejsc, czy nam sie to
      podoba, czy nie.
      Teoretycznie jest latwo, praktycznie trudniej.
      Ja jestem taka - jezeli mam jakies pole do dzialania, duzo, duzo mi lzej.
      • aetas Re: czekanie na krzyż 16.09.04, 20:56
        Wiele, wiele lat spędziłam na myśleniu właśnie w takich kategoriach, czekania
        na krzyż, jak za dobrze, to aż do bólu czekałam... Wydaje mi się, że to miało
        trochę swoje podłoże w podejściu mojej Mamy do pewnych spraw (a może się za
        wiele o psychoanalizie naczytałam, hehe). Jej myślenie w kategoriach "kary
        Boskiej" za coś sprawiało, że będąc świadoma, ile mam na sumieniu, nie mogłam
        spocząć, gdy było mi w moim pojęciu "za dobrze", bo spodziewałam się, że lada
        moment dla równowagi nastapi jakiś cios...
        Myślałam na te tematy tyle, że czasem życie wydawało mi się nie do zniesienia,
        dosłownie... tu się nie będę rozwodzić, bo nic w tym pouczającego... nie
        polecam.
        Myśleć mniej o tym zaczęłam, jak się urodził nasz syn, nie wiem, czy to
        hormony, czy co, albo się "odmóżdżyłam" wink, bo zauważyłam u siebie
        prawidłowość: mniej myślenia, więcej działania... w życiu faktycznie pomaga smile
        A taki naprawdę spokój to osiągnęłam dopiero około trzydziestki, wyciszyłam
        się, zaufałam tak na spokojnie, mam nadzieję, że to taki syndrom starości, co
        jej jeszcze nie widać, a już są jakieś pozytywy z niej... wink
        A za dziesięć lat pewnie napiszę, że byłam szalona i narwana dziesięć lat
        temu... wink
        tak to śmiesznie działa... smile
        • ada16 Re: czekanie na krzyż 17.09.04, 11:17
          A ja właśnie czekałam na krzyż, przez kilka lat dobrobytu, spokoju czułam, że
          to chwilowe, że moje życie się odmieni .
          I tak się stało.To jest tak, jakbym urodziła się na nowo, jakby to, co się
          dzieje teraz było tym głownym celem mojego życia.
          • carla7 Re: czekanie na krzyż 17.09.04, 12:09
            Wydaje mi się, że krzyż (w sensie cierpienie) sam w sobie nie powinien być celem
            naszego życia.
            Może pomóc w dojściu do celu.
            Z cierpienia np. rodziców dzieci niepełnosprawnych albo rodziców dzieci które
            odeszły rodzą się ich nowe powołania. Zaczynają pomagać innym. Sami po
            strasznych przejściach rozumieją innych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji.
            Z tego ogromu cierpienia, może zacząć się coś nowego, lepszego.
            To bardzo trudne.
            Ja chcę wierzyć, że człowiek jest powołany do miłości, nie do cierpienia. Krzyż
            pomaga, ale nie jest celem. Pomaga dojrzeć cel.
            • netus Re: czekanie na krzyż 17.09.04, 20:48
              Mało we mnie ufności. Bo wyczekiwanie na krzyż jest dla mnie rakiem ufności. W
              czasach studenckich bylismy z moim chłopakiem (dzisiaj mężem) w dwóch miastach
              (Kraków i Warszawa) Tęskniłam za nim i on za mna a jeden ojciec powtarzał mi,
              że kiedyś zobaczymy jak wiele dobrego nam to dało. Nie wierzyłam mu, bałam się,
              że Pan Bóg przygotowuje nas do nieszczęścia, że kiedys nas rozdzieli, może
              nawet śmiercią i długa tesknotą... Że chce od nas takiej ofiary. Nie mieliśmy
              na tyle determinacji w sobie, żeby zmieniac studia, nasze kierunki nie były
              popularne. A to nauczayło nas bardzo dużó. Szacunku, na pewno, ale oceniając to
              z perspektywy czasu wiemy, że właśnie taka rozłąka i widywanie się raz na
              miesiąc sprawiły, że jesteśmy małżeństwem... Nie wiem czy zrozumiale piszę, ale
              to był krzyż. Bałam się go i nie przyjmowałam, bojąc sie jeszcze czegos
              trudniejszego. Kiedys myślałm że Pan Bóg to taki kontroler i weryfikator. Przez
              swoją grzesznośc widze, jak bardzo jest łagodny i czeka, i kocha wciąż.
    • kasiajulia Re: czekanie na krzyż 18.09.04, 08:27
      Nie czekam, a uczestniczę.
      Jestem na takim etapie życia, że przez 18 miesięcy nie czuję niczego prócz bólu.
      Bóg mnie kocha, dobrze, czasem zbuntuję się i odrzucam jego wolę, bo dlaczego
      na jedną osobę tyle rzczy zwala. Po chwili doprowadzam się do porządku, bo
      wiem, ze ludzie mają trudniej w życiu i powinnam dziękować za to co mam.
      W tym miejscu przypominają mi się słowa teściowej: "ciesz się że nie bije, nie
      pije i że na dom płaci".
      Straszne.
      Kasia.
      • neogobbo Re: czekanie na krzyż 19.09.04, 22:43
        To tak, jakbym samego siebie słyszał. Zawsze mówię Kramli że ma takiego dobrego
        męża: "Przecież Cię nie biję, nie szlajam się z kolegami, wracam po pracy do
        domu..."
        A jakim jestem mężem? Cóż, nasz statek tonie, ale teraz przypomina nieco łódź
        podwodną, zawieszoną gdzieś między dnem a powierzchnią. Trochę więcej wody
        dostanie się do zbiorników balastowych - od razu lecimy na łeb, na szyję.
        Codziennie, w każdej chwili musimy uważać, żeby się nie zachłysnąć.
        Dla Kramli niewątpliwie jestem krzyżem.
    • addria Re: czekanie na krzyż 18.09.04, 19:12
      Nigdy nie czekam na krzyż. Zawsze natomiast czekam na lepsze smile Bo przecież
      prawdą jest, że "po nocy przychodzi dzień"...) Wierzę, że Bóg jest miłosierny i
      dba o nas. Często też potrafi zaskoczyć miłą niespodzianką - w najmniej
      odpowiednim momencie smile Na te niespodzienki lubię czekać smile
      • a000000 Re: czekanie na krzyż 18.09.04, 19:51
        Nie wolno czekać na krzyż. Należy z pokorą przyjąć to, co los przynosi; nie
        oczekiwać niczego dobrego ani tym bardziej złego. Życie swoje budujemy tu i
        teraz i nikt nie wie, co będzie jutro. I co by nie było, nie lękajmy się.
        Wydaje mi się, że takie oczekiwanie na cios nie podoba się Bogu. To jest brak
        ufności.
        Jednocześnie rozdrapywanie ran i patrzenie w tył, równiez nie jest wskazane.
        Kiedyś tłumaczył mi to jeden stareńki ksiądz. Długo nie rozumiałam sensu, a jak
        pojęłam, to aż głupio mi się zrobiło, takie to oczywiste. Gdyż życie w poczuciu
        winy czy żalu niszczy nas bezpowrotnie. Kościół nie po to posiada Sakrament
        POJEDNANIA, aby człowiek weń nie wierzył. Idź człowieku w pokoju i nie grzesz
        więcej.

        Ja nie czekam na klęskę, ani na szczęście. No, może troszkę na dzisiejszą
        kumulację, ale nie wiem czy to wyszłoby mi na dobre, czy na złe. I jeśli nie
        wygram, powiem: widać Bóg mi oszczędził jakichś kłopotów. Bądź wola Twoja.
        • mharrison Re: czekanie na krzyż 20.09.04, 15:51
          Podczytuję Wasze forum już od dawna. Nie wszystko, tylko niektóre wątki. Mam tu
          swoje ulubienice i ulubieńcówsmile

          Do prośby o wstęp na Wasze forum skłoniły mnie dwa wątki: dziecko, a śmierć
          bliskich osób (zbieram się, by napisać) i właśnie niniejszy wątek.

          Króciutko tytułem wstępu: jestem mamą trójki (Bog ljubit trojcu – rzec by się
          chciało), mój 9-letni Alek zginął w czerwcu w wypadku, w domu pozostały mi
          jeszcze maluchy: 2,5 Adaś i 9-miesięczna Marysia. Wiarę swoją określiłabym
          jako „miałką”, wciąż oscylującą wokół poszukiwań i nawarstwiających się pytań.

          A teraz do rzeczy smile

          Czym jest krzyż? Czy krzyż to codzienne problemy i zmagania się z nimi, kłopoty
          w pracy, finansowe? Jeśli tak to moim zdaniem to są codzienne sprawy będące
          udziałem każdego z nas, czy wierzącego chrześcijanina, czy wyznawcy innej
          religii, czy w końcu wojującego antyklerykała. Czy nazywanie ich krzyżem pomaga
          w stawieniu im czoła, uporania się z nimi? Jak wiele w ich rozwiązywaniu zależy
          od Boga, a ile od naszego samozaparcia, zdolności, umiejętności, wolnej woli,
          którą obdarzył nas Bóg?
          Czy choroba, cierpienie śmierć to krzyż? Czy tez niejako samoistnie wpisana w
          koleje losu?
          Wiem, zawsze przychodzi za wcześnie, choćby bliska nam osoba miała już i 100
          lat. Czasami jednak jej przedwczesność liczy się w latach, miesiącach, dniach,
          minutach…

          Czy nie wydajne Wam się, że już same wyrażenia „czekanie na krzyż”, „zsyłane
          cierpienia” ma wiele wspólnego z wizerunkiem srogiego sędziego Boga-Ojca,
          rzucającego gromami, którego najbardziej absorbującym zajęciem jest stawianie
          nas w trudnych sytuacjach, a nie kochającego Boga Ojca – przyjaciela, który
          wyposażył nas w wolną wolę, stworzył świat, byśmy mogli się cieszyć jego
          pięknem? Skąd się bierze to epatowanie krzyżem?


          Któraś z Was użyła wyrażenia „Cierpienie, by wejść głębiej”. Niektórzy goście
          forum „Chore dziecko, strata dziecka” wyrażają podziw dla nas, że jesteśmy
          takie dzielne, wspaniałe, wrażliwe, że czujemy więcej i głębiej. Jeden z gości
          doszedł napisał post, którego wydźwięk sugerował, że nam prawie zazdrości
          naszych przeżyć?

          Czy Bóg nas tak ukochał, że „dał nam krzyż” czy tak ukochał nasze dzieci,
          że „wezwał je do siebie”?

          Czyż Bóg nie kocha nas wszystkich, niezależnie od tego czy naszą busolą moralną
          jest dziesięć przykazań czy tryptyk „fura, skóra i komóra”? Czyż każdy z nas w
          końcu nie zachoruje lub odejdzie z tego świata? I ten „dobry” i ten „zły”. Jaki
          sens mają tu, nadużywane moim zdaniem, wyrażenia: „kogo Bóg kocha, temu krzyż
          daje" i “tych, których Bóg bardzo kocha, zabiera do siebie”?


          Czego uczą trudne doświadczenia? Czy rzeczywiście przez bardzo trudne
          doświadczenie śmierci dziecka stałyśmy się mądrzejsze, lepsze, zbliżyłyśmy się
          do Boga? Nie zgodzę się z tym do końca. Miałam przyjemność (szkoda tylko, że w
          takich, a nie innych okolicznościach) spotkać większość z dziewczyn-
          warszawianek z forum. Są wśród nich i wierzące i wierzące poszukujące i
          agnostyczni. Nie jest im obce 10 przykazań (zwłaszcza od 4-10). Dlaczego nas
          dotknęła taka tragedia? Czy dlatego, że Bóg nas tak ukochał?
          Może i po stajemy się wrażliwsi, może i wyślemy 158 listów do różnych redakcji,
          może i pomożemy wielu osobom, które trafia na forum „Chore dziecko, strata
          dziecka” może i damy więcej na WOŚP, może… z tym, że nie jest to warte śmierci
          cierpienia naszych dzieci.

          Nie zauważyłam też, by wierzące mamy lepiej, łatwiej, mniej boleśnie przeżywały
          śmierć swojego dziecka.


          Czy zdarzenia nazywane przez Was krzyżem są „karą boską” zsyłaną przez Boga?
          Czy dobry Bóg byłby na tyle małostkowy i niesprawiedliwy, by karać nasze błędy
          i niedociągnięcia chorobą czy śmiercią bliskich nam osób? Czy postrzeganie
          bolesnych wydarzeń przez pryzmat kary boskiej nie urąga miłości Boga?

          - Zaufanie, miłość do Boga a krzyż
          Czy ufność Bogu, modlitwa uchroni przed przysłowiowym „krzyżem”? Czy „zesłanie
          krzyża” to nadużycie bożego zaufania? Jaki jest sens modlitwy błagalnej o
          zdrowie czy życie bliskich Wam osób, jeśli gotowi jesteście przyjąć ten kielich
          i powiedzieć „ niech się stanie wola Twoja, Panie?. Czy już taka modlitwa nie
          jest brakiem zaufania do Boga, że potrafi on wybrać dla Was czy bliskich Wam
          osób najlepsze rozwiązanie?

          Na marginesie chciałabym poruszyć jeszcze jedną kwestię: Kilka osób już nam
          powiedziało, że Bóg zabierając nasze dziecko do siebie uchronił je przed
          wątpliwą przyszłością:,(bo przecież mogło zostać np. mordercą albo prostytutką,
          hazardzistą, cyklistą etc.). Nie polecałabym tego zdania osobom próbującym
          pocieszyć rodziców w żałobie. Jest delikatnie mówiąc nieprzemyślane, chybione i
          podważa miłość, troskę i wysiłki wychowawcze rodziców względem dziecka. Bo czy
          ktoś powie wdowie, że w pewnym sensie spotkało jej męża ( a więc pośrednio i ją)
          wielkie szczęście, gdyż gdyby żył może poszedłby złą drogą, może by ją
          zdradzał, pił i bił, mordował staruszki, dopuszczał się defraudacji etc.?

          Religia katolicka nie przynosi mi ukojenia, nie wyczerpuje listy moich pytań,
          nie wystarcza do wyjaśnienia sensu tego, „ co staje się pomiędzy światem, a
          nami”.

          Eh, same pytania mi wyszły smile. Może ktoś się pokusi o odpowiedź.

          Pozdrawiam ciepło.

          PS. Chciałabym dodać, że nie przezywam żadnego buntu przeciw Bogu,
          rozgoryczenia czy zawodu związanego z zaistniałą sytuacją.
          • mader1 Re: czekanie na krzyż 20.09.04, 17:04
            Twoje pytania sa ciekawe, sprobuje z Toba podyskutowac, ale musze teraz wyjsc
            z dzieciakami na placyk. Obiecalam.
          • mader1 Re: czekanie na krzyż 20.09.04, 23:48
            Duzo, duzo tych pytan, ale kazdy z nas je sobie zadaje.
            Pamietam , jak mialam miec operacje.Byla trudna i mogla skonczyc sie... no,
            moja smiercia. Pamietam, ze nie moglam sie modlic o zycie dla siebie. Tak jak
            nigdy wczesniej nie modlilam sie o zdrowie dla siebie. Dlaczego ? No wlasnie
            dlatego, ze zadajac sobie wczesniej podobne pytania myslalam, ze smierc czy
            choroba nie sa zalezne od tego czy jest sie dobrym czy zlym, czy jest sie
            wierzacym, czy nie, czy Bog ukochal czy nie. To jest czesc zycia. Cos, co
            kazdemu sie przydarza. Nie widzialam powodu, dla ktorego Bog mialby mnie
            traktowac wyjatkowo. Dla ktorego to wlasnie ja mialabym wyzdrowiec czy
            przezyc.Ani lepsza, ani gorsza niz cala reszta. Modlilam sie "Niech sie dzieje
            Wola Twoja Panie".
            Gdyby chodzilo o moje dziecko, nie byloby mi tak prosto. Chcialabym zeby zylo.
            I modlilabym sie o to.
            Z naszego, ludzkiego punktu widzenia - kiedy ogladamy swiat tylko z tej jednej
            strony lustra, to zbyt wielki bol, nie miec tej bliskiej osoby przy sobie. Bog
            widzacy calosc, widzi to inaczej. To dziecko przeciez jest, zyje - ale nie tu,
            z rodzicem.
          • isma Re: czekanie na krzyż 21.09.04, 08:31
            Magda wink)),
            sprobuje troche sie poborykac z Twoimi pytaniami, choc, wybacz, tylko w waskim
            zakresie. I musisz wziac poprawke na to, ze ja jestem domorosly teolog, a i
            katolik raczej swiezy wink)).

            Widzisz, dla mnie krzyz to przede wszystkim takie trudne doswiadczenie, przed
            ktorym stajemy w wyniku naszego wlasnego wyboru. Jak Jezus, ktory nie musial
            sie za nas ofiarowac na krzyzu. To takie doswiadczenie, w ktorym czasem mozemy
            odpowiedziec "Panie, oddal ode mnie ten kielich" - ale jednak umiemy znalezc w
            sobie i Bogu sile na to, zeby sie z nim zmierzyc.

            Jak pamietam swoje "ciemne noce duszy", to bylo tak, ze wlasciwie w kazdej
            chwili moglam sie odwrocic na piecie i zamknac za soba drzwi. Tracac co prawda
            to, w co uwierzylam, ale zyskujac, w doczesnym sensie, spokoj, stabilizacje,
            przyjaciol (moze nawet wiecej).

            Wiec w tym sensie ja nie wierze w takiego Boga-zlosliwego urwisa, ktory w
            niebianskich zaciszach obmysla na nas pulapki, zeby nas wyprobowac, w surowego
            profesorka, ktory mamrocze pod nosem: "jak sie nie wywrocisz, to sie nie
            nauczysz", a nieudolnym uczniom w ogole zawczasu odbiera szanse na nauke, w
            ksiegowego, ktory skrupulatnie sprawdza bilanse, i za winy rodzicow karze
            dzieci. Ja juz nie mowie, ze to by obrazalo Boga w Jego Milosci, to by rowniez
            obrazalo moja godnosc jako Jego stworzenia, przydana nam wolna wole i sumienie.

            PS. Niejaki sw. Augustyn napisal, ze niespokojne jest serce czlowieka, dopoki
            nie spocznie w Bogu. W sensie doczesnym, to ja, odkad wierze, chwili spokoju
            nie mam wink)).
            • mharrison Re: czekanie na krzyż 21.09.04, 09:59
              Ismo, cieszę się, że sie odezwałaś,
              > Widzisz, dla mnie krzyz to przede wszystkim takie trudne doswiadczenie, przed
              > ktorym stajemy w wyniku naszego wlasnego wyboru. Jak Jezus, ktory nie musial
              > sie za nas ofiarowac na krzyzu.

              Wynika więc, z tego, że codzienne problemy, związane z pracą, wychowaniem
              dzieci krzyżem nie są, lecz normalnym życiem (choć często się słyszy :z tym
              dzieckiem to ja mam krzyż pański smile

              Jeśli krzyż to trudne doświadczenie, przed którym stajemy w wyniku naszego
              własnego wyboru, wówczas krzyżem nie jest ani choroba (poza powszechnie znaną
              korelacją tytoń - rak płuc itp.) ani śmierć, gdyż nie są od nas zależne.

              Co więc jest krzyżem opócz ofiary Chrystusa, średniowiecznych biczowników i
              kilkudziesięciu współczesnych Filipińczyków?

              W niniejszym wątku zauważyłam natomiast "podciąganie" niemal wszystkiego
              pod "krzyż", epatowanie krzyżem.

              >To takie doswiadczenie, w ktorym czasem mozemy odpowiedziec "Panie, oddal ode
              >mnie ten kielich" - ale jednak umiemy znalezc w sobie i Bogu sile na to, zeby
              >sie z nim zmierzyc.

              Właśnie, jeśli kochamy Boga, jemu powierzamy życie i zdrowie swoje i swoich
              bliskich, wierząc w słuszność jego wyborów, skąd ta prośba/błaganie "Panie,
              oddal ode mnie ten kielich? A czy mamy siłę by się z nim zmierzyć? Wydaje mi
              się, że przede wszystkim nie mamy wyboru. Życie ziemskie toczy się dalej, a my
              staramy się żyć "normalnie".

              Też myślę, że odpowiedzi na wszystkie swoje pytania znajdę po ponownym
              spotkaniu z ALkiem, choć wątek na forum "Kościół, religia" o (nie)śmiertelnej
              duszy trochę zachwiał moim optymizmem.
              • isma Re: do Mharrison 21.09.04, 12:14
                mharrison napisała:

                > Ismo, cieszę się, że sie odezwałaś,

                smile)).

                > Wynika więc, z tego, że codzienne problemy, związane z pracą, wychowaniem
                > dzieci krzyżem nie są, lecz normalnym życiem (choć często się słyszy :z tym
                > dzieckiem to ja mam krzyż pański smile

                Jak dla mnie, to zasadniczo nie sa. Chociaz moga byc - np. wybieram prace
                gorzej platna i bardziej meczaca, rezygnujac z zajecia wprawdzie intratnego i
                prestizowego, ale dwuznacznego moralnie.

                >
                > Jeśli krzyż to trudne doświadczenie, przed którym stajemy w wyniku naszego
                > własnego wyboru, wówczas krzyżem nie jest ani choroba (poza powszechnie znaną
                > korelacją tytoń - rak płuc itp.) ani śmierć, gdyż nie są od nas zależne.

                W moim rozumieniu sama choroba nie, zwlaszcza wlasna. Natomiast jest jeszcze
                kwestia tego, w jaki sposob ja znosimy. Odnosnie ponizszego uprasza sie o
                wytezona uwage, bo chce byc dobrze zrozumiana: nie wartosciuje teraz, tylko
                relacjonuje. Wiec, w wielu chorobach przychodzi moment rezygnacji z tzw.
                uporczywej terapii, czyli z zabiegow przedluzajacych zycie osoby terminalnie
                chorej, i poprzestaje tylko na usmierzaniu bolu. W tym sensie, mysle, wziecie
                na siebie ciezaru choroby i umierania tez moze byc krzyzem (ale za rownie
                uprawniona uwazam walke o zycie do konca).

                > Co więc jest krzyżem opócz ofiary Chrystusa, średniowiecznych biczowników i
                > kilkudziesięciu współczesnych Filipińczyków?

                Przyklady beda kulawe, za co z gory przepraszam.
                Ale np. trwanie w sakramentalnym malzenstwie mimo zdrady wspolmalzonka. To jest
                wybor, bo mozna byloby sie przeciez rozwiesc.
                Rodzicielska opieka nad od urodzenia ciezko chorym dzieckiem (od wczoraj mamy w
                pracy sprawe 21 -letniej samotnej matki trzyletniej dziewczynki, ktora urodzila
                sie z czaszka w ksztalcie klepsydry - mimo operacji plastycznych, ktore troche
                poprawily jej wyglad, nadal jest ciezko uposledzona). To jest wybor, bo mozna
                byloby dziecka nie zabrac ze szpitala, albo zniknac (jak ojciec tej
                dziewczynki).

                > W niniejszym wątku zauważyłam natomiast "podciąganie" niemal wszystkiego
                > pod "krzyż", epatowanie krzyżem.

                W niniejszym watku moze nie az tak wink)), ale faktycznie, zdarza sie.


                > Właśnie, jeśli kochamy Boga, jemu powierzamy życie i zdrowie swoje i swoich
                > bliskich, wierząc w słuszność jego wyborów,

                A, nie, wlasnie czasem Bog "za nas" nie wybiera.

                skąd ta prośba/błaganie "Panie,
                > oddal ode mnie ten kielich? A czy mamy siłę by się z nim zmierzyć? Wydaje mi
                > się, że przede wszystkim nie mamy wyboru. Życie ziemskie toczy się dalej, a
                my
                > staramy się żyć "normalnie".

                Wiesz, Magda, ja to blaganie rozumiem. Lek jest ludzki, i to nie chodzi o to,
                zeby nie miec chwili watpliwosci (moj kierownik duchowy powtarza, ze jak ja
                przestane miec watpliwosci, to on sie zacznie dopiero wtedy o mnie na serio
                martwic). Ja o tym moge do znudzenia, ale mam taki ulubiony ewangeliczny
                fragment, o ojcu wysylajacym dwoch synow do winnicy. Jeden powiedzial "dobrze,
                pojde", ale koniec koncow tatusia olal. A drugi najpierw sie oburzyl i odmowil,
                ale potem, jak mowi Pismo, "opamietal sie i poszedl".

                Ja to jestem jak ten drugi, targowac sie z Panem Bogiem potrafie do upadlego,
                jak Abraham o sprawieldiwych w Sodomie. Ale w koncu opamietuje sie i ide...

                A w jakim sensie wybor mamy zawsze, moze nie co do faktow, tylko co do naszego
                ich rozumienia. Mozna zgorzkniec, a mozna "dobrze" (uwaga, znowu prosze o
                uwazna lekture - dobrze, to nie znaczy "jak gdyby nigdy nic") zyc dalej wink))


                > Też myślę, że odpowiedzi na wszystkie swoje pytania znajdę po ponownym
                > spotkaniu z ALkiem,

                Sciskam Ci lapke. Mysle, ze na wiele pytan mozesz tez znalezc odpowiedz
                wczesniej wink))

                choć wątek na forum "Kościół, religia" o (nie)śmiertelnej
                > duszy trochę zachwiał moim optymizmem.

                Eeee? Az na nowo poczytam. Ale punkt widzenia na te kwestie to chyba zalezy, ze
                sie tak wyraze, od wyznania?
              • mama_kasia Re: czekanie na krzyż 21.09.04, 13:58
                Dla mnie krzyż to jednak także trud codziennego życia.
                Kiedyś pisałam rozważania drogi krzyżowej i starałam się,
                aby były one oparte na moi życiu. Wtedy właśnie całą drogę
                Jezusa przekładałam na życie, na moje życie, nawet na drobne
                codzienne sprawy. I to normalne życie jest dla mnie w jakimś
                sensie drogą krzyżową, na której podejmuję różne decyzje, na
                której walczę z pokusami, mam wątpliwości, tracę coś i zyskuję.
                I dla mnie nie tyle nazwanie tego krzyżem pomaga w uporaniu się
                z problemami, co świadomość, że to Jezus niesie ze mną krzyż.
                I nie jest to tylko slogan smile
                Może nie mam racji, ale tak czuję. Myślę, że wszystko zależy jednak
                od człowieka, od miejsca, w który jest w swoim życiu, od wydarzeń,
                jakie go spotkały.

                A jednak mimo wszystko jest też takie doświadczenie, którego się
                boję i dlatego napisałam o czekaniu na krzyż. Bo to we mnie
                siedzi i czasami się odzywa. Chociaż tak, jak pisałam wyżej, przeczy
                (także we mnie) Bożej Miłośći.

                Pozdrawiam serdecznie smile - Kasia.
            • mader1 Re: czekanie na krzyż 21.09.04, 10:39
              isma napisała:

              > Magda wink)),
              > sprobuje troche sie poborykac z Twoimi pytaniami, choc, wybacz, tylko w
              waskim
              > zakresie. I musisz wziac poprawke na to, ze ja jestem domorosly teolog, a i
              > katolik raczej swiezy wink)).
              >
              > Widzisz, dla mnie krzyz to przede wszystkim takie trudne doswiadczenie, przed
              > ktorym stajemy w wyniku naszego wlasnego wyboru. Jak Jezus, ktory nie musial
              > sie za nas ofiarowac na krzyzu. To takie doswiadczenie, w ktorym czasem
              mozemy
              > odpowiedziec "Panie, oddal ode mnie ten kielich" - ale jednak umiemy znalezc
              w
              > sobie i Bogu sile na to, zeby sie z nim zmierzyc.
              >
              > Jak pamietam swoje "ciemne noce duszy", to bylo tak, ze wlasciwie w kazdej
              > chwili moglam sie odwrocic na piecie i zamknac za soba drzwi. Tracac co
              prawda
              > to, w co uwierzylam, ale zyskujac, w doczesnym sensie, spokoj, stabilizacje,
              > przyjaciol (moze nawet wiecej).
              >
              > Wiec w tym sensie ja nie wierze w takiego Boga-zlosliwego urwisa, ktory w
              > niebianskich zaciszach obmysla na nas pulapki, zeby nas wyprobowac, w
              surowego
              > profesorka, ktory mamrocze pod nosem: "jak sie nie wywrocisz, to sie nie
              > nauczysz", a nieudolnym uczniom w ogole zawczasu odbiera szanse na nauke, w
              > ksiegowego, ktory skrupulatnie sprawdza bilanse, i za winy rodzicow karze
              > dzieci. Ja juz nie mowie, ze to by obrazalo Boga w Jego Milosci, to by
              rowniez
              > obrazalo moja godnosc jako Jego stworzenia, przydana nam wolna wole i
              sumienie.
              >
              >
              > PS. Niejaki sw. Augustyn napisal, ze niespokojne jest serce czlowieka, dopoki
              > nie spocznie w Bogu. W sensie doczesnym, to ja, odkad wierze, chwili spokoju
              > nie mam wink)).

              Bardzo to porzadkujace, co napisalas.
          • mader1 Re: czekanie na krzyż 21.09.04, 08:47
            Ja jeszcze raz - bo robie przerwy na rodzine smile
            Nie wydaje mi sie, zeby mozna bylo dobodziejstwo wierzenia ujac w sposob
            statystyczny. chociaz czytaam w jakiejs "Wiedzy i Zyciu" czy Rzepie, ze
            wierzacy sa szczesliwsi i dluzej zyja.
            Wedlug mnie, domoroslego teologa, relacja z bogiem ma charakter osobowy. Kazdy
            ma inna konstrukcje psychiczna. W zwiazku z tym "silniejszy" niewierzacy moze
            spokojniej przyjac cierpienie czy smierc bliskiej osoby, niz "rozchwiany"
            wierzacy.To nie jest automat. Ja wiem, ze jezeli czlowiek poprosi Boga o
            pocieszenie, otrzyma je. Jezeli naprawde tego pocieszenia pragnie, otworzy sie
            na nie - bo tu znowu ludzie sa rozni - niektorzy chca rozpaczac.
            • mharrison Re: czekanie na krzyż 21.09.04, 10:10
              > Nie wydaje mi sie, zeby mozna bylo dobodziejstwo wierzenia ujac w sposob
              > statystyczny. chociaz czytaam w jakiejs "Wiedzy i Zyciu" czy Rzepie, ze
              > wierzacy sa szczesliwsi i dluzej zyja.

              Mader1, bynajmniej nie staram opierać się na statystykach, gdyż w przypadku
              mojego syna związek wiara (i to nie taka infantylna, lecz znacznie wykraczająca
              poza trójkąt: Bozia, szopka i św. Mikołaj)i długie życie nie miał miejsca.

              > spokojniej przyjac cierpienie czy smierc bliskiej osoby

              Nie sądzę, by cierpienie bliskiej osoby, powiedzmy wsprost - swojego własnego
              dziecka, można było przyjąć spokojnie i to niezależnie od konstrukcji
              psychicznej czy głębi wiary. Wiem jednak, że smierć można przyjąć "spokojnie",
              choć może to niewłaściwe słowo - lepsze byłoby "z ulgą", zwłaszcza gdy
              poprzedzona jest wielkim cierpieniem.

              Podrzucam jeszcze jeden post:
              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16556&w=15938191&a=15941354
              Pozdrawiam
              • mader1 Re: czekanie na krzyż 21.09.04, 10:38
                spokojnie: nie - spokojniej w stosunku do kogos innego: tak.
                Jasne, ze nie opierasz sie na statystykach.Tego zdania o statystykach w zaden
                sposob nie pisalam w odniesieniu do Twojego dziecka.Przepraszam, jezeli moglo
                to tak zostac odebrane. I rzeczywiscie, tak jak piszesz wczesniej, zarowno
                mamy wierzace jak i niewierzace rozpaczaja po stracie dziecka.Jedne i drugie to
                boli. Jak to napisac.... po prostu wierze,ze tej konkretnej mamie Bog moze
                przyniesc ulge, jezeli o to poprosi. Chociaz w oczach otoczenia moze byc ciagle
                postrzegana jako bardziej cierpiaca, rozpaczajaca niz inna mama(niewierzaca) w
                takiej samej sytuacji.
          • addria Re: czekanie na krzyż 21.09.04, 11:29
            Piszę w kontekście postu mharrison, ale w sumie tak ogólnie. Przyznam się
            szczerze, że nie lubię zbytniej ideologii/filozofii w niczym: w życiu, w
            wierze, itd. Może jestem tylko prostym człowiekiem, który nie czuje potrzeby
            zagłębiania się we wszystko? Generalnie nie lubię sobie komplikować życia,
            które i tak wystarczająco jest zagmatwane. Mój pierwszy post w tym wątku był
            krótki, bo jakoś nie czuję potrzeby większej refleksji nad tym tematem.

            > Czym jest krzyż? Czy krzyż to codzienne problemy i zmagania się z nimi,
            kłopoty
            w pracy, finansowe? Jeśli tak to moim zdaniem to są codzienne sprawy będące
            udziałem każdego z nas, czy wierzącego chrześcijanina, czy wyznawcy innej
            religii, czy w końcu wojującego antyklerykała. Czy nazywanie ich krzyżem pomaga
            w stawieniu im czoła, uporania się z nimi? <

            Krzyż jest dla mnie chyba właśnie tym. Czymś co niesie życie, niekoniecznie
            zależnym od woli Boga. Czymś z czym musimy sobie radzić, czemu musimy podołać,
            co jest trudne, często smutne, ale co się ZDARZA. Niestety, niektórym „częściej
            i gęściej”.

            > Jak wiele w ich rozwiązywaniu zależy
            od Boga, a ile od naszego samozaparcia, zdolności, umiejętności, wolnej woli,
            którą obdarzył nas Bóg? <

            Nie wiem ile. Gdy coś złego się dzieje w moim życiu to zawsze proszę o
            wsparcie Boga. Nie widzę w tym nic złego. Nie wiem, na ile jest wówczas mojego
            starania, a ile Jego pomocy. Wiem, że i tak zawsze się muszę nieźle natrudzić ;-
            ) Ale proszę, a resztę zostawiam Jemu. Nie siedzę i nie czekam aż Bóg ześle mi
            mannę z nieba, albo ześle mistyczne doznania. Działam, staram się, a być może w
            skutek mojej modlitwy, On tak kieruje, żeby wszystko jakoś się poukładało.

            > Czy nie wydajne Wam się, że już same wyrażenia „czekanie na krzyż”, „zsyłane
            cierpienia” ma wiele wspólnego z wizerunkiem srogiego sędziego Boga-Ojca,
            rzucającego gromami, którego najbardziej absorbującym zajęciem jest stawianie
            nas w trudnych sytuacjach, a nie kochającego Boga Ojca – przyjaciela, który
            wyposażył nas w wolną wolę, stworzył świat, byśmy mogli się cieszyć jego
            pięknem? Skąd się bierze to epatowanie krzyżem? <

            Czy cierpienie uszlachetnia? Czy ja wiem. Zależy jakie. Czasem prowadzi do
            depresji, załamania. Czasami daje dystans do mniejszych zmartwień, pokazuje co
            w życiu jest naprawdę ważne. Czy cierpienie ma sens? Cierpienie jest wpisane w
            ten świat, od cierpienia wyzwoli nas tylko śmierć i nowe Życie. Możemy tylko
            prosić Boga o złagodzenie cierpienia. On nas może wysłuchać, bo „o cokolwiek
            prosić będziecie”... Jeśli nie wysłuchuje, to albo nasza wiar jest zbyt mała,
            albo nasze cierpienie ma właśnie ukryty cel (którego nie musimy na daną chwilę
            rozumieć), albo też cierpimy na własne życzenie, bo nie potrafimy stawić czoła
            losowi. Oczywiście cierpienie cierpieniu nie jest równe i trudno tu
            generalizować.

            > Czy Bóg nas tak ukochał, że „dał nam krzyż” czy tak ukochał nasze dzieci,
            że „wezwał je do siebie”?

            Z tym wzywaniem do siebie, to jestem sceptyczna. Nie sądzę, by Bóg siedział i
            wskazywał palcem: „teraz Ty”. Bóg może wpływać na nasze losy, gdy tego chcemy
            (prosimy), lub gdy z jakichś powodów on tego chce, ale nie sądzę, by ingerencja
            Boga w życie (wszystkich) ludzi, była stała.

            > Jaki sens mają tu, nadużywane moim zdaniem, wyrażenia: „kogo Bóg kocha, temu
            krzyż
            daje" i “tych, których Bóg bardzo kocha, zabiera do siebie”?

            Te wyrażenia są mi obce. Myślę, że wynikają z próby oswojenia zła i cierpienia
            przez ludzi. Ja myślę raczej, że „kogo Bóg kocha temu błogosławi”. Co nie
            oznacza bynajmniej, że ludzie cierpiący są Bogu niemili.

            > Czego uczą trudne doświadczenia?

            A czy trudne doświadczenia zawsze muszą czegoś ważnego uczyć? Może uczą siły,
            wytrwałości. Nie wiem. Nie próbuję się doszukiwać we wszystkim czegoś
            wzniosłego.

            > Nie zauważyłam też, by wierzące mamy lepiej, łatwiej, mniej boleśnie
            przeżywały
            śmierć swojego dziecka.

            Śmierć swojego dziecka, to największa z możliwych tragedii. Nie wierzę, że ktoś
            mógłby przeżyć ją ze stoickim spokojem. Jeśli jest to jakaś próba, to nie
            zesłana przez Boga, ale po prostu próba pt: czy nasza wiara potrafi przetrwać w
            obliczu tej tragedii? Czy nie będziemy obwiniać Boga, czy nie odwrócimy się od
            niego? Jeśli przyjmiemy, że to nie Bóg zsyła nas cierpienia, to myślę, że
            będzie łatwiej. Czasem jednak taka wiara w karzącą moc Boga jest dla ludzi
            prostsza, bo zawsze można kogoś obwinić, na kogoś wylać swój gniew i żal...
            Masz rację, faktycznie czasem zbytnio epatuje się cierpieniem, tworzy się
            niemal wizję chrześcijanina wiecznie bolejącego, utożsamia się je z cierpieniem
            Jezusa. Ja się boję takich porównań.

            > Czy ufność Bogu, modlitwa uchroni przed przysłowiowym „krzyżem”?

            Myślę, że jest taka możliwość, ale nie każdy potrafi ją wykorzystać. Ale trzeba
            chcieć się tego „krzyża” pozbyć. Chcieć zmieniać stale swoje życie, pracować
            nad sobą. Czasem nieświadomie przybieramy pewne postawy i kurczowo się ich
            trzymamy. „Bo ja już mam pecha”, „bo w moje życie wpisane jest cierpienie”...
            Bóg nam może tylko w tym pomóc.

            Pozdrawiam smile
            • sion2 Re: czekanie na krzyż 21.09.04, 17:50

              jak wiadomo wszem i wobec na tym forum jestem osobą chorą, efektów leczenia nie
              widać, jest źle albo b.źle z moimi stawami

              dla mnie krzyż to jest wtedy gdy na moją wolę Bóg kładzie swoją wolę i
              powstaje "przecięcie" - bolesne dla mnie, dla mojego egoizmu
              żeby uniknąć bólu trzeba dążyc do tego, żeby moja wola była jednym z wolą Bożą

              to teoria i pragnienie

              a rzeczwywistośc jest taka, że każdy "krzyż" jest polaryzacją mojej wiary
              każdy odkrywa moją niemoc i brak wiary, ufności, pokory
              wtedy moge i wołam do Boga z głębi nicości "ja nic nie mogę, Ty możesz wszystko"

              kiedyś na poczatku choroby myslałam, że Bóg oczekuje ode mnie heroizmu - rzecz
              jasna moje cierpienie jest naprawde niewielkie w porównaniu do cierpień innych
              ludzi, chociażby z hospicjum - ale że On oczekuje, że nie będę płakać, że bedę
              każde pogorszenie witać z uśmiechem na twarzy, że będę cały czas anielsko
              cierpliwa, a o bólu nie powiem nikomu ani słowa, i że oczywiście moje
              cierpienie będę łączyła z Ofiarą Jezusa i ofiarowywała za innych ludzi
              sama się dziwię jak mogłam tak głupio i pysznie sądzić

              nie dawałam rady, płakałam, załamywałam się, denerwowałam na nogę że nie chce
              wyzdrowieć po operacji, i jeszcze ten niepokój że Bóg czego innego oczekuje...
              przyjechał do mnie ksiądz z mojej wspólnoty i mówi "przeciez to nie o to
              chodzi, czy ty chcesz byc leposza od Jezusa? On Syn Boży cierpiał w Ogrójcu,
              prosił o oddalenie męki, bał się i płakał - a ty nędzne stworzenie chcesz być
              lepsza?"
              i wtedy wszystko się zaczeło zmieniać
              teraz wiem, ze jak jest "krzyż" to Bóg czeka że stanę się jak małe dziecko,
              które wie, że bez trzymania za ręke "nie przeżyje" zastrzyku, że On wcale nie
              czeka na mój heroizm, On powiedział "beze Mnie NIC uczynić nie możecie",
              przeciez to On jest święty, doskonały, jest miłością i jej źródłem, w Nim jest
              tajemnica świętości a nie we mnie
              więc jak chcę w sobie znaleźć siłę do cierpienia to ponosze klęskę
              kiedy zwracam się do Niego jak pustynia wołająca o deszcz - wtedy wszystko się
              zmienia, ale nie tak jak w magicznym zaklęciu tylko przez samą Jego obecnośc
              przy mnie
              sądzę że On nie potrzebuje naszych sukcesów duchowych - "cóż masz czego byś nie
              otrzymał", gdy one nastepują to Bóg jest ich Autorem a nie ja
              On potrzebuje mojego ufnego spojrzenia, ze sama nie przejde ani nie przetrwam
              próby - ale On we mnie i za mnie, owszem

              i wtedy zmienia się spojrzenie na życie: "krzyż" nie jest oczekiwany z lękiem
              gdyż nie jawi się jako "zadanie do wykonania i odcierpienia" ale jako
              zaproszenie do głębszej komunii z Bogiem, do dziecięctwa duchowego, do małości
              i pokory "ja sama nic nie mogę. Ty możesz wszystko"

              kasia

              czasem mam pokusy aby oczekiwac "kary" za grzechy
              ale przeciez tą karę przyjął Jezus, dla mnie zostało tylko miłosierdzie smile

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka