Napiszę szybciutko a jutro rozwinę, bo już mam wątek w głowie od miesiąca a
nie potrafię się zmobilizować. Jak już napiszę A to jutro będę musiała
napisać B i wtedy może wreszcie się uda
Bardzo lubię czytać o Waszych rozmyślaniach dotyczących Boga, wiary i
zazdroszczę Wam tej pewności, tego spokoju i braku wątpliwości. Domyślam się,
że każdy przeżywa swoje rozterki związane z wiarą, ale mam poczucie, że
jednak Wasza wiara jest silniejsza. Może to wynika z solidniejszych
fundamentów - moi rodzice to zdeklarowani ateiści z nastawieniem mocno
antyklerykalnym więc moje podstawy są bardzo liche.
Przeżywacie w soim życiu okresy, kiedy Bóg jest jakby obok Was? Mnie to
często dotyka - niby się modlę, niby czytam Słowo Boże, niby chodzę do
kościoła, ale brak mi zapału. Czuję się jakbym była wypalona, jakbym robiła
wszystko mechanicznie - bez większego zaangażowania. Wtedy też nachodzą mnie
złe myśli - a może to wszystko, co robię jest bez sensu, może On nie
istnieje... Takie okresy nie trwają bardzo długo, ale okropnie mi się wtedy
żyje - jestem rozdrażniona, nie mogę się skupić, brak mi poczucia
bezpieczeństwa... Próbuję się wtedy więcej modlić, ale to jest trudne, bo
jestem do modlitwy zniechęcona.
Jeśli przeżywacie coś takiego, to jak sobie wtedy radzicie?
O. Chyba wszystko napisałam.

Dobranoc