Dodaj do ulubionych

A może będzie właśnie tak

08.10.08, 19:39
Wpadła mi dziś w ręce zapowiedź nowej książki Renaty Piątkowskiej - A może będzie właśnie tak.
Dajcie znać, jak będziecie mieli w łapkach. Fajne? I dla kogo - przypuszczam, że dla przedszkolaków.
Tytuł mi się bardzo podoba.
www.interesik.pl/ksiazka/Piatkowska-Renata/A-moze-bedzie-wlasnie-tak,47127001190KS
Obserwuj wątek
    • i2h2 Re: A może będzie właśnie tak 08.10.08, 20:32
      Jeszcze nie miałam w ręku - pewnie na targach obejrzę. Ale jak na
      razie żadna książka p. Piątkowskiej mnie nie zawiodła. Są po
      pierwsze takie bardzo proste, ale bez przesładzania, a po drugie -
      często w środku są rozwiązania tych małych (w odczuciu nas,
      dorosłych) przedszkolnych problemów, podane bez jakiejś nadętej
      dydaktyki, tylko tak mimochodem :-)
    • verdana Re: A może będzie właśnie tak 08.10.08, 20:32
      A ja się będę czepiac - zapowiedzi, nie autorki (no chyba, ze ona
      jest autorka notki).
      Jak widzę tak stereotypowo przedstawiane marzenia obu plci, to mi
      się wątpia przewracają. Dzielny strazak i gwiazda filmowa, brr...
      • i2h2 Re: A może będzie właśnie tak 08.10.08, 22:09
        Czepiaj się, czepiaj - chętnie sprawdzę czy jest to hołdowanie
        stereotypom czy jednak nie tylko :-)
        • neospasmina mam fragment 10.10.08, 09:48
          A może będzie właśnie tak




          Strażak
          Będę strażakiem.
          Martwi mnie tylko to, że wszyscy chłopcy w naszym przedszkolu chcą
          zostać strażakami. Nawet Filip, który zawsze chciał być kowbojem,
          też nagle zmienił zdanie. Oni mi to chyba robią na złość! Przecież
          jak nas będzie aż tylu, to dla wszystkich nie wystarczy pożarów!
          Skończy się tak, że będziemy się kłócić o gaśnice i wyrywać sobie
          sikawki. Dobrze, że mam własne wiaderko i pistolet na wodę, to
          zacznę gasić, zanim oni skończą się bić.
          A potem będzie jak w filmach. Wyjdę z płomieni trochę okopcony i
          usmarowany. W jakimś odległym kącie znajdę biedną ofiarę i uratuję
          ją w ostatniej chwili. Wyniosę na rękach ledwo żywą i zaraz potem
          wszystko z hukiem się zawali. Ludzie będą mnie podziwiać, poklepywać
          i chwalić, a ofiara dostanie coś do picia, opamięta się i zacznie mi
          dziękować. Lekarze, jak to lekarze, będą chcieli mnie zbadać i
          przylepić plaster, ale ja machnę lekceważąco ręką i powiem:
          - Zostawcie, to drobiazg. Nic mi nie jest.
          Strażacy w filmach zawsze tak mówią, nawet gdy są ciężko ranni i
          stoją w kałuży krwi. Lekarze i tak nigdy ich nie słuchają i od razu
          przyklejają plasterki.
          W tym czasie gruby Wojtek stłucze chłopców na kwaśne jabłko,
          odbierze im sikawkę i poleje wszystko dokoła. Pożar będzie ugaszony,
          a my pojedziemy wielkim czerwonym autem do domu. No, tak to sobie
          wyobrażam.
          A tymczasem zakładam strażacki hełm, biorę mój patyk, który raz jest
          toporkiem, raz mieczem, a raz karabinem, i idę do Mateusza. Mateusz
          jest moim najlepszym kolegą i mieszka tuż obok. Nie muszę chyba
          dodawać, że Mateusz też chce zostać strażakiem i że gdy otworzył mi
          drzwi, miał na głowie taki sam hełm, a w ręce patyk.
          - Dzisiaj poćwiczymy ściąganie kota z drzewa – oznajmiłem bez
          zbędnych wstępów, bo dobrze wiem, że to również należy do obowiązków
          strażaków.
          - Dobra, tylko że ja nie mam ani drzewa, ani kota. – Mateusz jak
          zawsze piętrzył trudności.
          - Kędzior jest przecież bardzo podobny do kota. – Mówiąc to,
          spojrzałem na kudłatego i wiecznie rozczochranego chomika, który jak
          zwykle drzemał na szafie. - A szafa jest cała z desek, więc to takie
          prawie drzewo, no nie ? – dodałem.
          - Czy ja wiem ? Przecież szafa jest niebieska, nic na niej nie
          rośnie i w ogóle… – Mateusz znowu szukał dziury w całym.
          - Co ty, dzidziuś w pieluchach jesteś czy strażak ? – Rozzłościłem
          się. – Ruszamy do akcji, bo to biedne zwierzę nie wytrzyma tam ani
          chwili dłużej.
          Porównanie do dzidziusia zrobiło swoje, bo Mateusz wziął się
          wreszcie do roboty. Przysunęliśmy do szafy stolik, postawiliśmy na
          nim krzesło, potem jeszcze kilka grubych książek i drabina była
          gotowa. Byłem już w połowie drogi, Mateusz mnie ubezpieczał, gdy
          Kędzior, nie czekając na ratunek, sam zlazł na ziemię i zniknął pod
          tapczanem. Swoją drogą ciekawe, jak strażakom udaje się zmusić kota,
          żeby siedział na drzewie tak długo, jak trzeba ?
          - Powiem ci, że nigdy nie lubiłem tego chomika. Mógł rozczochraniec
          jeden chwilę zaczekać. Byłem tak blisko. – Spojrzałem z niechęcią w
          ślad za złośliwym gryzoniem.
          - No jak pech, to pech – skrzywił się Mateusz i jak na strażaka
          przystało, polał szafę wodą.
          W końcu uznaliśmy, że ćwiczenia były jednak udane, Kędzior tak czy
          siak został uratowany, a szafa na wszelki wypadek jest mokra. I
          wszystko byłoby dobrze, gdyby nie mama Mateusza, która narzekała, że
          nie można nas spuścić z oka, i zabrała nam sikawki. Teraz już wiem,
          że Mateusz to marudzenie ma po mamie.
          - Musimy kiedyś pojechać do moich dziadków na wieś. Tam jest pełno
          roboty dla strażaków – powiedziałem, podczas gdy Mateusz podglądał
          przez dziurkę od klucza, gdzie mama chowa nasze sikawki.
          Nie żebym się chwalił, ale naprawdę mam najlepszych dziadków na
          świecie. Mogę u nich codziennie wielkim, gumowym wężem polewać cały
          ogródek, a jeszcze na koniec dostaję w nagrodę budyń z sokiem. Ale
          co tam budyń, wąż, ogródek, a nawet cały dom - u dziadków
          najfajniejsza jest szopa na narzędzia. Obok grabi, łopat i wiader są
          tam różne skrzynie, stare krzesła i w ogóle wszystko, co babcia każe
          wyrzucić, a dziadek chowa, bo jak mówi: „To się jeszcze kiedyś może
          przydać”. W tej szopie zamieszkała też kiedyś bez pytania czarna
          kotka, która przyszła nie wiadomo skąd. To właśnie ja znalazłem ją
          pewnego razu w starej skrzynce na jabłka. Leżała tam sobie jakby
          nigdy nic, a przy jej boku spały trzy małe woreczki z ogonkami jak
          sznurówki i popiskiwały przez sen. Nawet takie bezpańskie koty muszą
          się jakoś nazywać. Od razu wiedziałem, że żaden szanujący się kot
          nie chciałby mieć na imię Puszek albo Mruczek, więc nazwałem kocięta
          po strażacku: Żarek, Popiołek i Dymek, a ich mama, chuda i czarna
          dostała imię Spalenizna. Dzisiaj cała czwórka grasuje po ogrodzie,
          plącze się pod nogami i broi ile wlezie. Lubię, jak ta kocia rodzina
          przychodzi do kuchni, pije mleko i mruczy. Ale jeszcze bardziej
          lubię, jak przychodzi z wizytą wujek Staszek. Wujek nie pije mleka i
          nie mruczy, ale za to bierze mnie na kolana, podkręca wąs i opowiada
          o strażakach. Bo wujek sam jest strażakiem-ochotnikiem, to znaczy,
          że na co dzień jest piekarzem, ale jak się gdzieś pali, to rzuca
          wszystko i zamienia się w strażaka. I to właśnie jest najfajniejsze,
          bo okazuje się, że można być na przykład zaklinaczem węży albo
          siłaczem, a jeszcze oprócz tego, na ochotnika - strażakiem. Wujek
          dobrze wie, że ja też kiedyś będę gasił pożary, ściągał z drzew
          koty, podkręcał wąs i jeździł wielkim, czerwonym autem – dlatego
          czasami zabiera mnie do prawdziwej remizy strażackiej.
          Taka remiza to jest lepsza nawet od dziadkowej szopy. Kiedy wujek
          zabrał mnie tam po raz pierwszy, powiedział:
          - Przypatrz się, Adasiu. Tu wisi portret świętego Floriana, to
          patron wszystkich strażaków.
          Święty Florian na obrazie wyglądał na zadowolonego. Stał wśród chmur
          i polewał wodą z dzbanka jakiś płonący na ziemi domek. Miał
          superpłaszcz, długi i czerwony, który łopotał mu na wietrze. Widać
          wiało, jak go malowali.
          Tuż obok obrazu wisiały za szybką zdjęcia strażaków w akcji. W
          błyszczących hełmach biegali tu i tam z toporkami i drabinami.
          Wszędzie pełno czarnego dymu, a oni nic się nie boją, tylko
          rozwijają grube węże i leją aż miło. Na innym zdjęciu strażacy w
          pięknych mundurach stoją równiutko, jeden obok drugiego, a jakiś
          bardzo ważny pan przypina im medale. Medale są złote i mają kolorowe
          wstążeczki. Też bym tak chciał.
          Teraz, kiedy przychodzę z wujkiem do remizy, to już nie tracę czasu
          na oglądanie zdjęć za szybką, tylko pozdrawiam Floriana, zerkam na
          jego superpłaszcz i idę podziwiać strażackie wozy. Ten, który podoba
          mi się najbardziej, ma wielką składaną drabinę. Na jej szczycie jest
          malutki balkonik. Jak cała drabina się wyprostuje, to ten balkonik
          jest bardzo, bardzo wysoko. Strażak, który się tam wdrapie, może
          sobie podziwiać piękne widoki, jak z jakiejś wieży. Oczywiście musi
          też polewać z wysoka ogień, ale to już sama przyjemność. Oprócz tych
          wielkich czerwonych samochodów w remizie jest jeszcze długa,
          błyszcząca rura, po której zjeżdżają sobie strażacy. Sam już nie
          wiem, co fajniejsze.
          - Podoba ci się, prawda? – spytał wujek, widząc, że patrzę na rurę w
          zachwycie. – Jak jedziemy do pożaru, to liczy się każda minuta. Nie
          ma czasu na bieganie po schodach.
          - A ja nawet jakbym miał strasznie dużo czasu, to i tak wolałbym
          zjechać po takiej rurze, niż iść po schodach – zapewniłem.
          I odkąd zobaczyłem to lśniące cudo, nie mogę się nadziwić, dlaczego
          dziadek z babcią nie sprawili sobie takiej zjeżdżalni. Mogliby po
          niej śmigać ze strychu aż do piwnicy. Na pożegnanie pogłaskałem
          rurę, a nawet się do niej przytuliłem, no i coś mi się zdaje, że
          rura trochę mnie polubiła. Potem, idąc w ślad za wujkiem, zobaczyłem
          długie rzędy półek, a na nich hełmy,
      • gopio1 Re: A może będzie właśnie tak 09.10.08, 19:40
        Jeśli chodzi o zawody, to mnie bardziej niż stereotypowe podejście wobec płci,
        razi fakt, że prawie wszystkie książkach dla dzieci o zawodach ograniczają się
        do stałej listy.

        Kilkuletnie dziecko pytane kim chciałbys byc gdy dorośniesz, nawet w jednym
        procencie nie zdaje sobie sprawy jak wielkie mozliwości zycie przed nim
        roztacza. Szkoda, że o tak niewielu zawodach dzieciom się mówi. W kółko tylko
        lekarz, strażak, policjant, aktor, murarz, kucharz... Tak jakby wszyscy ludzie
        na świecie wykonywali 10 zawodów na krzyż. Wyjątkiem jest Księga zawodów
        Skokowskiego.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka