Dodaj do ulubionych

Odyseja "Bircza"

07.02.11, 22:32
Właściwie to ten wątek chciałem założyć już kilka lat temu, ale jakoś nie mogłem się na to zebrać. Mam tutaj na myśli opowieść o ataku UPA na Birczę w bożonarodzeniową noc z 6 na 7 stycznia 1946 r. i jego konsekwencjach ciągnących się jeszcze przez długie lata w związku z walką Anny Karwańskiej-Bajliak o godny pochówek dla poległego w boju męża - Dmytra Karwańskiego "Orskiego". Czy wraz z przeniesieniem szczątków upowców z Birczy do Pikulic birczańska odyseja definitywnie się zakończyła? Kto był w Birczy, rozmawiał na ten temat z ludźmi, ten doskonale wie, że nie. Ona ciągle trwa. Serca birczan, zwłaszcza tych starszych, ciągle pełne są nienawiści. Czy jednak słusznie? A może atak na birczański garnizon był koniecznym rozwiązaniem, na jakie w końcu musiało zdecydować się dowództwo UPA? "Za krew, za śmierć, niewolę i ruiny, za wsie spalone do cna...". W prawdziwość tych oskarżeń chyba dzisiaj już nikt nie wątpi. Lata komunistycznej propagandy, w której winna była tylko strona ukraińska, mamy na szczęście za sobą. Czas na głębsze refleksje...

Odyseja "Bircza" to podtytuł książki Anny Karwańskiej-Bajliak "Україно, визнай" ("Ukraino, uznaj"), i to właśnie wspomnieniom tej dzielnej kobiety ze zmagań o ekshumację i przeniesienie do poświęconej ziemi szczątków poległych w Birczy żołnierzy UPA poświęcę większość wpisów tego wątku. Zacznę jednak nietypowo, bo niedawno Wołodymyr Wjatrowycz napisał ciekawy artykuł "Різдвяний бій УПА" ("Bożonarodzeniowy bój UPA"), będący idealnym wprowadzeniem do tematu. Zatem zapraszam do lektury i oczywiście do komentarzy!


"Bożonarodzeniowy bój UPA. Bircza, 7 stycznia 1946 roku"

Zakończenie II wojny światowej nie powstrzymało konfliktu polsko-ukraińskiego, który rozpoczął się w 1942 r. na Chełmszczyźnie, w 1943 r. przerzucił się na Wołyń, a w 1944 r. objął jeszcze Galicję. Konflikt, którego ofiarami stały się tysiące ludzi po obu stronach, a aktywnymi uczestnikami – konspiracyjne ruchy obu narodów, szybko nabył cech charakterystycznych dla wojny. Krwawej wojny w czasie wojny. Zaciekłość obu stron we wzajemnym wyniszczaniu się spowodowała trwałość konfliktu i jego kontynuację w nowych realiach, po odejściu niemieckiego okupanta.

Główną areną wojny między Ukraińcami i Polakami po zakończeniu II wojny światowej stały się tereny tzw. Zakerzonnia – ziem zasiedlonych przeważnie przez Ukraińców, jednak włączonych do składu odrodzonej Polski. Właśnie próby pozbycia się ukraińskiej ludności przez Polaków stały się przyczyną kontynuacji polsko-ukraińskiej wojny, zagłady i deportacji tysięcy Ukraińców.

Wiosną 1945 r. na skutek ataków polskich konspiratorów zniszczono ukraińskie wsie Zawój, Serednica, Paszowa. 3 marca przeprowadzono brutalny napad na wieś Pawłokoma, ofiarami którego stało się – za różnymi danymi – od 366 do 500 Ukraińców. W odpowiedzi oddziały UPA przeprowadziły kilka akcji wymierzonych przeciwko polskim osadom. Otóż wiosną 1945 r. rozprzestrzenianie się konfliktu było bardziej niż prawdopodobne. Mógł on nabrać podobnych rozmiarów jak na Wołyniu czy Galicji w latach 1943-1944. Powstrzymały go rokowania pomiędzy przedstawicielami ukraińskiego i polskiego podziemia 29 kwietnia 1945 roku w Siedliskach, powiat Brzozów, i podpisanie porozumienia o zawieszeniu broni i współpracy w walce z NKWD.

Jednak rozejm z polskim podziemiem nie gwarantował całkowitego spokoju Ukraińcom Zakerzonnia. Jesienią 1945 r. polska komunistyczna władza, aby przyśpieszyć przymusowe wysiedlenia Ukraińców do USRR, użyła do deportacji swojej armii. Brutalność zachowania wojskowych w stosunku do cywilnej ludności, zastraszanie i zabójstwa stały się codzienną praktyką.

W obronie Ukraińców wystąpiły oddziały UPA, które przeważnie składały się z okolicznych mieszkańców sprzeciwiających się polskiemu terrorowi. Między powstańcami i oddziałami polskiego wojska rozpoczęły się zaciekłe boje. Pomimo olbrzymiej wojskowej przewagi przeciwnika, przez kilka miesięcy 1945 r. inicjatywa była po stronie Ukraińskiej Powstańczej Armii, która kontrolowała znaczny obszar. Polska komunistyczna władza koncentrowała się w umocnionych miastach. Jedną z takich "twierdz", skąd co jakiś czas przeprowadzano napady na ukraińskie wsie, było miasteczko Bircza.

1946 rok Ukraińcy Zakerzonnia witali z obawami o przyszłość. Widoków na to, że okaże się on spokojniejszy i bezpieczniejszy niż poprzedni było mało. Stało się to zrozumiałe już w pierwszych dniach nowego roku: 1 stycznia oddziały Wojska Polskiego z Birczy wdarły się do naszej wsi Lachawy.

"We wsi - czytamy w powstańskim sprawozdaniu - rozpoczęli wtedy krwawy taniec. Z domów zabrali siedmiu ukraińskich gospodarzy w wieku 40-80 lat i dwóch chłopców po 16 lat i wszystkich rozstrzelali koło szkoły. Jednego zastrzelonego gospodarza wrzucili w ogień".

Następnego dnia brutalnie wyrzucono ponad trzystu Ukraińców ze wsi Monasterzec. 6 stycznia rano, w przededniu świąt Bożego Narodzenia, polski oddział z Birczy atakował wieś Dobra.

Taka aktywność garnizonu z Birczy na antyukraińskim froncie nie mogła pozostać niezauważona dla dowództwa UPA na Zakerzonniu. Jeszcze pod koniec 1945 roku kilka sotni przeprowadziło dwa ataki na to miasteczko.

Najbardziej udana była pierwsza akcja, przeprowadzona w nocy z 22 na 23 października przez kureń UPA pod dowództwem Pawła Wacyka - "Pruta". Powstańcy przerwali linie obrony wroga, wdarli się do miasteczka, rozbili więzienie, uwolnili więźniów, zniszczyli wojskowe koszary.

Sukces powstańców zmusił polskie wojsko do jeszcze większego umocnienia swojej twierdzy, zatem gwarancją powodzenia nowego napadu na Birczę miało być w pierwszej kolejności zaskoczenie. Właśnie dlatego atak zaplanowano dokładnie na ukraińskie Boże Narodzenie.

"Akcja – czytamy o tym w sprawozdaniu – specjalnie została zaplanowana w czasie, kiedy Polacy mogli się jej najmniej spodziewać i miała za zadanie wyrzucić wroga z jego umocnień i zniszczyć te umocnienia oraz same miasteczko, które ma jeszcze kilkanaście murowanych budynków". Planowany bój na Boże Narodzenie był zaskoczeniem i dla żołnierzy UPA, którzy zazwyczaj obchodzili to święto we wioskach razem z ludnością cywilną. Oczywiście taka inicjatywa nie wywołała szczególnego zachwytu u powstańców, ale w armii rozkazów się nie omawia, a wykonuje.

Ogólnie do szturmu przeznaczono cztery oddziały, czyli sotnie: "Udarnyky-4" (dowódca Wołodymyr Szczyhelśkyj - "Burłaka"), "Udarnyky-7" (dowódca Hryhorij Jankiwśkyj - "Łastiwka"), "Udarnyky-2" (dowódca Dmytro Karwanśkyj - "Orśkyj", zastępował rannego sotennego Mychajła Dudę - "Hromenka") i "Udarnyky-6" (dowódca sotenny "Jar", nazwisko nieznane).

Dowodzenie nad całością wziął na siebie kurinny Mychajło Halo - "Konyk". Wieczorem 6 stycznia wystąpił on przed wyszykowanymi i gotowymi do boju powstańcami. "W tę wigilię – wspomina jego słowa uczestnik boju Mychajło Ozymko – naszym celem jest pójść na odwetową akcję przeciwko Birczy, żeby zniszczyć to wrogie gniazdo, które pali ukraińskie wsie (wskazuje w stronę przysiółka Ropa, gdzie dogorywała reszta podpalonych domów), zabija niewinnych ludzi: starców, kobiety i dzieci i nie daje spokojnie poświętować nawet tej wigilii. Za te wszystkie krzywdy, za przelaną ukraińską krew, za śmierć naszych zabitych bohaterów my się dzisiaj odpłacimy. Zamiast bożonarodzeniowych kolęd będą grały nasze powstańcze karabiny i wybuchały granaty".
Obserwuj wątek
    • tawnyroberts "Bożonarodzeniowy bój UPA" - cz. II 07.02.11, 22:36
      Atak odbywał się dwoma grupami ze wschodu i zachodu. Do pierwszej grupy, na której czele stanął "Burłaka", oprócz jego sotni wchodziła także sotnia "Łastiwki". Ich zadaniem było zwrócenie na siebie uwagi wroga i związanie go ogniem, a tymczasem dwie inne sotnie pod dowództwem kurinnego miały bezpośrednio wedrzeć się do miasta i spalić je. Grupie Wołodymyra Szczyhelśkiego udało się podczas natarcia nie tylko zwrócić na siebie uwagę wroga, ale także wejść do wschodniej części miasta i zdobyć tam kilka bunkrów. Jednak już na początku boju stało się jasne, że Polacy są gotowi do aktywnej obrony.

      "Polacy byli mocno okopani – czytamy w sprawozdaniu z akcji – i mieli dookoła miasta porobione bunkry, w których bez przerwy mieszkali. Już w pierwszych chwilach boju dookoła miasta grały karabiny wroga, co świadczy o tym, że wróg był przygotowany, czy raczej był ciągle na stanowiskach. Moment zaskoczenia nieprzygotowanego wroga w tym wypadku całkowicie nie zadziałał, mimo to oddziały w dalszym ciągu wykonywały powierzone im zadania".

      Bój na wschodnim odcinku trwał aż do rana i u powstańców nieubłagalnie kończyła się amunicja. Wreszcie, gdy o 8.00 stało się całkowicie jasne, że walka na zachodnim odcinku została przerwana i Polacy wszystkie swoje siły przerzucili przeciwko oddziałom podporządkowanym "Burłace", ten dał swoim żołnierzom nakaz odwrotu.

      "Odwrót odbywał się pod ciągłym obstrzałem broni automatycznej i krisów wroga, – czytamy w sprawozdaniu Taktycznego Odcinka UPA "Łemko" – a także ciężkiego karabinu maszynowego, umieszczonego na zboczu góry Walkowa. Po ruchach wroga było widać, że stara się on odciąć nam drogę do lasu i uniemożliwić odwrót potokami, które prowadzą z miasta Bircza w południowym kierunku i tym sposobem otoczyć oddział na odkrytym terenie. Jednak nieprzyjacielowi nie udało się osiągnąć swojego celu, bo pododdział czas od czasu stawiał opór, powstrzymując natarcie przeciwnika ze skrzydła i od tyłu. Pościg wroga trwał na odcinku blisko trzech kilometrów i mimo tego, że za uciekającymi wysłano kawalerię Wojska Polskiego, nasze oddziały dobiły się do lasu i tam na jego skraju otworzyły huraganowy ogień, co zupełnie odebrało Polakom ochotę do dalszego pościgu. Następnie sotnie odeszły na umówiony punkt zbiorczy".

      Nieco inaczej rozwijały się wydarzenia na zachodnim odcinku napadu. Pierwszym niedociągnięciem było to, że ze względu na ciężkie warunki terenowe sotnie nie dały radę przyjść na czas na wyznaczone miejsca i synchronicznie rozpocząć akcję. Podczas szturmu miasta napadający byli dla Polaków bardzo dobrze widoczni, dzięki podpalonym przez upowców chałupom. Z uwagi na fakt, że oddziały znalazły się pod celnym ogniem wroga, o 5.00 dano nakaz ich odwrotu.

      Ogółem podczas akcji powstańcy zaznali wielkich strat, z których najważniejszymi były śmierć kurinnego Mychajła Hala - "Konyka" i pełniącego obowiązki sotennego Dmytra Karwanśkiego - "Orśkiego". Razem zginęło 23 powstańców, a kolejnych 22 było rannych. Najważniejszymi przyczynami niepowodzenia szturmu było nieskoordynowanie początku ataku (ze względu na zaśnieżony teren część oddziałów zbyt późno przybyła na miejsce i nie było żadnej technicznej możliwości uprzedzenia o tym pozostałych), gotowość polskiego garnizonu do akcji (a było to 1500 polskich żołnierzy i jedna rota NKWD, którzy oprócz liczebnej przewagi mieli również możliwość wykorzystania umocnień), brak ciężkiej broni dla szturmu umocnień, a później także amunicji do kontynuowania przedłużającej się walki.

      Pomimo niepowodzenia w bożonarodzeniowym boju, UPA kontynuowała aktywną działalność, stając w obronie ukraińskiej ludności. Polskiej komunistycznej władzy potrzeba było jeszcze ponad roku, żeby zdławić ukraiński opór. Wiosną 1947 roku ostatnim aktem polsko-ukraińskiej wojny stała się niesławna akcja "Wisła", podczas której nie tylko likwidowano struktury ukraińskiego podziemia na Zakerzonniu, ale i ostatecznie wysiedlono z tych terenów ukraińską ludność.

      P.S. Kilkadziesiąt lat po opisywanych zdarzeniach Bircza znowu znalazła się w epicentrum polsko-ukraińskich dyskusji. Ich powodem stało się pragnienie przedstawicieli ukraińskiej społeczności, aby ekshumować poległych w boju powstańców i pochować ich na cmentarzu, zgodnie z chrześcijańskim obyczajem. Mogiła żołnierzy UPA znalazła się w przydomowej działce mieszkańca Birczy Jana Laszkiewicza. Wykorzystywał on ją jako pastwisko dla krów i chociaż wiedział o pochówku, to jednak zmieniać niczego nie chciał.

      Żona jednego z poległych, Anna Karwańska-Bajliak, straciła dziewięć lat na starania, aby uzyskać od polskich władz zezwolenie na ekshumację i ponowny pochówek. W 1994 r. w kancelarii przemyskiego wojewody otrzymała dokładną odpowiedź, która wyjaśniała przyczyny jej długotrwałej tułaczki: "Gdyby wasz rząd uznał UPA za uczestnika walki za niepodległą Ukrainę, pochowalibyśmy ich, waszych powstańców, bez problemu na naszym wojskowym cmentarzu w Pikulicach. Kto ma to uznać za was?"

      Historię swojej walki Anna Karwańska wyłożyła w książce pod przemawiającym tytułem "Ukraino, uznaj". Ostatecznie w 2000 roku powstańców ekshumowano i pochowano na cmentarzu koło Przemyśla. Ukraińscy politycy do tej pory dyskutują, czy uważać ich i innych żołnierzy UPA za bohaterów narodowych, chociaż odpowiedź na to pytanie już dawno dał sam naród w tysiącach pieśni. Jedna z nich jest o Birczy:

      "O, kto to, kto to idzie na Birczę,
      Niepowstrzymanie z bojem naciera?
      To dowódca - pułkownik Konyk
      Prowadzi strzelców - wojowników UPA:
      Żeby zapłacić za ludzkie krzywdy,
      Za krew, co w Łomnej pociekła,
      Za śmierć, niewolę i ruiny,
      Za wsie, spalone do cna.

      I to strzelców nie przeraża,
      Nowym zacięciem zapala:
      Na krew i broń przysięgamy
      Bohaterską śmierć jego pomścimy!
      Nasz dowódca - pułkownik Konyk
      W boju z wrogiem padł,
      Na ołtarz Chwały Ukrainy
      Życie i krew swoją oddał!

      A my - za nim, jego śladami,
      Za jego rozkazami idziemy,
      Idziemy powstańskimi szlakami
      Tam, gdzie Wolność nas prowadzi!"

      tsn.ua/analitika/rizdvyaniy-biy-upa-bircha-7-cichnya-1946.html
    • seba-1 Re: Odyseja "Bircza" 09.02.11, 13:42
      Akurat pan eksdyrektor Wiatrowycz jest mistrzem w jednostronnym przedstawianiu przebiegu konfliktu polsko-ukraińskiego. Jego doskonałym odpowiednikiem po drugiej stronie barykady był nieżyjący już Edward Prus. Tu więcej ciekawostek o panie Wiatrowyczu:
      65-lat-temu.salon24.pl/86762,konstrukcja-mitu-czyli-bezpieka-i-ipn-prawde-ci-powiedza
      Ale do czego można się "przyczepić" w jego najnowszym tekście?
      Pominę roztrząsanie autorytatywnego stwierdzenia że konflikt polsko-ukraiński rozpoczął się w 1942r, bo tu można by się spierać w nieskończoność kto zaczął, kiedy i gdzie.
      Ale już ten fragment jest ciekawy:" Główną areną wojny między Ukraińcami i Polakami po zakończeniu II wojny światowej stały się tereny tzw. Zakerzonnia – ziem zasiedlonych przeważnie przez Ukraińców, jednak włączonych do składu odrodzonej Polski. Właśnie próby pozbycia się ukraińskiej ludności przez Polaków stały się przyczyną kontynuacji polsko-ukraińskiej wojny, zagłady i deportacji tysięcy Ukraińców."
      Ha, ale sprytnie pominął autor takie nieistotne wydarzenia jak mordy w Baligrodzie i Mucznem w sierpniu 1944. Zwłaszcza Muczne - wymordowanie 70 polskich uciekinierów ze wschodu jakoś nie pasuje do tezy że to Polacy chcieli się pozbyć stąd Ukraińców i stąd eskalacja konfliktu i obronne działania UPA. Muczne bowiem, to doskonały przykład że to UPA przenosiła swoje "oczyszczające" z Polaków działania coraz bardziej na zachód. Zresztą ci upowcy nie byli tutejsi - przybyli z terenów gdzie już w zasadzie wykonali swoje oczyszczajace dzieło.
      A więc to może jednak widmo powtórki wydarzeń z Wołynia i wschodniej Galicji spowodowało u zakierzońskich Polaków tą twardą antyukraińską (i zbrodniczą również) postawę?
      Co jeszcze ciekawego w tekście?
      "W tę wigilię – wspomina jego słowa uczestnik boju Mychajło Ozymko – naszym celem jest pójść na odwetową akcję przeciwko Birczy, żeby zniszczyć to wrogie gniazdo, które pali ukraińskie wsie (wskazuje w stronę przysiółka Ropa, gdzie dogorywała reszta podpalonych domów), zabija niewinnych ludzi: starców, kobiety i dzieci i nie daje spokojnie poświętować nawet tej wigilii. Za te wszystkie krzywdy, za przelaną ukraińską krew, za śmierć naszych zabitych bohaterów my się dzisiaj odpłacimy. Zamiast bożonarodzeniowych kolęd będą grały nasze powstańcze karabiny i wybuchały granaty".
      Oj, bidaki! Nie mogli nawet spokojnie poświętować wlasnej Wigilii! Ale pan Wiatrowycz doskonale wie, ale nigdy się o tym nie zająknie, ileż to razy powstańcy z UPA nie dali szans Polakom spokojnie świętować ich świąt z Wigilią włącznie. Znowu poczytajmy Mohorta:
      65-lat-temu.salon24.pl/262650,krwawe-swietowanie
      I na koniec znowu aksjomat p. Wiatrowycza, tym razem o narodzie ukraińskim:
      "Ukraińscy politycy do tej pory dyskutują, czy uważać ich i innych żołnierzy UPA za bohaterów narodowych, chociaż odpowiedź na to pytanie już dawno dał sam naród w tysiącach pieśni."
      Naród odpowiedział?! Bo mnie się wydaje że tylko niewielka część narodu ukraińskiego sławi owych "powstańców",większość zaś uważa ich za bandytów, którzy z równym zapałem jak Polaków i NKWDzistów mordowali po prostu swoich. Teraz poczytajmy publicystę ukraińskiego:
      wyborcza.pl/1,76842,6407468,Skonczmy_z_pieknymi_bajkami_o_UPA.html
      To tyle, pozdrawiam!


      • tawnyroberts Uwagi do uwag 19.02.11, 22:31
        Co do pierwszej uwagi, chyba przyznasz, że Baligród i Muczne w porównianiu z Wołyniem to były jednak incydenty. Nie twierdzę, że nic nie znaczące, bo śmierć każdego niewinnego cywila jest niewątpliwie tragedią i ma dla mnie znaczenie, ale jednak incydenty. Jeśli było inaczej, to jak wytłumaczyć fakt, że na Baligrodzie i Mucznem "antypolska akcja OUN-UPA w Bieszczadach" w zasadzie się zakończyła? Przecież ukraińska partyzantka miała realne możliwości całkowitego wyniszczenia polskiego żywiołu na tym terenie. Wydaje mi się, że niektórzy zbyt pochopnie łączą Baligród i Muczne z Wołyniem i usprawiedliwiają późniejsze rzezie ludności ukraińskiej Nadsania obawami przed powtórką z tegoż Wołynia. Taka prewencja, gdzie ze strachu morduje się setki niewinnych ludzi, w żadnym stopniu mnie nie przekonuje. Tym bardziej, że silniejsza od strachu była chyba chęć wzbogacenia się i zajęcia gospodarstwa po wypędzonym sąsiedzie-Ukraińcu.

        Co do trzeciej uwagi, jeśli nawet tylko niewielka część narodu ukraińskiego sławi powstańców UPA, to trzeba przyznać, że jest to część najbardziej uświadomiona patriotycznie w całej Ukrainie. Pisał o tym nawet Grzegorz Motyka w podsumowaniu "Ukraińskiej partyzantki". Dodajmy do tego jeszcze fakt, że UPA jest hołubiona na obszarze, na którym działała (zachodnia Ukraina), zaś znienawidzona na terenie, z którego pochodziła większość żołnierzy rosyjskich i ukraińskich, zwalczających partyzantkę na żołdzie u Stalina (wschodnia Ukraina). Wynika stąd jasno, że miłość do Bandery w całej Ukrainie jest po prostu niemożliwa i trudno mieć o to jakiekolwiek pretensje.

        P.S. Proszę też zwrócić uwagę na obecną sytuację w Ukrainie. Kto najbardziej staje w obronie języka, wolności słowa, poszanowania praw człowieka? Oczywiście uświadomiony zachód kraju. Zresztą nie pierwszy raz. A czyja to między innymi zasługa?
        • venus99 Re: Uwagi do uwag 22.02.11, 13:07
          1.Przecież ukraińska partyzantka miała realne możliwości całkowitego wyniszczenia polskiego żywiołu na tym terenie.
          polski zywioł i całkowite wyniszczenie-musisz przyznać,że to pieknie brzmi.cytujesz Adolfa??
          2.usprawiedliwiają późniejsze rzezie ludności ukraińskiej Nadsania - możesz podać przykłady tych rzezi?pewnie były porównywalne z ludobójstwem ludności polskiej na Wołyniu,Podolu i innych terenach działalności band UPA.
          3.UPA jest hołubiona na obszarze, na którym działała (zachodnia Ukraina)- i jeszcze się dziwisz,że są ludzie mający negatywny stosunek do wielbicieli bandytów i morderców?

          ---
          Paranoja i Schizofrenia.dziki kraj!
          • tawnyroberts Żywioł, rzezie itd. 23.02.11, 20:25
            1. Pięknie wyszło z tym polskim żywiołem i całkowitym wyniszczeniem? Dzięki, ale z tym Adolfem to pudło. O ile sobie przypominam, to takich sformułowań używają niektórzy historycy odnośnie sytuacji na terenach, które weszły w skład państwa polskiego po 1918 r. (ukraiński żywioł), a także następstw akcji "Wisła" (całkowite zniszczenie wielowiekowej kultury ukraińskiej). Ja tylko zmieniłem adresata.

            2. Przykłady rzezi? Jest tego całkiem sporo, wystarczy trochę poszperać, choćby na tym forum. Pawłokoma, Piskorowice, Wierzchowiny, Bachów, Brzuska, Skopów, Małkowice, Łubno, Terka, Zawadka Morochowska, Gorajec, Lubliniec Stary i Nowy, Sahryń itd. To tylko te największe. Czy były porównywalne z Wołyniem? Na pewno nie. Czasami w odniesieniu do nich, nie bez przyczyny, używa się określenia "mały Wołyń".

            3. Wcale się nie dziwię.

            Tyle tytułem wyjaśnienia. Wracamy do Birczy.
            • venus99 Re: Żywioł, rzezie itd. 23.02.11, 20:55
              1.z Adolfem to nie jest pudło tylko fakt historyczny.takich sformułowań rzeczywiscie uzywali niektórzy historycy.tylko zwróciłem na to uwagę z naciskiem na niektórzy.
              Wielokrotnie słyszałem od krytyków akcji Wisła,że za zbrodnie UPA cierpieli Łemkowie i Bojkowie,którzy podobno nie byli Ukraińcami.ty piszesz,że w wyniku akcji Wisła zniszczono wielowiekową kulturę ukraińską.myślę,że gdyby była to prawda(zniszczenie) to żle to świadczy w wielowiekowej kulturze która tak szybko uległa zniszczeniu.niezależnie od tego to ja uważam,że nawet gdyby tak było to jest to niska cena za zakończenie zbrodniczej działalności UPA.
              2.nie mogę się wypowiadać na temat listy miejscowości gdzie ginęła ludność uraińska.nie znam szczegółów.natomiast mam w związku z tym wiele wątpliwości.przede wszystkim kiedy to było?przed lipcem 1943 roku czy po? czy zginęło 100 000 osób?czy używanie określenia mały Wołyń jest uzasadnione wobec rzezi Polaków od Wołynia po Podole i setek miejscowości?
              czy ludność ukraińska była powszechnie mordowana w bestialski sposób identycznie jak Polacy?
              3.wbrew wielu twierdzeniom Ukraińców proweniencji nacjonalistycznej mamy do czynienia obecnie nie z konfliktem Ukraińsko-Polskim ale z rozbieżnymi ocenami działań ukraińskich nacjonalistów,UPA i współczesnego stosunku Ukraińców do zbrodni ludobójstwa zarówno na Polakach jak i Ukraińcach autorstwa UPA.i tylko tyle.
              4.miłego pobytu w Birczy-sympatyczna miejscowośc.
    • venus99 Re: Odyseja "Bircza" 13.02.11, 21:44
      dziwnym trafem akcje band UPA w roku 1946 opisywane są jako odwetowe za wcześniejsze działania strony polskiej.tak jakby nie było roku 1939 kiedy nacjonaliści strzelali do wycofujących się wojsk polskich,podstępnie mordowali żołnierzy,nie było października 1942 roku kiedy powołano UPA,nie było lat 1943-1945 kiedy masowo mordowano w bestialski sposób bezbronną ludność polska-dzieci,kobiety,starców.dziwnym milczeniem pokrywa się dzisiaj dzieje jednostek ukraińskich nacjonalistów mających przed swoimi nazwami litery SS.
      jeżeli autor opisuje przypadek spalenia Ukraińców to przyzwoitość nakazuje pokazanie kto nauczył sprawców tego mordu.
      faktem jest,że nie może być mowy o żołnierskich grobach upowskich bandytów.nie zasłużyli na zaszczyt nazywania ich żołnierzami.to pospolici mordercy.
      na pozytywne podkręslenie zasługuje natomiast fakt,że wreszcie napisano,że "w obronie Ukraińców wystąpiły oddziały UPA,które PRZEWAŻNIE SKŁADAŁY SIĘ Z OKOLICZNYCH MIESZKAŃCÓW sprzeciwiających się polskiemu terrorowi".
      do tej pory słyszałem,że:
      w akcji Wisła przesiedlono niewinną ludność,nie będącą Ukraińcami,nie mającą żadnego związku z bandami UPA.teraz dowiadujemy się z autorytatywnego jak rozumiem żródła ukraińskiego jak wyglądała prawda.
      ale to o czym piszę to przeszłość,która niestety do końca nie minęła.nacjonaliści aktywizują się,powstają liczne pomniki Bandery i Szuchewycza.kwestionuje się fakt bestialskiego mordowania bezbronnych i ilość ofiar.Ukraina powołała na swojego bohatera Banderę co na całe szczęście zostało potem odwołane.dzisiaj mamy do czynienia z 2 Ukrainami-jeden kraj to kraj normalnych,sympatycznych,życzliwych ludzi i drugi to twarz nacjonalisty,apologety UPA.nigdy nie dojdziemy do porozumienia jeżeli ta druga Ukraina zniknie zniknie a ta pierwsza pozostanie.Ukrainie i Ukraińcom tego życzę.
    • tawnyroberts "Bitwa o Birczę według doktoranta historii" 12.04.11, 22:08
      Początkiem tego roku jakoś sporo mówiło się o ataku UPA na Birczę w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku. Kolejny dowód? Oto w "Naszym Słowie" ukazał się tekst Stepana Zabrowarnego "Bitwa o Birczę według doktoranta historii", będący odpowiedzią na artykuł Damiana Markowskiego w czasopiśmie historycznym "Mówią Wieki". Do Markowskiego na razie nie udało mi się dotrzeć, ale póki co zamieszczam tłumaczenie z "Naszego Słowa".


      „Bitwa o Birczę według doktoranta historii”

      Mija 65 lat od nieudanego ataku oddziałów UPA na Birczę. Popularne czasopismo historyczne „Mówią wieki” właśnie umieściło na ten temat artykuł Damiana Markowskiego. Tekst napisano w stylu znanych powieści typu „Ogniem i mieczem”, chociaż nie dosięga on mistrzowskiego poziomu Henryka Sienkiewicza. Świadczą o tym zwłaszcza podtytuły takie jak: „San jak krew czerwony”, „Drugi Zbaraż”, «„Mała wojna” z Lachami» itd.

      Czego dowiaduje się czytelnik z badań doktoranta Uniwersytetu Warszawskiego, który przygotowuje monografię o walce z UPA w Karpatach? Po pierwsze, że w 1945 r. dywizje Wojska Polskiego przybyły na Podkarpacie nie z zadaniem wysiedlenia Ukraińców, ale żeby obronić polską ludność tych terenów od UPA. «Rozkład polskiego państwa podziemnego – pisze autor – stopniowe „rozładowywanie” lasów praktycznie pozbawiło miejscowych Polaków możliwości skutecznej obrony. Formacje samoobrony, które powstawały oddolnie i opierały się na słabych posterunkach Milicji Obywatelskiej (MO), nie miały szans na zwycięstwo z liczniejszymi, wspaniale uzbrojonymi, fanatycznymi partyzantami UPA. Ratunku oczekiwały od przybyłych do większych miejscowości oddziałów wojska». I dalej: „Ukraińskie podziemie pragnęło jak najprędzej pozbyć się polskiej ludności z ziem, które uważało za etnicznie ukraińskie. Nacjonaliści, przyjmując linię Sanu za naturalną polsko-ukraińską granicę, zaczęli niszczyć miejscowości zasiedlone Polakami, żeby zmusić tych co się uratowali do ucieczki za rzekę”.

      Sytuacja była bardziej złożona, niż to sobie wyobraża autor. Po pierwsze, siatka OUN i UPA na terenie, o którym mowa formowała się później, niż na terytorium USRR. Jej wzmocnienie następowało w miarę nasilenia walk przeciwko przymusowemu wysiedleniu z jednej strony, a z innej, przez konieczne przeciwstawienie się masowym mordom spokojnej ukraińskiej ludności z rąk polskich formacji zbrojnych. Ofiarami seryjnych zabójstw często stawali się greckokatoliccy księża i ich rodziny, a niekiedy całe wsie, jak chociażby Pawłokoma, Małkowice i Piskorowice. Co do oddziałów wojskowych i milicji, to oprócz bezpośredniego udziału w deportacji Ukraińców, jeździły one po wsiach w poszukiwaniu banderowców i za „kontyngentami”. Wjechawszy do wsi furmankami, czasami przemieszczali się w kolumnie, nie pytając nikogo o zgodę zabierali konie, krowy, zboże, a nawet słomę.

      Choć ja sam widziałem to na własne oczy, to mogę ten fakt jeszcze potwierdzić wspomnieniami milicjanta, który brał udział w takiej „akcji”. Henryk Wagner z „posterunku” w Ropience tak opisuje jedną taką operację z udziałem 70 milicjantów: „Celem było schwytanie bandytów grasujących w gromadzie Zawadka i wyegzekwowanie braków z obowiązkowych dostaw mięsa. (...) We wsi w ramach kontyngentu zegnaliśmy kilkadziesiąt sztuk bydła i świń i ruszyliśmy z powrotem drogą na Ropienkę. Gdy wyszliśmy poza wieś napadła na nas banda UPA, która niepostrzeżenie rozlokowała się w lesie i urządziła zasadzkę. (...) Porzucając wszystko zaczęliśmy w popłochu uciekać. (...) To była haniebna ucieczka”. Powiadomiony o zajściu oddział wojskowy przybył z opóźnieniem.

      Tę historię uzupełnił mi dawny mieszkaniec Zawadki Iwan Wolański (ur. 25 marca 1912 r.) takimi słowami: „Jak armia zaczęła rabować chłopów, wtedy ktoś dał znać do lasu. Z lasu wyszedł jakiś oddział UPA i zaczął ostrzeliwać grupę milicjantów, ale strzelali w górę (H. Wagner też stwierdza, że strzelali za wysoko – przyp. S.Z.). Po ucieczce milicjantów chłopi zabrali swoje dobra i nakarmili upowców, którzy od razu wrócili z powrotem do lasu, a z nimi prawie cała wieś, obawiająca się, że przyjdzie odsiecz. I tak rzeczywiście było, bo przyszły oddziały wojskowe (według słów H. Wagnera dwie kompanie – przyp. S.Z.), a spodziewając się, że wieś okupują banderowcy, zaczęli ją ostrzeliwać. Spaliło się wtedy kilka domów i zginęło 8 osób, które pozostały we wsi. Między nimi Józef Amerbej i jego żona, którzy przybyli gdzieś z Rosji w latach czterdziestych, a on pracował w kopalni nafty”.

      Ukraińskie podziemie nie pragnęło pozbycia się polskiej ludności, tym bardziej, że wspólne życie Ukraińców i Polaków z dawien dawna układało się dobrze. Do wyjątków należały tylko te wsie, w których formowały się zbrojne oddziały, nastawione agresywnie do ukraińskiej ludności. Można znaleźć dużo przykładów przyjaznego współistnienia, które wtedy przejawiało się nawet we wspieraniu ukraińskiego podziemia przez polską ludność i pokojowymi stosunkami pomiędzy oddziałami UPA a posterunkami MO, które tak naprawdę nie miały szans w zbrojnym starciu. Można o tym przeczytać w książce Grzegorza Motyki i Rafała Wnuka, a także znaleźć wiele innych dowodów. Do mitów trzeba zaliczyć „niewielkie zapasy amunicji i zniszczone umundurowanie” wojsk, podobnie jak i zbiorowy gwałt 15 kobiet. Incydent z zabójstwem żołnierza Polskich Sił Zbrojnych na zachodzie Polski miałby wzmocnić emocjonalnie przyjętą przez autora tezę o psychozie wojny na tym terenie. W rzeczywistości takie wypadki zdarzały się z ludźmi, którzy przeważnie powracali z przymusowych robót w Niemczech. Rabowano ich i zabijano jeszcze na drodze do Sanu. A propos, Przemyśl nie był wtedy wojewódzkim, a jedynie powiatowym miastem. Siedzibą województwa był Rzeszów, gdzie mieścił się sztab 9-tej dywizji.

      Wracając do sprawy ataku na Birczę, skupię się tylko na ostatniej bitwie. Celem ataku oddziału UPA nie była sama Bircza, ale garnizon wojskowy, który został tu rozmieszczony w celu objęcia operacjami wojskowymi szerszego terytorium. Widocznie dawali się oni mocno we znaki zakonspirowanym w leśnych masywach zbrojnym siłom UPA. Nieprawdą jest, jak pisze autor, że „Konyk” starannie opracował plan ataku, i że partyzanci byli dobrze uzbrojeni, a także to, że „ukraińscy partyzanci byli lepiej uzbrojeni od polskich żołnierzy”, albo to, że polskie bataliony „ustępowały uzbrojeniem ukraińskim sotniom”.
      • tawnyroberts "Bitwa o Birczę według..." - cz. II 12.04.11, 22:18
        W rzeczywistości decyzja o ataku na Birczę była niespodziewana, tak więc „Konyk” nie miał wiele czasu na przygotowanie planu. Wspominają o tym autorzy „9-tej Drezdeńskiej”. Według nich atak na Birczę nie był zawczasu przygotowany, czy wcześniej zaplanowany, a do tego pośpiesznie zorganizowany na podstawie niedokładnych i pomyłkowych danych z raportu własnego wywiadu. Wywiad zwłaszcza ustalił, że cały 2-gi batalion, który stanowił główną siłę garnizonu, wyszedł na „akcję” do Dobrej Szlacheckiej, a w Birczy pozostały tylko grupy wartowników i służb gospodarczych. W rzeczywistości cały garnizon był na miejscu, a do Dobrej Szlacheckiej i Leszczawy wieczorem 5 stycznia wyszedł tzw. „manewrowy oddział” (350 żołnierzy, w tej liczbie 40 kawalerzystów), który do Birczy z Przemyśla przybył w nocy na 5 stycznia, czego nie zauważył wywiad. Z innych źródeł wiadomo, że prowid okręgu powierzył prowadzienie wywiadu „Wyszyńskiemu” – okręgowemu referentowi gospodarczemu. W jednej z wiosek koło Birczy miał on kryjówkę, a w niej „maleńką bolszewicką radiostację”. Dopiero później okazało się, że „Wyszyński” był agentem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (UBP), kiedy już jawnie przeszedł na stronę wroga i w randze podporucznika służył w UBP. Na naradzie u „Dalnycza” (8 sierpnia 1947 r.) początkowo odpowiedzialnością obarczono „Hryhora”, ale tam też go uniewinniono.

        Sam „Konyk” działał pod wpływem silnego zapału, ponieważ kierownictwo polityczne wymagało od niego znaczącego wyczynu dla podniesienia ducha w szeregach powstańców. Anna Bajliak w swoich wspomnieniach przypomina, że niedługo przed bitwą o Birczę prowidnyk OUN I Okręgu „Hryhor” w grupie oficerów UPA powiedział tak: „Gdybyśmy mieli lepszych dowódców, wtedy nie byłoby Birczy, która w całym terenie spędza ludziom sen z powiek, i z której wysyłają oddziały wojsk”. Na te słowa „Konyk” zareagował krótko: „Jutro akcja na Birczę” i od razu zabrał się za opracowanie planów ataku. Za koncepcją „Konyka” sotnie miały nacierać z dwóch kierunków: ze wschodu: lewe skrzydło „Udarnyk-4” („Burłaka”) i prawe skrzydło „Udarnyk-7” („Łastiwka”), a z zachodu: prawe skrzydło „Udarnyk-6” („Jar”) i lewe skrzydło „Udarnyk-2” (rannego „Hromenkę” zastępował „Orski”, a przy nim był też „Konyk”).

        Przy pośpiesznym przygotowaniu ataku na Birczę nie można było pewnie i dokładnie określić nie tylko ludzkiego potencjału garnizonu, ale i jego materialnego zabezpieczenia. Jak informują polscy autorzy, początkowo nie było w Birczy rozbudowanych budowli obronnych, ale w miarę wzrastania zagrożenia bataliony, które stacjonowały tam na zmianę, wzorowo rozbudowały obronne umocnienia. Przede wszystkim prawidłowo rozmieszczono pozycje ogniowe, zwłaszcza karabinów maszynowych, dzięki czemu można było z powodzeniem prowadzić boczny i krzyżowy ogień. Naokoło osiedli rozbudowano szańce, pokryte bunkrami i połączone rowami, wykorzystując przy tym naturalne właściwości rzeźby terenu. Na rynku w okopanych pozycjach rozmieszczono artylerię i wyrzutnie pocisków. Obrona była podzielona na trzy kompanijne rejony, wzmocnione gniazdami karabinów maszynowych. W nocy cały skład batalionu przebywał na pozycjach, a w dzień żołnierze odpoczywali. Negatywnym czynnikiem była tylko możliwość rozpoznania systemu obronnego i ustalenia przez miejscową ludność liczebności wojsk, co niewątpliwie wykorzystywał wywiad UPA.

        Wszystkie sotnie UPA przez głębokie śniegi przybyły na wyznaczone miejsca z godzinnym opóźnieniem. Ponadto czoty i roje zbytnio rozciągnęły się w marszu. Gdy pierwsza czota „Pawłenka” z „Konykiem” i „Orskim” była już pod miasteczkiem, to druga czota, która szła ostatnia (po trzeciej), dopiero wychodziła z Nowej Wsi. Wtedy „Konyk” zatrzymał pierwszą czotę i zawołał do siebie wszystkich trzech czotowych. Jak tylko czotowi podeszli do kurennego, na odcinku sotni „Jara” rozległy się wystrzały z karabinu maszynowego - znak, że wojska były na swoich miejscach i rozpoczęły obronny bój. Dlatego „Konyk” dał rozkaz: „Lewą stroną, tyralierą, biegiem naprzód!”. On sam wyskoczył pierwszy, a w ślad za nim „Orski”, „Pawłenko” i jego czota i nie zważając na silny ogień wdarli się do centrum miasta. Tam, na oświetlonej płonącymi chatami przestrzeni, natknęli się na jeszcze większy ogień i, możliwe, doszło do walki wręcz. Tego nikt nie wie, bo wszyscy oni polegli. Gdy dwie dalsze czoty dotarły na miejsce z którego rozpoczęła natarcie pierwsza czota, spotkał je silny karabinowy ogień i jednocześnie zaczęły spadać dokładnie na ich okopy i wybuchać pociski z wyrzutni. W tej sytuacji trzeba było odstępować.

        Sotnia „Udarnyk-6”, utraciwszy łączność ze sotnią „Udarnyk-2”, natarła na miasteczko na swoim odcinku i nawet zdobyła wrogie szańce, ale dwie czoty zamiast iść na miasteczko, pomyłkowo wyszły na Kamienną Górkę, gdzie znalazły się pod obstrzałem granatników. Wróciwszy z powrotem bez powodzenia nacierały na miasto, a nie osiągnąwszy celu rozpoczęły odwrót. Wtedy z zachodu rozpoczął swój atak wymieniony wcześniej oddział manewrowy, który starał się odciąć rozmieszczone na południu sotnie „Jara” i „Burłaki” od lasu, gdzie one miały odstępować. Przy tym trzeba wspomnieć, że sotnia „Udarnyk-4” walczyła najdłużej, prawie do 8 godziny rano, nie dała się otoczyć i odeszła do lasu. Także autorzy „9-tej Drezdeńskiej” potwierdzają, że atak odbywał się ze wszystkich stron, a główne uderzenie było na odcinku szerokości 200-300 metrów wzdłuż szosy z Przemyśla. O świcie udało się im złamać linię obrony i przesunąć w rejon budynków dworskich, a także zniszczyć dwa gniazda ciężkich karabinów maszynowych. W ten krytyczny moment nadszedł z pomocą ze Starej Birczy oddział manewrowy, poinformowany przez radio i skierowany tam przez dowódcę dywizji.
        • tawnyroberts "Bitwa o Birczę według..." - cz. III 12.04.11, 22:19
          Obrazowo opisuje bój Iwan Fedak – „Hordyj”, rojowy sotni „Jara”: «Podniósł się rechot karabinów maszynowych, wybuchy granatów. Jednak tylko na naszym skrzydle, bo prawe skrzydło, gdzie miał atakować „Burłaka”, milczało. Co się stało? Tymczasem na naszym skrzydle zrobiło się jasno: Polacy wystrzelili rakiety spadochronowe. Mieli nas przed samymi cewkami krisów i bili celnym ogniem. Rakiety wzlatywały jedna za drugą. Z mojego roju padł już sanitariusz „Hołub”, bojówkarz „Jiż”, potem drugi sanitariusz „Łewko”. Dopiero wtedy odezwało się prawe skrzydło. Strzelanina silna, ale czy nie zbyt późno? I powoli staje się oczywiste, że polski ogień groźniejszy niż nasz. Na skraju lewego skrzydła poszła do ataku sotnia „Orskiego”, poszła w piekło, odgłosy strzałów i wybuchy granatów zlały się tam w jedno». Trzeba dodać, że różnica w sile ognia, o której wspomina autor, była następstwem różnicy w uzbrojeniu, ponieważ sotnie UPA miały tylko lekką broń, natomiast garnizon z Birczy wykorzystywał karabiny maszynowe i wyrzutnie pocisków, które robiły najwięcej szkody atakującym oddziałom. Oprócz tego pole walki oświetlały nie tylko rakiety, ale i płonące domy.

          Całkowita liczba powstańców UPA, którzy polegli w boju za Birczę, to 23 ludzi, a 22 było rannych. Wśród zabitych byli kurenny „Konyk”, sotenny „Orski” (Dmytro Karwanśkyj) i czotowy „Pawłenko”. Najbardziej ucierpiała sotnia „Udarnyk-2” - zginęło 13 powstańców, a 7 było rannych, wśród nich 2 ciężko.

          Na zakończenie krótka refleksja: atak sotni przemyskiego kurenia na silnie umocniony i dobrze uzbrojony garnizon Wojska Polskiego w Birczy był tragiczną pomyłką. Nie zrównoważyły tej pomyłki ani siła woli, ani odwaga kurennego „Konyka” i sotennego „Orskiego”, a także sprawność bojowa żołnierzy, co akcentują autorzy „9-tej Drezdeńskiej”. Kiedy sotnie ruszały głębokimi śniegami, żeby przeprowadzić rozstrzygający bój, chłopi szykowali się do wieczerzy wigilijnej. To była cicha świąteczna noc i nie trzeba było tej ciszy przerywać...

          Stepan Zabrowarnyj

          "Nasze Słowo", nr 6 i 7, 6 i 13 luty 2011 r.
          • venus99 Re: "Bitwa o Birczę według..." - cz. III 22.04.11, 07:21

            Na zakończenie krótka refleksja: atak sotni przemyskiego kurenia na silnie umocniony i dobrze uzbrojony garnizon Wojska Polskiego w Birczy był tragiczną pomyłką. Nie zrównoważyły tej pomyłki ani siła woli, ani odwaga kurennego „Konyka” i sotennego „Orskiego”, a także sprawność bojowa żołnierzy, co akcentują autorzy „9-tej Drezdeńskiej”. Kiedy sotnie ruszały głębokimi śniegami, żeby przeprowadzić rozstrzygający bój, chłopi szykowali się do wieczerzy wigilijnej. To była cicha świąteczna noc i nie trzeba było tej ciszy przerywać...

            jednym słowem herosi i w dodatku wielce szlachetni
      • venus99 Re: "Bitwa o Birczę według doktoranta historii" 22.04.11, 07:19

        Ukraińskie podziemie nie pragnęło pozbycia się polskiej ludności, tym bardziej, że wspólne życie Ukraińców i Polaków z dawien dawna układało się dobrze. Do wyjątków należały tylko te wsie, w których formowały się zbrojne oddziały, nastawione agresywnie do ukraińskiej ludności
        ten cytat z Naszego Słowa-powszechnie znanego z rzetelności i obiektywizmu daje świadectwo całości.najpierw Polaków bestialsko mordowano a teraz usiłuje się zatrzeć ślady zbrodni.
    • tawnyroberts Atak na garnizon Wojska Polskiego w Birczy 24.04.13, 14:40
      Czytając przed kilkoma laty książkę Anny Karwańskiej-Bajliak (Анна Карванська-Байляк), zatytułowaną "Во ім'я Твоє", zwróciłem szczególną uwagę na rozdział poświęcony atakowi UPA na Birczę w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 r. Jednak nie ze względu na porywające opisy powstańczych zmagań, bo takowych w tym rozdziale nie ma, ale z uwagi na coś zgoła odmiennego. Anna Karwańska-Bajliak "Roma" przedstawiła atak na Birczę niejako "od kuchni": z pozycji żony czekającej na powrót męża - Dmytra Karwańskiego "Orskiego" (Дмитро Карванський "Орський") z wyjątkowo trudnej akcji, w której powodzenie on sam zdawał się nie wierzyć. A zrobiła to tak przejmująco pięknie, tak intymnie, jak tylko potrafi zrobić zakochana kobieta, z utęsknieniem wypatrująca swojego oblubieńca. Ów oblubieniec jednak nie nadszedł i Boże Narodzenie A.D. 1946 było bez wątpienia najsmutniejszym w całym życiu "Romy", a czary goryczy dopełniała jeszcze świadomość, że "to nie była pora na taką akcję". "- Więc dlaczego posłano chłopców do boju? Dlaczego wybrano śmierć, zamiast jej uniknąć?" Na to pytanie "Roma" nie uzyskała już odpowiedzi. Pozostał jej ból, rozpacz, samotność...


      „Atak na garnizon Wojska Polskiego w Birczy"

      W ciągu miesiąca „Orski" wstąpił tylko raz. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Niebo pokryło ziemię gęstym, głębokim śniegiem. Ludzie jechali do młyna mleć mąkę na świeży chleb, przynosili już choinki. Pachniało świętami. Wydawało się, że wszystko jest tak, jak dawniej...

      W przeddzień Wigilii przyjechał Dmytro. Zaledwie przestąpił próg, maleńki Łewczyk wyciągnął do niego ręce i zawołał:
      - Pan karty, pan karty!

      Tajemnicę Łewczykowego zwrotu znali tu wszyscy oprócz mnie. „Orski" bywał już w tej chacie. Lubił bawić się z malcem, a jedną z zabaw była gra w karty. Wydawało się, że obaj mężczyźni - duży i mały - zaprzyjaźnili się, jednak tym razem ich spotkanie trwało niewiele dłużej niż przywitanie, więc chłopiec się zasmucił. Gdy rodzice go uspokajali, przeszliśmy do innego pokoju.
      - Mam nadzieję, że dzisiaj przychodzisz do mnie z dobrymi nowinami. I nie przestanę pytać, gdzie zamierzasz świętować Boże Narodzenie...

      Dmytro, zanim się odezwał, wziął moje ręce w swoje dłonie i pochylił głowę. Moje serce nie chciało już odpowiedzi. On jednak powiedział:
      - Tak, lepiej nie pytać... zaplanowano akcję na Birczę.

      Bircza. Nasi ludzie wymawiali nazwę tej miejscowości z jakimś strachem. Polacy zgromadzili tam duże siły. Z miejscowego garnizonu na ukraińskich chłopów wyruszały oddziały wojska: plądrowali, niszczyli, aresztowali, zabijali. Można było spodziewać się powstańczej kontrakcji. Ale dlaczego w czasie świąt?

      - Dopiero co wracam z narady. Byli na niej wszyscy sotenni i czotowi. Naradę zwołał prowidnyk „Hryhor". Zarzucał nam w ostrych słowach, że gdybyśmy mieli lepszych dowódców, to nie byłoby Birczy, z której Polacy wysyłają swoje oddziały. To spędza naszym ludziom sen z powiek. Nie wiem, co prowidnyk chciał przez to osiągnąć, ale jego słowa uderzyły we wszystkich. Najostrzej zareagował dowódca „Konyk". Zabrał głos po „Hryhorze" i kategorycznie oświadczył, że przeprowadzimy akcję na Birczę. Poszły w ruch mapy, rozpoczęła się dyskusja, opracowywano plan. A więc akcja ma być przeprowadzona w nocy z Wigilii na Boże Narodzenie. Taką mam dla ciebie, Aniu, nowinę...

      Jutro akcja na Birczę... Tych parę słów dźwięczało mi w uszach, a uporczywa myśl kołatała się po głowie.

      - Mam do ciebie prośbę - powiedział. - Będę ci wdzięczny całym sercem, gdy wieczorem, na Boże Narodzenie, przygotujesz w tej chacie prosforę dla sztabu. Porozmawiam o tym także z gospodarzami. Wcześniej wojsko razem z dowódcami będzie miało Świętą Wieczerzę na Porębach w dolinie. Ale tym zajmą się odpowiedni ludzie. Co o tym myślisz?

      Oczywiście nie potrzebował mojej aprobaty, więc nie czekając na odpowiedź, dodał:
      - Aniu, to jeszcze nie wszystko. Los chciał, że otrzymałem rozkaz objęcia dowództwa i poprowadzenia do boju sotni „Hromenki". Jak wiesz, „Hromenko" jest ranny. Wciąż nabiera sił, powraca do zdrowia... To źle, po prostu nieszczęście, że spadł tak duży śnieg. To nie jest dla nas korzystne. Trudno będzie się wycofywać po białym, głębokim śniegu. To tak, jak gdyby wszystko sprzysięgło się przeciwko nam, przeciwko atakowi o tej właśnie porze. No, ale cóż... nie będę przed tobą ukrywał prawdy, myślę, że tym razem wyruszamy z motyką na słońce. Ale rozkaz to rozkaz...

      Dmytro całował moje ręce, patrzył mi w oczy i nic nie mówił, bo widział moje prawie nieruchome spojrzenie. Nareszcie się odezwał:
      - A może pójdziemy coś zjeść?
      - Tak - odpowiedziałam jakby wyrwana ze snu i poszłam szukać gospodyni, żeby za jej pozwoleniem i przy jej pomocy przygotować kolację. Gospodyni okazała się bardziej przewidująca ode mnie. Czekał na nas nakryty i zastawiony, czym chata bogata, stół. Rozmowa dotyczyła wieczerzy z prosforą. Łewczyk nie schodził z kolan „Orskiego". Gospodarze z radością zgodzili się przyjąć u siebie takich dostojnych gości. Obiecali pomóc mi we wszystkim. Dziękowałam, uzgadniałam szczegóły. Chciałam, żeby świąteczne spotkanie przyniosło każdemu radość, jednak teraz było mi smutno, na sercu ciążył niepokój. Przy kolacji nikt nawet nie wspomniał o akcji na Birczę, ale mimo to wszystkie moje myśli koncentrowały się wokół jednego. Wiedziałam, że bożonarodzeniowy wieczór zacznie się dla mnie tylko wtedy, gdy żołnierze wrócą z walki.

      Robiło się późno. Rankiem Dmytro powinien być z sotnią, która obozowała we wsi Huta. Przeprosiłam wszystkich, powiedziałam, że czas ucieka i „Orski" powinien położyć się spać. Nikt nie protestował.

      Dmytro wydawał się być w dobrym, a nawet wesołym nastroju. Tłumaczyłam to sobie jego charakterem, wrodzoną skłonnością do żartów oraz poczuciem humoru. Mimo wszystko do końca nie rozumiałam jego zachowania. A może nigdy nie poznałam jego myśli, jego duszy? Może...

      Cieszyłam się, że jest przy mnie, że odczuwam ciepło jego ciała, że oddycham zgodnie z rytmem jego serca, że tworzymy jedność... Wydawało się, że powinien przyjść spokój, poczucie bezpieczeństwa, sen. Nic takiego jednak się nie pojawiło. Aż do kresu nocy walczyłam z koszmarnymi myślami. Dmytro spał dobrze. Patrzyłam na niego i w myślach mówiłam: - Śpij. Śpij spokojnie, bo następna noc... Kto wie, co jest ci sądzone.

      - Pewnie nie spałaś całą noc? - zapytał „Orski" po przebudzeniu. - Nie martw się, wszystko będzie dobrze.

      Zrozumiałam, że te słowa otuchy są wypowiedziane z myślą o mnie, o moim spokoju, ale w głębi duszy Dmytro wrze. Wiedział, jaka jest sytuacja.

      - Znów zaczął padać śnieg - oznajmiła siostra gospodarza, którą jeszcze wczoraj poprosiłam, żeby zbudziła nas przed świtem. Pokój, w którym nocowaliśmy, był zwykłą komorą bez okien, miał za to wejście do kryjówki, tak na wszelki wypadek.

      Gospodyni przygotowała śniadanie, a ja zrobiłam Dmytrowi kanapkę na drogę. Wszedł gospodarz i powiedział, że koń jest osiodłany i gotowy do drogi. „Orski" podziękował i skończył śniadanie. Szybko się ubrał i wyszedł. Na dworze parsknął koń. Poznał jeźdźca.

      Pożegnaliśmy się tak, jak zwykle. „Orski" ujął lejce i chciał dosiąść konia, ale poślizgnął się i o mało nie upadł. W mojej głowie jak strzała przeleciała myśl: - Boże, czy to nie zły znak? W tej samej chwili przypomniałam sobie złamaną weselną tortownicę... Z chwilowego zamyślenia wyrwał mnie dźwięczny głos Dmytra:
      - Bywaj zdrowa! Do jutra...
      - Niech Cię Pan Bóg prowadzi! - odpowiedziałam.
      • tawnyroberts Atak na garnizon Wojska Polskiego... - cz. II 24.04.13, 14:46
        Koń ruszył stępem. Patrzyłam w ślad za nim, aż jeździec zniknął za chatami Huty. Mimowolnie wówczas pomyślałam, ile matek, żon, sióstr, narzeczonych tak jak ja żegnało już najbliższych sercu mężczyzn... Czy żegnam go po raz ostatni? Nie, nie, to nie będzie ostatni raz! Odejdźcie precz złe myśli! - Ostatnie słowa wypowiedziałam głośno. Rozejrzałam się, ale nikt nie słyszał. Robiło się chłodno. Wróciłam do chaty.

        Nadzieja wciąż była we mnie, więc nie należało marnować czasu. W noc Bożego Narodzenia miały przybyć cztery sotnie: „Burłaki", „Orskiego", „Łastiwki" i „Jara". Pracy było pod dostatkiem dla każdej z nas. Cały dzień kobiety gotowały, piekły, smażyły.

        Zapadł zmierzch. Na niebie pojawiła się pierwsza gwiazda. Do chaty na Porębach zawitała Wigilia. Gospodarz przyniósł słomę i rozścielił ją na podłodze w kuchni. Gospodyni przykryła stół sianem. W jednym kącie postawiła diducha, a w drugim skromną choinkę.

        Świąteczny nastrój zagościł w naszych sercach. Nikt jednak nie siadał do stołu, nie próbował dwunastu potraw. Wszyscy czekali na gości. Gdy tylko usłyszymy ich głosy, pod wielkimi, pełnymi wody, blaszanymi baniakami na kuchni zapali się ogień. Goście się umyją. Jeden z nich pójdzie do komory, gdzie na ławce złożona w kostkę czeka na niego czysta bielizna. Przebierze się, poczuje świeżość i uśmiechnięty wejdzie w świąteczny krąg światła. Gospodarz zaprosi wszystkich do stołu. Pomodlą się, głosząc sobie wzajemnie Dobrą Nowinę, podzielą się pierwszą potrawą.

        Wiedziałam, że akcja na Birczę miała się rozpocząć o trzeciej w nocy.

        Łewczyk bawił się w słomie na podłodze. Nie do pomyślenia było, żeby go stamtąd zabrać. Pościeliłam na słomie i tak położyliśmy się spać. Gdzieś około jedenastej, przytuliwszy Łewczyka do piersi, zasnęłam.

        Widziałam, jakby na jawie, że stoimy z „Orskim" przy ganku chaty na Porębach. Zza rogu stąpa w naszą stronę nadzwyczaj wielki koń arabski. Siedzi na nim maleńki chłopczyk, podobny do Łewczyka. Trzyma się uzdy. Są już blisko. Koń podnosi wielkie kopyto i... już wiem, co się stanie: kopnie mnie. Ale słyszę głos „Orskiego": - Zabierz stąd tego konia! Chłopczyk posłusznie ściąga uzdę i zawraca... W tej chwili poczułam, że ktoś ściska moją nogę. Krzyczę, budzę się i staję na równe nogi... Wciąż jeszcze krzyczę. Rozglądam się. Obok rozkosznie śpi Łewczyk i... nikogo więcej nie ma. Ale dlaczego czuję ból w mojej nodze?

        Już się nie położyłam. Ubrałam się i wyszłam na podwórko. Na dworze było ciemno, cisza dzwoniła w uszach. Wsłuchiwałam się w ciszę - była złowroga. Ogarnął mnie strach. Chłód przeniknął do kości. Nie oglądając się, weszłam do chaty. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, czułam niepokój. Starałam się być cicho, nie chciałam nikogo zbudzić. O nocy oczekiwania, styczniowa nocy bólu, jakaś ty nieskończona!

        Niebo bladło, zaczynało świtać. Nadszedł poranek. Wciąż nie miałam od niego żadnej wiadomości. Co się z nimi dzieje, co z nimi...

        Dalsze wyczekiwanie było nie do zniesienia. Ubrałam się i pospieszyłam do Huty oddalonej od Poręb około pół kilometra. Śnieg ledwie prószył. Za pierwszymi chatami spotkałam powstańców. Nie znałam ich. W kierunku cerkwi szli ludzie. Podążyłam za nimi. Świątynia była już pełna narodu.
        - Pomódlmy się za tych, którzy poszli walczyć o słuszną sprawę - usłyszałam głos księdza.
        - Poszli, aby nasi ludzie mogli żyć spokojnie... Bogurodzico Dziewico raduj się... - Ludzie modlili się głośno i szczerze.

        W cerkwi nie było powstańców. Usłyszałam, że szepczę: - Co się stało? Czy akcja się jeszcze nie zakończyła? Przede mną stała „Marijka", sekretarka „Sokoła". Obok niej - nieznana mi dziewczyna z Huty. Obejrzała się, jakby usłyszała moje słowa. Zauważyła mnie i szepnęła coś „Marijce". Ta przesunęła się w moją stronę.
        - „Marijko", czy słyszałaś coś o akcji? - zapytałam niecierpliwie.
        - Nie...

        To „nie" zabrzmiało jakoś niewyraźnie, niepewnie. „Marijka" ścisnęła moją rękę i cicho powiedziała:
        - Wyjdźmy z cerkwi. Może zobaczymy kogoś na dworze, wówczas dowiemy się prawdy.
        - Jakiej prawdy? Czy akcja się nie udała? Są ofiary?

        Doszłyśmy na pagórek, gdzie stała chata najbardziej świadomego we wsi gospodarza. Z jakiegoś powodu nie chciałam, żeby „Marijka" była świadkiem naszej rozmowy. Poprosiłam ją więc, żeby wróciła do cerkwi. Sama przestąpiłam próg chaty.
        - Chrystos narodywsia... Dzień dobry, panie gospodarzu. Co słychać?

        Nie pytałam o Birczę, bo nie spodziewałam się, żeby wiedział coś o akcji. Poprosił, żebym usiadła. Zaproponował, że zrobi śniadanie, a gdy odmówiłam, przeprosił i wyszedł. Po chwili wrócił, przyniósł duże czerwone jabłko, podał mi je i zaczął mówić:
        - Proszę jeść i nie martwić się. Gdy służyłem w Armii Halickiej, to ci, o których mówiono, że zginęli, nieraz po dwóch latach wracali do domów. Teraz jest podobnie, może ktoś zginął, może ktoś jest ranny, ale nikt niczego pewnego nie wie. Dlatego niech pani się nie martwi.
        - A pan coś wie?
        - Trochę wiem. Byli u mnie chłopcy i mówili, że akcja na Birczę się nie udała. Są zabici i są ranni...
        - Wie pan, kto zginął?

        Jednak odpowiedzi już nie usłyszałam. Otworzyły się drzwi i do chaty wszedł sotenny „Hromenko". Przywitał się, poprosił gospodarza, żeby zostawił nas samych.
        - Myślę, że powinna pani poznać prawdę - rozpoczął sotenny ze szczerością, która może zabić.

        Poznać prawdę... Krew spłynęła z mojej twarzy, w głowie mi się zakręciło, a serce czekało na zbawienną nowinę, jak na świeży powiew wiatru. Mimo to „Hromenko" mówił bez ogródek:
        - „Orski", kurenny „Konyk", czotowy „Pawłenko" i jeszcze kilku strzelców zginęło na polu walki. Akcja na Birczę zakończyła się fiaskiem, nie udała się, jej efekt jest tragiczny. Nie poszczęściło się... Taka jest niezaprzeczalna prawda. To nie była pora na taką akcję... To nie była pora...

        Ile razy w ciągu ostatnich dni słyszałam te słowa. Więc dlaczego posłano chłopców do boju? Dlaczego wybrano śmierć, zamiast jej uniknąć? Sotenny kontynuował:
        - Oprócz oczywistych czynników, zadziałały również takie, które można było przewidzieć, ale nie wzięto ich pod uwagę. Zaspy są duże i głębokie. Trudno się przez nie przedzierać. Nie wszystkie sotnie zdążyły na wyznaczoną godzinę. Powstańcy zaatakowali z mniejszymi siłami. Jak tylko rozpoczęła się akcja, w pobliżu sotni „Orskiego", z którym był dowódca kurenia „Konyk", ktoś podpalił stodołę lub szopę. Na białym śniegu w jaskrawym świetle chłopcy znaleźli się jak na dłoni. Właśnie w tą stronę Polacy skierowali cały ogień...

        Nie wiem, czy to mnie, czy sobie „Hromenko" odtwarzał te niedawne wydarzenia. Chodził po chacie, a ja siedziałam zdrętwiała.

        Zamilkł na chwilę, ale po pewnym czasie znowu zaczął mówić:
        - Należy spodziewać się silnej akcji Wojska Polskiego przeciwko nam
        i naszym wsiom...

        Jeszcze potem coś mówił, wyciągał wnioski, ale przestałam rozumieć, nie słyszałam słów... Zrobiło mi się słabo. Poprosiłam o wodę. Wszedł gospodarz i podał mi ją. Doszłam trochę do siebie. Podziękowałam „Hromence" za poświęcony mi czas i pożegnałam się.
      • tawnyroberts Atak na garnizon Wojska Polskiego... - cz. III 24.04.13, 14:59
        Chciałam być sama. Chciałam płakać. Chciałam krzyczeć... Nie, to nieprawda, że nie przewidziałam, że nie wzięłam pod uwagę, że nie spodziewałam się tej chwili. Przeciwnie, poniekąd przygotowywałam się na nią. Wiedziałam, że może kiedyś nadejść, tak jak przyszła do dziesiątków, setek ukraińskich kobiet, żon, takich jak ja. Może, ale nie musi! I tą nadzieją żyłam. Wiadomość przekazana przez „Hromenkę" zabiła nadzieję, obróciła ją w pył. Najwrażliwsza, najintymniejsza struna mojej duszy zerwała się bolesnym brzmieniem. Wybuchł we mnie protest, nie pogodziłam się z wyrokiem, ale wyzwolenia od prawdy nie było.

        Szłam, potykałam się i nikogo nie widziałam... Serce ściskał żal. Odganiałam tysiące myśli. Gnębiły mnie pytania, na które nie znałam odpowiedzi. Jak to się stało, że aż tylu chłopców daremnie odeszło z tego świata? Dla złowrogiej radości Polaków i dla naszego bezgranicznego cierpienia? Akcja na Birczę nie udała się... Ból i nieszczęście rozrywały moją duszę.

        Nie pamiętam, jak pokonałam półtorakilometrową odległość, jak weszłam na górę i zastukałam do drzwi chaty. Gospodarze byli przygnębieni i zapłakani. Zrozumiałam, że o wszystkim już wiedzą. Nie zadawali żadnych pytań, jedynie serdecznie współczuli.

        Słuchałam tych dobrych ludzi i chwilami zapominałam, że jestem z nimi. Mówiłam w myślach ni to do siebie, ni to do Dmytry, że tak rzadko spotykaliśmy się, tak niewiele czasu spędziliśmy razem... Może dlatego nasza miłość rozkwitła tak bujnie, była taka silna, tak wielka, jak nasza obawa o siebie, nasze wzajemne na krawędzi bólu oczekiwanie. Teraz wszystko - ciepła woda na kuchni i czysta, poskładana na ławce bielizna oraz bogactwo świątecznych potraw - wszystko to było niepotrzebne. Nie przyjdą, nie ucieszą się, nie podziękują...

        U schyłku dnia do chaty na Porębach wstąpił sotenny „Hromenko". Przybył właściwie z jedną tylko prośbą, żebym przyszła na Wigilię, na wspólną kolację przygotowaną dla sotni.
        - Koleżanko „Romo", niech pani nie odmawia i usiądzie z nami przy jednym stole. Z sotni „Orskiego" nie powróciło ponad dwudziestu chłopców. Może wspólne przeżywanie tego nieszczęścia przyniesie pani ulgę. Niech pani będzie dzielna. Proszę, niech pani idzie ze mną...

        Zgodziłam się. Wieczór był zimny. Bożonarodzeniową kolację zorganizowano w sali dużego budynku, w którym za spokojnych lat obchodzono święta narodowe. Obecnie nikt tego budynku nie ogrzewał.

        Ojciec „Kadyło" pomodlił się i pobłogosławił dary boże. Sotenny „Hromenko" poprosił, aby minutą ciszy uczcić pamięć przyjaciół, którzy polegli za wolność Ukrainy. Pamięć, jakże boleśnie żywą! I właśnie do tych, którzy kilkanaście godzin temu myśleli, że będą wśród nas, ale w pół drogi zatrzymały ich wrogie kule, zwrócił się sotenny w swoim krótkim przemówieniu. Jego głos drżał, ale słowa były mocne i doniosłe. Zrozumiałe dla każdego strzelca, jak tylko może być zrozumiałe poświęcenie, śmierć w celu wyzwolenia narodu. „Szli dziadowie na męki, pójdą i prawnukowie, dla narodu życie swoje oddamy..." - zabrzmiały w głowie słowa poety, jakby przysięga. Ilu jeszcze chłopców, wiernych synów złoży głowy na ofiarnym ołtarzu w imię wolności swojego narodu? Ilu z nich już nigdy nie usłyszy kolędy „Bóg przedwieczny się narodził...”. Ci, którzy przeżyli, wspólnie zasiedli do wieczerzy, dzielili się potrawami, jak najbliżsi sobie ludzie.

        Płynęła kolęda za kolędą - zgodnie i cicho - jak pamięć, jak nadzieja. I jak modlitwa: „Prosimy Cię, Panie...".

        Po pewnym czasie rozpoczęły się rozmowy. I znowu słucham historii o tragedii ostatniej nocy. Teraz już od naocznych świadków. Jednak każdy zapamiętał ją inaczej, każdy przedstawił swoją wersję. Pewne fakty były jednak niezmienne. Na pewno nie wszystkie sotnie zdążyły na wyznaczoną porę, jak choćby sotnia „Burłaki". Na pewno ktoś celowo podpalił stodołę właśnie w tym miejscu, gdzie przebywał głównodowodzący „Konyk", a z nim jego przyjaciel, sotenny „Orski". Obaj zginęli w pierwszych minutach walki.

        Słuchałam i zmagałam się z natrętną myślą: wróg z góry wiedział o akcji, był do niej przygotowany, oczekiwał jej, wyprzedzał każdy ruch powstańców. Kto zdradził, kto uprzedził Polaków? Kto podłożył iskrę, która jak umówiony znak, wybuchła płomieniem śmierci? Kto to zrobił?

        Po tym, jak zginęli „Konyk" i „Orski", łączność między sotniami została zerwana. Nie było dowództwa. Zdezorientowani powstańcy rozpierzchli się. W takim momencie trudno było myśleć o ataku. Rozpoczął się odwrót. Chaotyczny odwrót pod gradem wrogich kul. Każdy ratował się, jak tylko mógł. Powstańcy odszukiwali swoich towarzyszy dopiero poza polem obstrzału. Pojawiły się pogłoski, że Polacy wzięli niektórych żywcem do niewoli. Czy to prawda, czy nie? Nikt z siedzących za świątecznym stołem nie znał jednoznacznej odpowiedzi.

        Czy to prawda, czy nie... Jaka to różnica, czy pójść na tortury, czy zginąć na polu walki? Pod koniec kolacji podszedł do mnie któryś ze strzelców i cicho powiedział:
        - Koleżanko „Romo", na własne oczy widziałem, jak pierwszy poległ „Orski", widziałem krew na jego czole. I jeszcze widziałem jak dwie, może trzy minuty po tym - bo wszystko działo się bardzo szybko, błyskawicznie - zginął dowódca „Konyk". Poległ obok mnie i nie słyszałem już jego rozkazów. I wtedy zacząłem się wycofywać. Inni również. Na szczęście zwołał nas czotowy. Razem, bez paniki, wyszliśmy spod obstrzału.

        Zrobiło się późno. Samotny powrót do chaty był nie tyle straszny, co niebezpieczny. Poprosiłam „Hromenkę", żeby wysłał ze mną któregoś ze strzelców. Szliśmy w milczeniu. Dotkliwie odczuwałam samotność i... pragnęłam samotności.

        Anna Karwańska-Bajliak
        "Во ім'я Твоє", str. 130-143.

        Tłumaczenie: Andrzej Bożyk
        Ze zbioru: "Za to, że jesteś Ukraińcem", redakcja Bohdan Huk.
        • graziowawiar Re: Atak na garnizon Wojska Polskiego... - cz. II 25.04.13, 10:21
          Czy odprawa na której zapadła decyzja ataku na Birczę była w Grąziowej ?
          Zdjęcia podpisywane las nad Birczą pochodzą z Grąziowej ?
          • tawnyroberts Zdjęcie 26.04.13, 15:03
            Co do miejsca odprawy, spróbuję to ustalić. Naradę zwołał prowidnyk "Hryhor" i bardzo możliwe, że miała ona miejsce w wiosce, w której na co dzień kwaterował lub w jej pobliżu. Niestety, nie wiem w tej chwili jaka to wioska.

            Jeśli zaś chodzi o zdjęcie podpisywane "Las nad Birczą, 4 lub 5 stycznia 1946 roku", na którym nad mapą naradzają się "Łastiwka", "Konyk", "Burłaka" i "Hromenko", to nie wydaje mi się, żeby to było akurat w Grąziowej. Oczywiście, nie dlatego, że nie poznaję okolicy, bo po tym co widać na zdjęciu rozpoznać Grąziową raczej niepodobna, ale wydaje mi się bezsensowne ślęczenie zimową porą na dworze nad mapą w miejscu oddalonym ok. 10 kilometrów od celu ataku, czyli Birczy. Poza tym obecność ciągle powracającego do zdrowia "Hromenki" wskazuje, że mogło to być gdzieś bliżej miejsca jego stałego kwaterowania podczas leczenia, czyli Huty Poręby, wtedy funkcjonującej jeszcze jako dwie oddzielne wsie: Huta i Poręby.

            W związku z podpisem pod zdjęciem pojawiły się rozbieżności co do samej daty odprawy. Według "Romy" narada miała miejsce 5 stycznia, a tymczasem, biorąc za pewnik podpis, rekonesans dowództwa przemyskiego kurenia UPA, który z pewnością odbył się już po odprawie, miał miejsce 4 lub 5 stycznia. Poza tym, na fotografii nie widać wielkich śniegów, jakie spadły w przeddzień, a może nawet kilka dni przed atakiem. Stąd wydaje mi się, że "Roma" się pomyliła i decyzja o zniszczeniu Birczy została powzięta nie 5 stycznia, a kilka dni wcześniej.
            • graziowawiar Re: Zdjęcie 26.04.13, 17:36
              O naradzie w Grąziowej 5 stycznia wspomina PŁECZEŃ.
              Decyzja o ataku była spontaniczna, po akcjach WP na Łomnę i Lachawę...
            • graziowawiar Re: Zdjęcie 26.04.13, 20:16
              W partyzantce Tawny to nie byłeś...
              Hryhor raczej przyszedł do nich...
              Narady odbywały się w lesie a nie we wsi z uwagi żeby na pewno nikt nie podsłuchał...
              Zapewniam Cię że nie byli nad Birczą 5 stycznia, musieliby wziąć bardzo dużą obstawę, prawdopodobieństwa ich wykrycia było duże...
              WP z Birczy było bardzo aktywne...
              Śnieg mógł spaść już po naradzie...


        • 99venus Re: Atak na garnizon Wojska Polskiego... - cz. II 25.04.13, 16:24
          serce mi pęka z bólu jak pomyślę co ta biedne kobieta musiała wycierpieć.mogło być tak pieknie a tu taka klęska.
          jak czytam takie rzewne opowiesci to moje uczucia do bandytów z UPA umacniają się.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka