tawnyroberts
07.02.11, 22:32
Właściwie to ten wątek chciałem założyć już kilka lat temu, ale jakoś nie mogłem się na to zebrać. Mam tutaj na myśli opowieść o ataku UPA na Birczę w bożonarodzeniową noc z 6 na 7 stycznia 1946 r. i jego konsekwencjach ciągnących się jeszcze przez długie lata w związku z walką Anny Karwańskiej-Bajliak o godny pochówek dla poległego w boju męża - Dmytra Karwańskiego "Orskiego". Czy wraz z przeniesieniem szczątków upowców z Birczy do Pikulic birczańska odyseja definitywnie się zakończyła? Kto był w Birczy, rozmawiał na ten temat z ludźmi, ten doskonale wie, że nie. Ona ciągle trwa. Serca birczan, zwłaszcza tych starszych, ciągle pełne są nienawiści. Czy jednak słusznie? A może atak na birczański garnizon był koniecznym rozwiązaniem, na jakie w końcu musiało zdecydować się dowództwo UPA? "Za krew, za śmierć, niewolę i ruiny, za wsie spalone do cna...". W prawdziwość tych oskarżeń chyba dzisiaj już nikt nie wątpi. Lata komunistycznej propagandy, w której winna była tylko strona ukraińska, mamy na szczęście za sobą. Czas na głębsze refleksje...
Odyseja "Bircza" to podtytuł książki Anny Karwańskiej-Bajliak "Україно, визнай" ("Ukraino, uznaj"), i to właśnie wspomnieniom tej dzielnej kobiety ze zmagań o ekshumację i przeniesienie do poświęconej ziemi szczątków poległych w Birczy żołnierzy UPA poświęcę większość wpisów tego wątku. Zacznę jednak nietypowo, bo niedawno Wołodymyr Wjatrowycz napisał ciekawy artykuł "Різдвяний бій УПА" ("Bożonarodzeniowy bój UPA"), będący idealnym wprowadzeniem do tematu. Zatem zapraszam do lektury i oczywiście do komentarzy!
"Bożonarodzeniowy bój UPA. Bircza, 7 stycznia 1946 roku"
Zakończenie II wojny światowej nie powstrzymało konfliktu polsko-ukraińskiego, który rozpoczął się w 1942 r. na Chełmszczyźnie, w 1943 r. przerzucił się na Wołyń, a w 1944 r. objął jeszcze Galicję. Konflikt, którego ofiarami stały się tysiące ludzi po obu stronach, a aktywnymi uczestnikami – konspiracyjne ruchy obu narodów, szybko nabył cech charakterystycznych dla wojny. Krwawej wojny w czasie wojny. Zaciekłość obu stron we wzajemnym wyniszczaniu się spowodowała trwałość konfliktu i jego kontynuację w nowych realiach, po odejściu niemieckiego okupanta.
Główną areną wojny między Ukraińcami i Polakami po zakończeniu II wojny światowej stały się tereny tzw. Zakerzonnia – ziem zasiedlonych przeważnie przez Ukraińców, jednak włączonych do składu odrodzonej Polski. Właśnie próby pozbycia się ukraińskiej ludności przez Polaków stały się przyczyną kontynuacji polsko-ukraińskiej wojny, zagłady i deportacji tysięcy Ukraińców.
Wiosną 1945 r. na skutek ataków polskich konspiratorów zniszczono ukraińskie wsie Zawój, Serednica, Paszowa. 3 marca przeprowadzono brutalny napad na wieś Pawłokoma, ofiarami którego stało się – za różnymi danymi – od 366 do 500 Ukraińców. W odpowiedzi oddziały UPA przeprowadziły kilka akcji wymierzonych przeciwko polskim osadom. Otóż wiosną 1945 r. rozprzestrzenianie się konfliktu było bardziej niż prawdopodobne. Mógł on nabrać podobnych rozmiarów jak na Wołyniu czy Galicji w latach 1943-1944. Powstrzymały go rokowania pomiędzy przedstawicielami ukraińskiego i polskiego podziemia 29 kwietnia 1945 roku w Siedliskach, powiat Brzozów, i podpisanie porozumienia o zawieszeniu broni i współpracy w walce z NKWD.
Jednak rozejm z polskim podziemiem nie gwarantował całkowitego spokoju Ukraińcom Zakerzonnia. Jesienią 1945 r. polska komunistyczna władza, aby przyśpieszyć przymusowe wysiedlenia Ukraińców do USRR, użyła do deportacji swojej armii. Brutalność zachowania wojskowych w stosunku do cywilnej ludności, zastraszanie i zabójstwa stały się codzienną praktyką.
W obronie Ukraińców wystąpiły oddziały UPA, które przeważnie składały się z okolicznych mieszkańców sprzeciwiających się polskiemu terrorowi. Między powstańcami i oddziałami polskiego wojska rozpoczęły się zaciekłe boje. Pomimo olbrzymiej wojskowej przewagi przeciwnika, przez kilka miesięcy 1945 r. inicjatywa była po stronie Ukraińskiej Powstańczej Armii, która kontrolowała znaczny obszar. Polska komunistyczna władza koncentrowała się w umocnionych miastach. Jedną z takich "twierdz", skąd co jakiś czas przeprowadzano napady na ukraińskie wsie, było miasteczko Bircza.
1946 rok Ukraińcy Zakerzonnia witali z obawami o przyszłość. Widoków na to, że okaże się on spokojniejszy i bezpieczniejszy niż poprzedni było mało. Stało się to zrozumiałe już w pierwszych dniach nowego roku: 1 stycznia oddziały Wojska Polskiego z Birczy wdarły się do naszej wsi Lachawy.
"We wsi - czytamy w powstańskim sprawozdaniu - rozpoczęli wtedy krwawy taniec. Z domów zabrali siedmiu ukraińskich gospodarzy w wieku 40-80 lat i dwóch chłopców po 16 lat i wszystkich rozstrzelali koło szkoły. Jednego zastrzelonego gospodarza wrzucili w ogień".
Następnego dnia brutalnie wyrzucono ponad trzystu Ukraińców ze wsi Monasterzec. 6 stycznia rano, w przededniu świąt Bożego Narodzenia, polski oddział z Birczy atakował wieś Dobra.
Taka aktywność garnizonu z Birczy na antyukraińskim froncie nie mogła pozostać niezauważona dla dowództwa UPA na Zakerzonniu. Jeszcze pod koniec 1945 roku kilka sotni przeprowadziło dwa ataki na to miasteczko.
Najbardziej udana była pierwsza akcja, przeprowadzona w nocy z 22 na 23 października przez kureń UPA pod dowództwem Pawła Wacyka - "Pruta". Powstańcy przerwali linie obrony wroga, wdarli się do miasteczka, rozbili więzienie, uwolnili więźniów, zniszczyli wojskowe koszary.
Sukces powstańców zmusił polskie wojsko do jeszcze większego umocnienia swojej twierdzy, zatem gwarancją powodzenia nowego napadu na Birczę miało być w pierwszej kolejności zaskoczenie. Właśnie dlatego atak zaplanowano dokładnie na ukraińskie Boże Narodzenie.
"Akcja – czytamy o tym w sprawozdaniu – specjalnie została zaplanowana w czasie, kiedy Polacy mogli się jej najmniej spodziewać i miała za zadanie wyrzucić wroga z jego umocnień i zniszczyć te umocnienia oraz same miasteczko, które ma jeszcze kilkanaście murowanych budynków". Planowany bój na Boże Narodzenie był zaskoczeniem i dla żołnierzy UPA, którzy zazwyczaj obchodzili to święto we wioskach razem z ludnością cywilną. Oczywiście taka inicjatywa nie wywołała szczególnego zachwytu u powstańców, ale w armii rozkazów się nie omawia, a wykonuje.
Ogólnie do szturmu przeznaczono cztery oddziały, czyli sotnie: "Udarnyky-4" (dowódca Wołodymyr Szczyhelśkyj - "Burłaka"), "Udarnyky-7" (dowódca Hryhorij Jankiwśkyj - "Łastiwka"), "Udarnyky-2" (dowódca Dmytro Karwanśkyj - "Orśkyj", zastępował rannego sotennego Mychajła Dudę - "Hromenka") i "Udarnyky-6" (dowódca sotenny "Jar", nazwisko nieznane).
Dowodzenie nad całością wziął na siebie kurinny Mychajło Halo - "Konyk". Wieczorem 6 stycznia wystąpił on przed wyszykowanymi i gotowymi do boju powstańcami. "W tę wigilię – wspomina jego słowa uczestnik boju Mychajło Ozymko – naszym celem jest pójść na odwetową akcję przeciwko Birczy, żeby zniszczyć to wrogie gniazdo, które pali ukraińskie wsie (wskazuje w stronę przysiółka Ropa, gdzie dogorywała reszta podpalonych domów), zabija niewinnych ludzi: starców, kobiety i dzieci i nie daje spokojnie poświętować nawet tej wigilii. Za te wszystkie krzywdy, za przelaną ukraińską krew, za śmierć naszych zabitych bohaterów my się dzisiaj odpłacimy. Zamiast bożonarodzeniowych kolęd będą grały nasze powstańcze karabiny i wybuchały granaty".