Dodaj do ulubionych

Turystyka w Bieszczadach. Jak wyjść z impasu?

14.03.11, 11:25
Końcem lutego w "Nowinach" pojawił się artykuł pióra Piotra Potaczały na temat kondycji turystyki w Bieszczadach. Niestety, z tekstu ani przez moment nie powiewa optymizmem: jest źle, a może być jeszcze gorzej. Ciekawe, czy i Wy podzielacie krytyczną opinię redaktora. A może dostrzegacie coś, o czym nie ma wzmianki w artykule? Zachęcam do dyskusji.


"Turyści omijają Bieszczady. Co zrobić, by wrócili?"

Turyści zimą coraz częściej omijają Bieszczady. Niektórzy przedsiębiorcy zawiesili nawet działalność. W poprzednich sezonach też nie było różowo, ale nigdy aż tak nędznie. Co zrobić, aby za rok odbić się od dna?

Znana w całym kraju, a nawet opiewana w piosenkach Cisna, nie narzeka na brak gości tylko latem. Przez resztę roku nie dzieje się tu niemal nic. Odbija się to na dochodach samorządu i mieszkańców. Może byłoby nieco lepiej, gdyby w gminie powstała planowana od dawna stacja narciarska i kolej linowa w masywie Jasła. Projekt został jednak oprotestowany przez przyrodników i raczej nie ma szans na realizację, przynajmniej w najbliższych latach.

Nie pomogły starania najpierw posłanki, a teraz europosłanki Elżbiety Łukacijewskiej, nic nie dało szukanie przez samorząd biznesmenów gotowych wyłożyć pieniądze na nowoczesne nartostrady. Chcąc nie chcąc lokalne władze muszą skupić się na innych projektach mogących przyciągnąć turystów.

- Chcemy zrobić sztuczne lodowisko w Cisnej i tor saneczkowy w Wetlinie - wylicza wójt Renata Szczepańska. - Ale sami tego nie udźwigniemy, musimy się starać o pieniądze unijne.

I to niezwłocznie, bo jeśli tej zimy już kilka hoteli i pensjonatów w gminie Cisna zamknęło podwoje z braku gości, to za rok lub dwa może być jeszcze gorzej.

*Ukraińcy raczej nie wrócą*

Nie lepiej jest tej zimy w innych bieszczadzkich gminach. Mimo, że Ustrzyki Dolne mają kilka wyciągów, w tym krzesełkowy, i są one w razie potrzeby sztucznie naśnieżane, daleko do liczby narciarzy sprzed kilku lat, a konkretnie sprzed wejścia Polski do strefy Schengen.

- Mało kto zamawia noclegi - zamartwia się właściciel gospodarstwa agroturystycznego położonego 200 metrów od stacji narciarskiej Gromadzyń. - W porównaniu z ubiegłym sezonem nie zarobiłem nawet jednej trzeciej, a wciąż trzeba coś remontować, ulepszać.

Nie inaczej jest w hotelach, pensjonatach. Świecą pustkami, a jeśli już trafi się gość lub mała grupa, to tylko na jeden, dwa noclegi. - Może gdyby zima była ostra i śnieżna, jakoś wyszedłbym na swoje, w obecnych warunkach nie ma szans - kręci głową hotelarz z Ustrzyk, dodając, że jedynie na przełomie roku miał nieco większe obłożenie, ale to normalka, bo sylwester i Nowy Rok w górach zawsze przyciągał.

Bronisław Mrugała, właściciel wyciągów na Gromadzyniu i Laworcie, pogodził się z sytuacją, że czasy najazdu gości ze Wschodu już nie wrócą. Ukraińcy, którzy kiedyś zjeżdżali tłumnie, dzisiaj wybierają ośrodki narciarskie w Słowacji lub u siebie, bo i na Ukrainie powstaje ich coraz więcej.

- Generalnie to i miejscowych, z Podkarpacia, coraz mniej. I pierwsza tura ferii była nieudana (odwilż), a druga tylko trochę lepsza. Kiedyś na parkingach nie można było zliczyć samochodów z warszawskimi czy lubelskimi rejestracjami, dzisiaj trudno je znaleźć - podsumowuje Mrugała.

Tłoku nie ma też na innych bieszczadzkich wyciągach. Mariusz Skubisz, szef stacji Lesko-Ski w Weremieniu, nie ukrywa, że o tym sezonie wolałby szybko zapomnieć. - Nawet gdyby przez najbliższe tygodnie wyciągi nieustannie pracowały, strat i tak nie odrobię. Również dlatego, że jeździ nieporównanie mniej narciarzy niż w ubiegłych latach. Czasami nie opłaca się nawet uruchamiać wyciągu, bo energia jest droga i mocno bije po kieszeni.

*Skazani na nudę*

Jeszcze gorzej jest tam, gdzie turyści nie mogą pojeździć na nartach lub mają bardzo ograniczone możliwości. W drugiej co do wielkości w Polsce gminie Lutowiska (pierwsza obszarowo jest gmina Ustrzyki Dolne) funkcjonuje zaledwie jeden niewielki wyciąg w Dwerniczku.

Niedawno Bieszczadzki Park Narodowy chciał wydzierżawić podobny w Ustrzykach Górnych, ale nikt nie przystąpił do przetargu. - W lutym już za późno na szukanie chętnego, może w kolejnym sezonie - mówi Ryszard Prędki z BdPN.

Tereny w wysokich Bieszczadach są iście bajkowe. Cóż z tego, skoro oblegane głównie latem i trochę jesienią, dla mieniących się kolorami lasów? Co najmniej od dekady mówi się tutaj (wśród mieszkańców, w samorządzie) o potrzebie budowy wyciągów, lecz na pobożnych życzeniach się kończy.

Większość gminy Lutowiska to park narodowy, park krajobrazowy albo inne formy ochrony. A gmina Cisna niemal w całości objęta jest siecią Natura 2000 i ma z tego powodu poważne ograniczenia inwestycyjne.

Jeśli w Bieszczadach jest akurat śnieg i pełną parą pracują stacje narciarskie, to turyści i tak narzekają. Powód? Wieczorami są skazani na nudę. W Ustrzykach Dolnych bary, kawiarnie i restauracje zamykane są o 22 (oprócz jednej przy ul. Fabrycznej), nie ma koncertów, dyskotek, dansingów (dopiero ostatnio zaczęła je organizować jedna z restauracji), innych form zabawy.

Tylko kino w weekendy. Nie lepiej jest w Lesku, zaś gdzie indziej turysta z konieczności siedzi w wynajętym pokoju i zmuszony jest oglądać telewizję. Nie będzie się przecież bez celu włóczył po wsi, nie przyjechał też po to, by popijać piwo w sklepie.

- Ustrzyki Dolne mienią się zimową stolicą Podkarpacia, więc muszą zadbać o relaks dla gości - powtarzają od lat przyjezdni. - Wyciągi i kryta pływalnia, nawet z sauną, siłownią i solarium, to za mało, toteż z roku na rok turystów jest w Bieszczadach mniej.

- Byłem w Ustrzykach na kilkudniowym wypoczynku w styczniu i uważam, że miejscowość nie wykorzystuje możliwości - pisze do naszej redakcji Paweł z Rzeszowa. - Chciałem przehulać kasę, ale nie miałem gdzie. Dołowałem się w pensjonacie i po trzech dniach wróciłem struty do domu.

Henryk Sułuja, burmistrz Ustrzyk Dolnych, podziela opinię, że po zmroku miasto zamiera. - To duży mankament, mam nadzieję, że wreszcie ktoś z tutejszych biznesmenów się przebudzi i wyjdzie z pomysłem prowadzenia wieczornego lokalu, w którym byłoby nie tylko jedzenie i picie, ale też jakaś rozrywka.

Burmistrz zastrzega jednak, że obecna zima jest przede wszystkim fatalna z uwagi na kapryśną aurę. Jest przekonany, że właśnie dlatego turyści ominęli Bieszczady, choć wyciągi, przynajmniej te na Laworcie i Gromadzyniu, niemal nieustannie pracowały.

*Trzeba obniżać ceny*

Z niepokojem na turystyczną mizerię patrzy wójt gminy Solina Zbigniew Sawiński. Przyznaje, że chętni do wypoczynku w Bieszczadach dzwonią, ale od razu pytają, ile jest śniegu. - W czasie styczniowych ferii niemal wszyscy, którzy mieli do nas przyjechać, zrezygnowali. Bo liczyli na kuligi, narty, mieli pomysły na śnieżne konkursy rzeźbiarskie, a pogoda spłatała figla.

Przykładów jest sporo, oto kilka: parokrotnie odwoływano niezwykle popularny bieg narciarski szlakiem kolejki wąskotorowej w Cisnej; przekładano termin wyścigów psich zaprzęgów w Baligrodzie; musiano przełożyć prestiżowy Bieszczadzki Bieg Lotników w Ustianowej oraz wyścigi psich zaprzęgów w Lutowiskach. - Nie ma się co czarować, zimy są coraz słabsze i trzeba będzie zacząć wymyślać alternatywne do narciarstwa formy wypoczynku - mówią mieszkańcy Bieszczadów.
Obserwuj wątek
    • tawnyroberts Turyści omijają Bieszczady... - cz. II 14.03.11, 11:34
      Zła sytuacja skłoniła część przedsiębiorców do zwarcia szeregów i znacznego obniżenia cen. Towarzystwo Przyjaciół Polańczyka (TPP) zaproponowało przyjezdnym kartę rabatową na ponad 20 atrakcji.

      Ci, którzy zdecydowali się na wypoczynek w Bieszczadach, otrzymali zniżki także na noclegi. Obecnie (akcja potrwa do 3 kwietnia) mogą oni wybierać spośród 26 ofert noclegowych w hotelach, pensjonatach i gospodarstwach z cenami okrojonymi nawet o połowę.

      - Może to będzie zachętą, by turyści nas odwiedzali, nawet w kapryśną zimę - mówi Agnieszka Biel, wiceprezes TPP. - Tym bardziej, że nie ograniczamy się do Polańczyka. Chcemy, by odżyły wszystkie miejscowości wokół Jeziora Solińskiego. W tym celu nawiązaliśmy współpracę z samorządem i elektrownią w Solinie.

      Według pani Agnieszki, dzisiaj żaden przedsiębiorca z branży turystycznej nie może funkcjonować jedynie na własną rękę, bo przegra. - Tylko nasza ścisła współpraca może stworzyć gościom możliwość urozmaiconego wypoczynku o każdej porze roku, a nam dać całoroczne zajęcie i dochód.

      Z inicjatywy PTT zadowolony jest wójt Sawiński: - Ludzie wzięli sprawy w swoje ręce. To godna naśladowania postawa społeczeństwa obywatelskiego, które nie czeka jedynie, że ktoś mu coś da i załatwi, ale samo szuka rozwiązań, jest twórcze.

      *Kraina piękna i senna*

      Nie ma gminy w Bieszczadach, która nie narzekałaby na postępujące zubożenie. Mało turystów to małe obroty w sklepach, bankach, restauracjach. Widać to gołym okiem. Zimą to kraina pogrążona we śnie. Przebudza się rzadko, przy okazji ponadlokalnych imprez, jak niedawno zorganizowana przez GOPR "Bezpieczna zima”, podczas której uczono narciarzy odpowiedzialnej jazdy, a przy okazji doskonale się bawiono.

      Im dalej w głąb bieszczadzkiego zakątka, tym smutniej. Jeszcze parę lat temu w wysokie Bieszczady chętnie przyjeżdżali spragnieni dzikości i nieskażonej natury Europejczycy, głównie Holendrzy, Belgowie i Anglicy. Dzisiaj ich nie widać, a polskie firmy i samorządy bardzo rzadko są obecne na zachodnioeuropejskich targach, co jest podstawą, by myśleć o ściągnięciu turysty.

      - W Amsterdamie czy Londynie mało kto wie, że istnieje taka kraina jak Bieszczady i że można tu przeżyć przygodę życia - przyznaje Grzegorz Sitko z Fundacji Bieszczadzkiej w Ustrzykach Dolnych.

      Zostaliśmy daleko w tyle za Słowacją, Tatrami, Karkonoszami. Czy ktoś wie, jak nadrobić stracony czas i odległość?

      Krzysztof Potaczała

      www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20110228/BIESZCZADY06/567619285
    • darino w lecie brudno i ciasno 14.03.11, 19:16
      W zimie nie jeżdżę w Bieszczady od 20 lat, ale w lecie to porażka. Żadnych rozrywek, tłok na szlakach z powodu "grup zorganizowanych", hałas i bród. Potoki i Zalew Solińki śmierdzą, bo wszyscy spuszczają do nich szamba, a śmieci wywożą do lasu w potoki.
      I czemu się dziwią ?
      A co do zimy to na Ukrainie powstały poważne kurorty narciarskie, np. Bukowel (to już klasa światowa) czy Polana Drahobrat ...
    • tawnyroberts Podglądanie żubrów w Mucznem 17.11.11, 20:00
      W Mucznem powstaje platforma widokowa, z której będzie można podglądać żubry umieszczone w specjalnej zagrodzie. Co prawda sama możliwość obejrzenia "na żywo" króla puszczy nie uzdrowi podupadającej turystyki w Bieszczadach, ale propozycja leśników wydaje mi się do tego stopnia atrakcyjna, że sam chętnie wybiorę się wiosną "na łowy" do Mucznego. Oczywiście z aparatem fotograficznym...


      "W Mucznem popatrzysz na żubry z platformy widokowej"

      W Bieszczadach będzie można oglądać z bliska stado żubrów. Będzie to możliwe wiosną przyszłego roku, ale zwierzęta zostaną umieszczone w specjalnych zagrodach już grudniu.

      Dwie zagrody - pokazowa i aklimatyzacyjna - powstają w Mucznem, na terenie Nadleśnictwa Stuposiany. Obok nich leśnicy wybudowali magazyny na karmę, paśniki oraz platformy widokowe, z których będzie można oglądać zwierzęta. Te obiekty są już na ukończeniu. Budowle nawiązują stylem do dawnej ciesiołki bojkowskiej.

      - Wiele prac wymagało użycia ciężkiego sprzętu. Paśnik i platformy widokowe powstały z solidnych bali, trzeba je było dość głęboko wkopywać w ziemię, ale na szczęście w czasie budowy dopisywała pogoda - mówi Edward Marszałek, rzecznik RDLP w Krośnie.

      Wszystkie obiekty znajdują się na obszarze dziewięciu hektarów. Zwierzęta będą żyły w warunkach, jakich nie może zagwarantować im żadne zoo. - Do zagrody pokazowej trafią żubry z ogrodów zoologicznych, trochę oswojone z ludźmi, takie, które pozwolą obejrzeć się z bliska - wyjaśnia Edward Marszałek.

      W zagrodzie pokazowej znajdzie się siedem żubrów. Przez jej środek płynie potok, który będzie służył im jako poidło. Będą też mieć babrzysko, czyli błotniste miejsce, w którym będą mogły się taplać. - Takie babrzysko potrzebne jest im m.in. do pozbywania się insektów. Zanurzają się błocie, a potem wycierają się o trawę i razem z błotem usuwają insekty - opowiada Marszałek. Paśnik stanął na zboczu zarośniętym wiekowymi jodłami. Leśnicy zabezpieczyli je siatką, żeby żubry nie obdzierały ich z kory.

      Zagroda aklimatyzacyjna powstaje w miejscu niedostępnym i niewidocznym dla zwiedzających, po drugiej stronie wzgórza. Dla żubrów będzie to miejsce kilkumiesięcznej kwarantanny. W tej zagrodzie cztery do sześciu żubrów będzie przygotowywać się do życia na wolności.

      - Pierwsze żubry przyjadą do nas ze Szwajcarii i zamieszkają w zagrodzie aklimatyzacyjnej już w grudniu. W zimie siedem osobników trafi do zagrody pokazowej. Myślę, że możliwość oglądania dzikich zwierząt stanie się sporą atrakcją dla odwiedzających Bieszczady - dodaje Jan Mazur, nadleśniczy Nadleśnictwa Stuposiany.

      Łączny koszt przedsięwzięcia sięgnie miliona złotych, z czego 85 procent to pieniądze pochodzące z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, pozostałą część dołożył Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

      Oficjalne otwarcie obiektu przewidywane jest przed rozpoczęciem nowego sezonu turystycznego, na koniec kwietnia 2012 roku.

      Anna Gorczyca, "Gazeta Wyborcza".

      rzeszow.gazeta.pl/rzeszow/1,34962,10631314,W_Mucznem_popatrzysz_na_zubry_z_platformy_widokowej.html
    • tawnyroberts W krainie żubra, rysia, wilka czy niedźwiedzia? 15.07.13, 14:14
      Od momentu powstania tego wątku i opublikowania artykułu Krzysztofa Potaczały minęło już ponad dwa lata. Czy coś się zmieniło w tym czasie w Bieszczadach na lepsze? Wydaje mi się, że raczej nie, a na potwierdzenie mojego osądu zamieszczam kolejny tekst z „Nowin”, tym razem autorstwa Andrzeja Plęsa. Wynika z niego, że Bieszczady nadal stoją w turystycznym rozkroku, a końca kryzysu w tym względzie chyba nie widać...


      „W krainie żubra, rysia, wilka czy niedźwiedzia?”

      Bieszczadzka turystyka nie może zdecydować się nawet na jedną maskotkę regionu. I nie może zdecydować się, jaką turystykę promować. I jak.

      Drożyzna czy niska jakość usług, na które narzekają już nie tylko turyści? A może informacja o fekaliach w Zalewie Solińskim wymiata amatorów dzikiej przyrody? Animatorzy ruchu turystycznego w Bieszczadach wolą myśleć, że to kryzys odchudził portfele wczasowiczów i biwakowiczów i dlatego Bieszczady od kilku lat pustoszeją. Że ci z plikami banknotów, jeśli chcą dziczy i „ekstremy”, ruszają do coraz modniejszej Gruzji i na Syberię. Najbardziej złośliwi podpowiadają, że od harcerskiej Bieszczadzkiej Akcji Letniej w tym skrawku turystycznej Polski przybyło tylko kilka łódek na zalewie i kilkanaście straganów z pamiątkami w Solinie i Polańczyku. I to prawie wszystko, co Bieszczady mają masowemu turyście do zaoferowania. Poza urokami niepowtarzalnej przyrody.

      *Każdy sobie*

      Lokalne samorządy nie potrafią stworzyć wspólnej i spójnej oferty turystycznej, wręcz rywalizują o topniejące rzesze wczasowiczów. Każda gmina ma swój plan atrakcji na sezon turystyczny, terminy imprez pokrywają się, więc turysta, jeśli wybierze Lutowiska, to nie będzie go w Cisnej, Solinie i Polańczyku, które w tym samym czasie również kuszą swoją ofertą. Lokalne organizacje pozarządowe i społeczne prześcigają się w pomysłach na aktywizację turystyczną swojego skrawka Bieszczadów, więc pomysłów jest moc. Tylko wciąż brakuje koordynacji.

      Przed czterema laty w Ustrzykach Dolnych zorganizowano spotkanie samorządów - dziesięć gmin miało powołać jedną silną organizację dla rozwoju turystyki. Przyjechały Ustrzyki, Olszanica, Czarna, Lutowiska i Solina. Zabrakło Leska, Baligrodu, Cisnej, Zagórza i Komańczy. Okazało się, że przedstawiciele nieobecnych dwa dni wcześniej spotkali się w Lesku i zawiązali sobie „Nasze Bieszczady”. W odpowiedzi „grupa ustrzycka” zawiązała „Zielone Bieszczady”. W ten sposób Bieszczady pękły na pół. Nie po raz pierwszy potwierdziło się, że o prymat stolicy Bieszczadów Ustrzyki Dolne rywalizują z Leskiem, każdy z tych ośrodków gromadzi własną grupę lokalnych samorządów, z własnymi programami, więc o synchronii oferty turystycznej i promocji w skali całych Bieszczadów nie ma co marzyć.

      - Niewiele gmin ma własną strategię rozwoju turystyki, jeśli mają, to nie jest ona konsultowana z sąsiadami - zauważa Bogusław Pyzocha, prezes Fundacji Bieszczadzkiej. - A najdziwniejsze jest to, że nie ma jednego kalendarza imprez na całe Bieszczady.

      Bo jak w Lutowiskach odbywają się coraz popularniejsze doroczne Targi Końskie, to inne gminy usilnie w tym czasie starają się wcisnąć własne imprezy.

      *Jedność w tradycji*

      Marek Sokół, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Lutowiskach, sukcesu marketingowego szuka w tradycji.
      - Źródłem rozwoju może być organizacja imprez charakterystycznych dla naszego regionu - podpowiada. - Muszą nawiązywać do tradycji, historii, wielokulturowości tego miejsca. Ale odbudowa tej tradycji to proces żmudny i długotrwały.

      Sokół już zaczął odbudowywać: zgromadził wokół siebie dzieciarnię, przekazuje im kulturę bojkowską, uczy bojkowskich pieśni, zamierzają odtwarzać bojkowskie stroje dla zespołu folklorystycznego.

      Bogusław Pyzocha zauważa, że siłą marketingową tego miejsca jest właśnie jego wielokulturowość.
      - Żyjemy w miejscu, w którym niegdyś przemieszało się siedem grup etnicznych, współistniało kilka religii - wylicza. - Chyba nie ma drugiego takiego miejsca w Polsce, może oprócz Podlasia. Wciąż jeszcze możemy tę spuściznę odtworzyć, najchętniej ze Słowacją, bo tam ciągłość wielokulturowości została zachowana, u nas przerwała ją historia.

      A historia skasowała miejscowe, wieloetniczne wsie, wyburzyła cerkwie, zdewastowała cmentarze.

      Jakub Doliwa z Gminnego Centrum Informacji w Lutowiskach zauważa, że także dlatego szukanie i odkrywanie tej wielokulturowości, ruin cmentarzy i cerkwi to propozycja dla turysty aktywnego.

      *Inne, wyjątkowe, ale jakie?*

      „Polski Teksas" latem, „Polska Alaska" zimą, siła Bieszczadów w dziewiczych przestrzeniach. Latem - przemierzanych konno (więc Teksas), martwe do niedawna zimą Bieszczady eksplodowały ostatnio marketingowo wyścigami psich zaprzęgów (więc Alaska). Tutejsze trasy narciarskie może nie dorównują tatrzańskim, ale powoli zapełniają się amatorami białego szaleństwa, skoro zimą 2012/13 zanotowano tu na nartostradach rekordową frekwencję. Tam, gdzie trasy narciarskie, bo poza ośrodkami sportów zimowych - raczej martwo.

      - Od czerwca do września, października nie mamy powodów narzekać na zainteresowanie turystów - zauważa Jakub Doliwa. - Gorzej po tym sezonie, bo nawet w miejscach, które latem tętnią życiem turystycznym, jesienią i zimą trudno znaleźć żywą duszę.

      Zimą zamiera życie w uzdrowiskach: w Polańczyku, Rymanowie i Iwoniczu. Bo zimą nie ma tu co robić.

      Lutowiska kuszą Parkiem Gwiezdnego Nieba, powołanym na wzór i wspólnie ze słowackim Parkiem Ciemnego Nieba „Połoniny". Bo Lutowiska - kuszą pomysłodawcy - to jedno z niewielu miejsc w Polsce, skąd widać, jeszcze nieskażone sztucznym światłem cywilizacji, gwieździste niebo.
      • tawnyroberts W krainie żubra, rysia, wilka czy... - cz. II 15.07.13, 14:20
        *Promocja - tylko czego?*

        Animatorzy ruchu turystycznego w Bieszczadach wciąż nie mogą zdecydować się, jakie Bieszczady promować. Tutejsze „multikulti” to za mało. Dzikość przyciąga, ale nie tych z grubymi portfelami, bo ci „dzikszą dzikość” mają na afrykańskim safari i w śniegach Syberii. W Bieszczady ściągają amatorzy dzikości ze znacznie chudszymi portfelami.

        - Na ogół decydują się na nocleg i jeden posiłek dziennie - skarży się właściciel jednego z gospodarstw agroturystycznych w Cisnej.

        Tacy, a w dodatku sezonowi, przemysłu turystycznego w Bieszczadach nie utrzymają.
        Zresztą wielu wyjeżdża stąd pełnych zachwytu dla przyrody i z nutką rozczarowania jakością, a przede wszystkim cenami usług turystycznych.

        Zalew Soliński opanowany jest przez „namiotową młodzież”, Bieszczady poza zalewem to nie zawsze dobrze utrzymane szlaki, gdzieniegdzie oferta wczasów w siodle, rower do wypożyczenia i niewiele więcej. Na masowego turystę Bieszczady nie są przygotowane, bo brak tu dostatecznie dużej bazy noclegowej. Na ekskluzywnego turystę też nie są przygotowane, bo nie ma hoteli pięciogwiazdkowych i wszystkiego, co one sobą oferują. Pozostaje promocja dzikości i wyjątkowości kulturowej tego miejsca.

        To jeszcze przyciąga. Nawet - paradoksalnie - potencjalnie złe wieści mogą być chwytem promocyjnym. Kiedy ogólnopolskie media z początkiem lutego obiegła wieść, że na Bukowym Berdzie utknęło w śnieżycy kilku członków młodzieżowego obozu survivalowego, niektórzy przypomnieli sobie o Bieszczadach, ich specyfice, dzikości.

        - Rozmawiałem z właścicielem jednego z gospodarstw agroturystycznych - opowiada Marek Sokół. - Telefonowali do niego niegdysiejsi goście, których nie słyszał od 15 lat. Zapowiedzieli się, że przyjadą.

        Dodaje, że zdecydowana większość bazy noclegowej w Bieszczadach to ośrodki rodzinne, w których praca opiera się nie na sile najemnej, ale na członkach rodziny.

        - Brak im czasu i doświadczenia, żeby promować swoją propozycję turystyczną - zauważa Sokół. - Nie potrafią przebić się do świadomości potencjalnych turystów, tracą przez to na wpływach, a to ogranicza ich rozwój. A nie ma zwyczaju, by ośrodki agroturystyczne na tej samej przestrzeni skrzyknęły się w imię wspólnej promocji. Jest raczej rywalizacja.

        Przykład idzie z góry. Przed laty z pompą powołano Lokalną Organizację Turystyczną „Bieszczady” w siedzibą w Sanoku. Umarła śmiercią naturalną, z bezczynności, bo lokalne samorządy, które miały ją tworzyć, raczej ją ignorowały. A raczej intonowały siebie wzajemnie, bo bieszczadzkie samorządy są wzajemnie skłócone. Przedstawiciele gmin i powiatów nawet nie pojawiali się na zebraniach LOT. Przed rokiem LOT postanowiono reaktywować. A może reanimować? Reanimacja się nie powiodła. Bieszczady wciąż czekają, aż ktoś wskaże im sens istnienia.

        Andrzej Plęs
        „Nowiny”, 10-12 maja 2013 r.
        • bastekss W krainie żubra, rysia, wilka czy... - cz. II 16.07.13, 08:30
          Tutaj nic się nie zmieni
          Lepiej niech "grube portfele" jadą gdzie indziej bo rozjadą Bieszczady quadami i jeepami, a i przez drogę spokojnie nie przejdziesz bo jakiś 'HAMMER" wypadnie zza zakrętu nawet na szlaku.
          Co do noclegów to prawda cena 35 zł/os to przesada w porównaniu do warunków, ale cena jest nie do przebicia i wszyscy się jej trzymają, a jeśli chodzi o wyżywienie to nie ma co liczyć na "eko" bo z kilku przykładów wiem że produkty "mleczne", warzywa i wędliny kupuje się w Biedronce, a jak już są sery z certyfikatem EU to cena jest też wysoka, np. kozi ser ok. 200-250 g to cena ok. 15 zł. To chyba dużo.
          Co do imprez organizowanych na miejscu to też nieciekawie, kiedyś słynnne "Bieszczadzkie Anioły" przyciągały tłumy, a teraz ? Cisna, Wetlina, Górna Wetlinka - konkurencja i bieganie lub jeżdżenie z miejsca na miejsce.
          Alaska - no może, tylko jak byliśmy w lutym to o godz. 11 rozpalali ognisko, a ostatni zaprzęg wrócił godzinę później i nawet nie można było kiełbasy zjeść (bo nikt jej nawet nie sprzedawał), nie mówiąc o wejściu do jakiegoś ogrzanego pomieszczenia. W międzyczasie nic się nie działo, oprócz Pana który pożyczał narty i drugiego ze straganem "góralskiej" chińszczyzny. A plakat tyle obiecywał
          Ale pozytywne jest to, że na szlakach stoją nowe wiaty gdzie można się schronić przed deszczem lub odpocząć w cieniu, czego brakuje np. w Tatrach

          Niech zostaną dzikie i tylko dla miłośników tego regionu ...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka