Dodaj do ulubionych

Jak sobie radziliście

    • alina30 Re: Jak sobie radziliście 15.03.05, 15:17
      Choroba Mateuszka (guz mózgu) ujawniła się nagle i synek zmarł w ciągu 3 dni.
      Miał 3,5 latka. Kiedy odwodniony wymiotami trafił do szpitala, ja wszystkich
      naokoło uspokajałam, że to w przedszkolu musiał załapać jakiegoś wstrętnego
      wirusa. Sama stawiałam diagnozy, wydzwaniałam do rodziców z jakimiś wymyślonymi
      teoriami. Zachowywałam się bardzo głośno, pamiętam że rozpierała mnie jakaś
      dziwna eneriga, mogłam przenosić góry. Nagle stałam się bardzo zorganizowana,
      ustawiałam rodzinkę - niczym dyspozytor - na dyżury w domu przy małym Bartku i
      na dyżury przy Mateuszku. W ogóle nie było chwili na rozmyślanie, na
      wyciszenie. Czułam, że muszę ratować świat od tego zmartwienia, że oni biedni
      nie wiedzą co jest Mateuszkowi, tylko Ja wiedziałam, bo to moje dziecko
      przecież było... Teraz widzę, że fiksowałam.
      Po operacji guza Mateuszek już się nie obudził, ale jego serce biło jeszcze 2,5
      tygodnia. Lekarze nie dawali mu szansy na przeżycie 48 godz.po operacji, bo
      stwierdzono śmierć pnia mózgu, ale jednak on nie chciał od nas tak szybko
      odchodzić. Te 2,5 tygodnia zamieniło nasz dom w 'terminal lotniczy', jak Polska
      długa i szeroka, cała rodzinka odwiedzała Mateuszka, a my niemal
      przeprowadziliśmy się do szpitala. Wtedy, zupełnie niespodziewanie nawet dla
      samej siebie, zmieniłam rolę i jako jedyna mówiłam wprost, że to koniec, że on
      umarł. Agresywnie reagowałam na wszelkie próby pocieszania, że cuda się
      zdarzają, że może jeszcze mózg ożyje. Czułam się wręcz w obowiązku informowania
      najbliższych, krzyczałam głośno, że Mateuszek nie żyje. Koniec, kropka.
      Teraz z tego okresu pamiętam tylko ciepłe słońce i durną Wielkanoc...

      Dzisiaj alergicznie reaguję na stwierdzenie, że Mateuszek był chory na
      raka...Co za bzdura! Ja nic nie wiem o leczeniu raka, nie mam pojęcia jak się
      przez to przechodzi! Nigdy moje dziecko nie było chore na raka, on na raka
      umarł.
      Dzisjaj już nie potrfaię powiedzieć głośno, że Mateusz nie żyje. Wiem, że jak
      to wypowiem, to on nigdy już nie wróci, a my przecież ciagle na niego czekamy.
      Wakacje się zbliżają, nie możemy znowu pojechać bez niego.
      -
    • mamafilipa26 Re: Jak sobie radziliście 15.03.05, 22:46
      Ja sobie nie radzę. 27.03, w Wielkanoc minie rok od śmierci Kubunia. Ciąża
      bliźniacza, wszystko ok. Uczyłam się do egzaminu i zaczęły się skurcze, coś
      poleciało. Był dopiero 26 tydzień. Chłopcy byli tacy mali. Kubuś był starszy
      ważył 930g, a Fifi 1105. Przewieźli ich do dwóch róznych szpitali. Od początku
      Filip był w tragicznym stanie, martwicze zapalenie jelit, wodogłowie
      pokrwotoczne. Kiedy byśmy do niego nie pojechali lekarz zaczył od: jesli
      dziecko przeżyje... A u Kubulka zawsze było dobrze. cieszyłam się że jest taki
      silny. Mogłam go kangurkować. Moje Maleństwo. Byli zupełnie inni.Niby bliźnięta
      ale róznica była widoczna. nie tyle fizycznie co czuło się to jakoś inaczej .
      nie potrafię tego wyjaśnić. Jeździliśmy przez trzy tygodnie, rano do Filipka po
      południu do Kubunia. I nadszedł ten dzień. Fifi był po operacji i zasiedziliśmy
      się prz nim ale musieliśmy jescze wejść do Kuby. Był jakiś dziwny, leżał bez
      ruchu, nie reagował na dotyk. ziewnął tylko dwa razy. zawołałam lekarza:
      wszystko w porzadku, prosze pani. on jest po prostu chory.NIkomu tego nie
      powiedziałam ale jak wychodziłm z boksu powiedziałam do Kbusia:nie zostawiaj
      nas. Nie wiem dlaczego to zrobiłam. była 21. o 5.30 rano zadzwonił lekarz i
      powiedział państwa syn nie żyje. Pamiętam tylko jak z płaczem wpadłam na
      oddział. Krzyczałam na wzystkich. a potem usiadłam przy inkubatorze i głaskałam
      jego małe ciałko owinięte w prześcieradło. Mało pamiętam z tamtych dni. potem
      był prokurator i podejrzenie błędu. umorzono sprawe.nienawidze tego szpitala,
      nienawidze tych lekarzy.
      Zawsze jak jest u Kubusia opowiadam mu co robi Filip i prosze by się opiekował
      braciszkiem. Ciągle płaczę. jedyne co ma po Kubusiu to pare minut nagrania
      wideo które byłam w stanie obejrzec dopiero pare tygodni temu.
      Ciągle zastanawiam się jaki by byłby Kubuś gdyby był z nami. Patrze na Filipka
      i zastanawiam się czy miałby tak samo łobuzerski uśmiech, czy tak samo
      uwielbiałby ślinic moje okulary. Nie wiem kogo mam winić za śmierć Kuby. Jezu,
      to tak cholernie boli!Czasem po prostu fizycznie boli mnie serce kiedy kupuję
      Filipowi zabawkę ubranko, a Kubusiowi co? Znicz?!
      Nie wiem jak kiedyś powiem Filipowi że miał braciszka, jak mu wyjaśnić, że było
      ich dwóch. Sama sobie nie potrafię tego wytłumaczyć.

      Przepraszam ze tyle mi to zajęło. Pierwszy raz wyrzuciłam to z siebie. Dla
      wszystkich moich bliskich to temat tabu a musze komuś to powiedzieć. może
      jestem juz gotowa.
      • anuszka_bishi_buluu Re: Jak sobie radziliście 16.03.05, 10:57
        Mam czasami wrażenie, że od razu po śmierci Marcina radziałm sobie bardzo
        dobrze. Dzielna, duża dziewczynka, twarda i silna. Wykapana babcia-"gniotsa nie
        łamiotsa". Choćby walcem po mnie jak wstanę i się otrzepię i jeszcze opier..
        kierowcę walca.
        Myślę że jechałam na jakichś ciążowych hormonach jeszcze, albo na tych
        endorfinach co się wydzielają przy karmieniu piersią. Tak się zaplątałam w
        sprawy pogrzebowe, w powrót do pracy, w awantury ze szpitalem, że zupełnie
        przebiegały mi te dni niezauważalnie, jeszcze musiałam szybko zrzucić te dwa
        kilo co mi zostały... To się chyba nazywa mechanizm wyparcia, zajmowanie się
        wszystkim wokół i niedowierzanie. Często brałam do ręki album ze zdjęciami
        Marcina żeby przekonać się że on naprawdę był, że to mi się nie przyśniło.
        Dlatego wydaje mi się że czas leczy rany bo jeszcze nie zaczęłam mojej żałoby.
        Zacznę ją po 40 urodzinach jak już będę pewna na 100% że nie będę miała więcej
        dzieci i że nigdy nie będę gotowa na adopcję.
        Walec przejechał a ja nie mam zamiaru się podnosić
        Sama już nie wiem czy jestem taki twardziel za jakiego mnie biorą inni?
        Kolejna Wielkanoc się zbliża, mam takie zdjecie jak siedzę z ciężarnym brzuchem
        na tydzień przed porodem i na brzuszku mam postawiony kszyszek ze święconką i
        śmieję się od ucha do ucha...
        To już nigdy nie wróci:((((
        Dorota mama Aniołka Marcinka
      • alina30 Re: Jak sobie radziliście 16.03.05, 11:46
        Mamo Filipka! tak mi przykro z powodu Kubusia:(
        Mój Mateuszek też umarł 27.03 (choć z papierach jest poźniej). W 2002 roku była
        to Wielkanoc i pierwsze powiewy wiosny... Dla nas to był koszmarny czas i
        niestety do dzisiaj tak nam się kojarzy. Nigdy już wiosna nie będzie radosna! a
        Wielkanoc jest dla nas świętem bardziej śmierci niż Zmartwychwstania. I
        niestety zbliża się znowu wielkimi krokami, koszmar najgorszych wspomnień
        powraca jak co roku.
        W naszej rodzinie Mateuszka nie wspomina się w ogóle (a przynajmniej głośno i
        przy nas) A przecież był z nami 3,5 roku... Czy to nic nie znaczy???
        Ja też niestety nie wiem jak opowiadać młodzszemu synowi o jego starszym
        bracie. Nie potrafię mu wytłumaczyć czemu nie możemy być razem. Czy on to
        kiedyś zrozumie?
        pozdrawiam ciepło, trzymaj sie dzielnie!
        • ladyhawke12 Jak sobie radziliście 16.03.05, 12:46
          Nie radze sobie z czasem jest coraz gorzej,za pare dni 20, a mnie serce staje
          na sama mysl, ostsnio sni mi sie to wszystko i rycze przez sen, nie umie sie
          uporac z bolem, nie tylko moim, ale Aguni, i Mamy Damianka, im z czasem tez
          jest coraz gorzej. Zycie toczy sie jakby nic sie nie stalo, a Ciebie Damianku
          tak dlugo juz nie ma, Twojego usmiechu, poczucia humoru, Twojego glosu, i
          apetytu, brakuje mi strasznie, mimo iz tylko, a moze az, byles moim drugim
          synkiem, a ja Twoja druga mama.
      • athropos Re: Jak sobie radziliście 22.03.05, 15:52
        czy to nie ironia losu, ze jeszcze w grudniu gralam sobie w scrabble online, z
        nickem athropos - jakbym sama wywolala te mordercza mojre, z wielkim brzuchem, w
        ktorym siedzieli sobie moi dwaj synkowie, toczylam sie ledwo ledwo, ale z
        radoscia usilowalam przygotowac nasze pierwsze Swieta we czworke: moj maz, nasi
        synkowie - jeszcze w brzuchu i ja. teraz juz nigdy nie bedzie mnie cieszyc czas
        Bozego Narodzenia i Sylwestra. 29 grudnia bylam na KTG, wszystko bylo w
        porzadku, synkowie 'sie pisali'. 3 stycznia 2005 kontrolna wizyta u mojej pani
        doc i z pedem do szpitala, bo Daniel nie dawal znaku zycia. upiorny wieczor w
        szpitalu, podlaczaja mnie do jednego tylko KTG, mam ochote wyc "dlaczego tylko
        jedno?!, przeciez trzeba ratowac mojego synka, prosze zrobcie cos!". zamiast
        tego lezalam na porodowce, slyszac wokol siebie jeki rodzacych i plakalam
        bezglosnie, bo nagle znalazlam sie w najgorszym koszmarze mojego zycia. po
        polnocy CC, pierwszy na swiat przychodzi Wojtus, zamroczona znieczuleniem slysze
        jego krzyk, porod Daniela przebiegl w milczeniu. Nie chcialam sekcji,
        prawdopodobnie udusil sie pepowina dwa dni wczesniej. NIe wiedzialam, nie czulam
        nigdy jego ruchow, bo byl mniejszy i zdominowany przez brata. Nie wybacze sobie
        tego nigdy. Mam synka - jednego. Wojtus dzis skonczyl 11 tygodni. Nie wiem, tak
        jak mama Filipa, jak kiedys powiem mu, ze mial brata i jak mu wyjasnie, czemu
        placze w dzien jego urodzin. Taki bol nie minie nigdy, nawet nie chcialabym,
        zeby minal, Daniel jest w moim sercu na zawsze, moj maly synek-poeta.

        june, mama Wojtusia i Daniela-Aniola
      • edyta771 Re: Jak sobie radziliście 04.08.05, 00:45
        współczuje i rozumiem. mnie zostal tez jeden syn. pierwszy blizniak zmarl po 4
        tygodniach ciezkiej choroby. dzien za dniem lekarze zabijali w nas jakiekolwiek
        iskierki nadziei. po zapaleniu pluc dala sieposocznica ktorej nie dalo sie
        wyleczyc. ni mi po nim nie pozostało. nie mam nawet zdjecia. tylko wspomnienie
        zbyt wielu rurek oplatajacych jego ciałko. mniejszy blizniak jest z nami,
        patrzymy na niego i myslimy o starszym o minutke Nikodemku. do tej pory mam
        nadzieje ze kiedys odbierzemy go ze szpitala, ale to tylko marzenia. trudno o
        tym myslec. tak bardzo go kochalam. trzymaj sie.
    • ma.dzia Re: Jak sobie radziliście 26.05.05, 18:24
      Tak bardzo chcialam,zeby moja corka jak najszybciej miala rodzenstwo...
      Staralismy sie kilka miesiecy az sie udalo. Kazdy tydzien byl wyjatkowy, kazdy
      zakonczony byl sukcesem, mijaly kolejne i myslalam,ze w piatym miesiacu juz nic
      nie grozi mojej ciazy... W 20 tygodniu zaczelam sie niepokoic,ze ruchy,ktore
      czuje sa zbyt slabe jak na druga ciaze, ze brzuch nie rosnie jak powinien.
      Pojechalam do szpitala na Usg i to co uslyszlam od lekarzy bedzie dudnilo w
      mojej glowie juz zawsze : brak ukladu moczowego,obrzek poskorny plodu, to sa
      powazne wady rozwojowe plodu prosze pani. Ptem ogladali mnie a ja tylko
      plakalam. Na koncu lekarz powiedzial,ze jak dziecko sie urodzi to i tak nie
      przezyje i ze bede musiala przerwac ciaze. Zostalam skierowana do Akademii
      Medycznej, ale ze byl koniec kwietnia i mial zaczac sie dlugi majowy wekend
      powiedzieli,ze przyjma mnie dopiero 4 maja. Prawie tydzien nosilam w brzuchu
      dziecko, chore dziecko, ktore byc moze cierpialo a ja nie moglam mu pomoc i
      wiedzialam,ze go nie urodze a te slabiutkie koniaczki to pozegnanie. Nocami
      plakalam razem z mezem, balam sie tego co ma byc, balam sie wychodzic z domu
      zeby sie sasiedzi nie pytali czy bedzie corka czy synek, koszmar. Kiedy
      znalazlam sie w szpitalu okazalo sie na usg,ze moja dzidzia ma rowniez zle
      wyksztalcone pluca, obrzek mozgu a jej serduszko juz nie bije. Plakalam ale
      czulam,ze tak bedzie mi latwiej to przezyc. Bylo mi lzej,ze malenstwo juz nie
      cierpi. Na tym specjalistycznym oddziale gdzie tak wlasnie konczyly sie ciaze
      nie bylam sama. Poznalam wspaniale dziewczyny,ktore przezywaly gorsze tragedie.
      Wspieralysmy sie nawzajem.Razem chodzilysmy z kroplowkami z oksytocyna czekajac
      az zacznie porod. I tak przez kilka dni. Zylam majac cel: urodzic i wrocic do
      domu, do rodziny, do mojej coreczki. 12 maja urodzilam martwa coreczke. Bardzo,
      bardzo bolalo. Plakalam i wylam z bolu ale podobno musi bolec jak sie rodzi w
      22 tygodniu bo cialo jeszcze nie jest przygotowane. Mimo wszystko jak
      wybudzilam sie narkozy po lyzeczkowaniu czulam ulge i cieszylam sie,ze juz jest
      PO i wroce do domu. Moje dwie kolezanki z odzialau urodzly tego samego dnia i
      razem moglysmy wyjsc, zadna z nas nie musiala tam zostawac na szczescie. Jak
      nas wypisywali to kolejne juz czekaly aby zajac nasze lozka, niestety. Dzis
      mijaja dwa tygodnie, mam sie dobrze tylko dlatego,ze mam corke. Czasem jest mi
      smutno,ze mojej drugiej coreczki nie bedzie we wrzesniu. Boli i nikomu bym tego
      nie zyczyla ale wiem,ze takie rzeczy beda sie zdarzaly nadal.
      W nocy snia mi sie koszmary,ze Inka spada z balkonu, alebo jest wojna i
      jestesmy skazane na smierc... bzdury ale psychika walczy...
      Rozpislalam sie co? Dzieki za to,ze moglam.
      • paulina_83 Re: Jak sobie radziliście 26.05.05, 21:02
        Jak lekarz mi powiedzial ze nikola nigdy nie bedzie widziec nie uwierzylam
        wmawialam sobie ze sie pomylił.Gdy 10 lekarzy powiedzialo to samo przez 3 dni
        płakalam,w koncu powiedzialam dosc tego,naucze nikole samodzielnosci tak ze
        bedzie dawala sobie rade tak jak dzieci co normalnie widza,nadzieje
        stracilam ,gdy maz mi mowil ze nikola otwiera buzie jak ja wchodze z jedzeniem
        wmawialam sobie ze po wechu poczula, nie chcialam uwierzyc bo jak byla by to
        pomylka to calkiem bym sie zalamala,wiem ze to glupie ale przyrzeklam sobie ze
        jak nikola bedzie widziec to dopiero pojde do kosciola,i wiecie co wczoraj
        byłysmy na szczegolowych badaniach i okazalo sie ze widzi,nawet kontury
        wszystko,ze jak bedziemy z nia cwiczyc to wszystko bedzie dobrze i zapomnimy co
        przeszlismy.To najpiekniejszy prezent jaki moglam dostac,jednak zdarzaja sie
        cudy na tym swiecie.
        • edycia11 Re: Jak sobie radziliście 03.07.05, 11:19
          Czuje sie okropnie wspominajac moja reakcje na wiadomosc:"brak tetna plodu".....
          stanowczym glosem powiedzialam "prosze mi go wyciac,bo sama nie urodze".
          Teraz sie tego wsytdze,ale jednoczesnie tlumacze,ze Jacus byl duzy(58cm.i
          3,5kg) i ulozony posladkowo......jednak mi wsytd
          edi
    • rzasia Re: Jak sobie radziliście 05.07.05, 12:30
      Śmierć mojego piątego dziecka przeżyłam dwa razy.
      Pierwszy raz w siódmym tygodniu ciąży, gdy na drugim już usg usłyszałam słowa
      jak wyrok: "puste jajo, proszę skierowanie do szpitala i jak najszybciej na
      zabieg". Nie! - pomyślałam, to nie może zdarzyć się dwa razy tej samej
      kobiecie. Przecież pół roku temu już przez to przeszłam. Dlaczego znowu
      ja...mnie...moje...Wróciłam od lekarza do domu, by opłakiwać moją Istotkę, by
      pogadać z Nią jeszcze. I po dwóch dniach mojej rozpaczy w domu - umiera nasz
      papież. Jeszcze większy żal, ból, po tym co niepojęte. Ale żadnych pretensji.
      Bardzo chciałam obejrzeć w telewizji pogrzeb Ojca świętego, więc wstrzymałam
      się z pójściem na zabieg. Do szpitala trafiłam dopiero po tygodniu. Brak
      pieczątki, biegiem do gina do przychodni po drugie skierowanie...szybkie usg
      przed zabiegiem i CUD. Dziecko żyje - ciąża dziewięciotygodniowa. Wielka
      radość, powrót do domu, oszczędny tryb życia.
      To było zmartwychwstanie.
      Minęło dziesięć tygodni. W pierwszy dzień lata przestaję czuć ruchy, ale
      jeszcze nie panikuję, to przecież dopiero 19tc i w dodatku moim Maleństwem
      opiekuje się Jan Paweł II. Nic złego nie może się stać. Po trzech
      dniach "milczenia" jadę na izbę przyjęć, by się upewnić, że wszystko w
      porządku. Mąż spokojny, pewien, że wszystko ok.
      Druga śmierć i zmartwychwstanie prawdziwe.
      Brak tętna, obumarcie płodu - brzmią słowa jakby skierowane do kogoś obcego.
      Mąż nie wierzy. W jednej chwili z inkubatora staję się trumną.
      Na drugi dzień wywoływanie poronienia, które wygląda jak poród.
      Dziś mijają dwa tygodnie, gdy odszedł mój Synek. Nie zdążył pokłócić się z
      braćmi, którzy bardzo na niego czekali.
      Chodzę, śpię, jem, prosperuję jak robot. Mam męża, dzieci, ale...
      Serce mi umarło, łzy się wylały, a piersi są pełne bezużytecznego mleka.
      Czuję się jak chodząca trumna.
      Nie wiem, czy kiedyś starczy mi odwagi, by znów stać się inkubatorkiem?
      Jest mi tym ciężej, że nikt nie wiedział o tej ciąży (prócz męża i dzieci).
      Dobrze, że jesteście, choć lepiej, żeby nas nie musiasło być.

    • bunia76 Re: Jak sobie radziliście 10.11.05, 13:02
      ja chyba tu nie pasuje,bo mi sie udalo wygrac na loteri zycie i zdrowie,ale
      gdzies sie musze wygadac bo choc minely juz 4 lata to ciagle we mnie siedzi.to
      byl 36tc,kiedy sie zaczelo pomyslalam to prawie nie wczesniak.potem kiedy z
      minuty na minute coraz bardziej zanikalo mu tetno,polozna coraz glosniej
      prosila zebym oddychala bo dziecku brakuje tlenu,a ja bylam coraz slabsza i juz
      prawie mdlalam niewiele jeszcze do mnie docieralo.dopiero kiedy sie urodzil i
      nie uslyszalam nic tyko cisze i slowa poloznej,jezus,ktorego masz na piersi
      bedzie nad nim czuwal,zaczelam sie bac o maleg.potem mam wielka czarna
      dziure,prawdopodobnie zemdlalam,a potem przyszla lekarka i powiedziala,ze udalo
      sie go odratowac.wszystkim w kolo przynoszono dzieci a ja bylam sama,myslalam
      slaba jestem pewnie dlatago.potem w koncu wrocil do szpital maz i poszlismy do
      inkubatora gdzie byl nasz kaczorek.taki chudziutki,blado siny ze strasznie
      wydluzona glowa,spojrzal na mnie wielkimi niebieskimi oczami tak jakby
      wiedzial,ze sie boje a w oczach mial bol,ze nie jest tak pieknie jak mialo
      byc,cialkiem jego wstrzasnely drgawki ktore wzielam za nerwowosc.ja w ogole nie
      dopuszczalam mysli,ze on jest chory,wygrzeje sie troche i go wyjma z inkubatora
      myslalam.nawet kiedy lekarka tlumaczyla mi co jest malemu,ze jest
      niedotleniony,ma wylewy 4i 2 st,byl w zamartwicy,otrzymal tylko 2 punkty,ze
      jest przed nim gora 5 dni zycia nic do mnie nie docieralo mialam ciagle
      wrazenie,ze to taki jakis nierealny sen to mnie przeciez nie dotyczy.wrocilam
      do inkubatora tak stalam nad tym wstrzasanym drgawkami cialkiem i dotarlo do
      mnie,ze ten kosmicznie wygladajacy czlowieczek to moj upragniony mikolajek i on
      w kazdej chwili moze mnie oposcic.zawzielam sie wtedy w sobie i postanowilam
      nie dac sie losowi jeszcze nie wiedzialam jak ale musialam go oszukac i wyrwac
      malego z jego rak.siedzialam przy inkubatorze glaskalam malego i wydawalo mi
      sie,ze w ten sposob przekazuje mu cala moja sie zeby tez byl silny,sciagalam mu
      mleko do butelki zeby pijac moje mleko czerpal ze mnie wszystkie
      sily,zaklinalam pulsoksymetr zeby caly czas slyszec jego tykanie,wydawalo mi
      sie ,ze dopoki na niego patrze kreseczki na nim caly czas beda falowac gdyby
      ktos mi powiedzial ,ze powinnam cos dziwnego robic bo to go uratuje to bym na
      pewno zrobila kazda deska ratunku byla dobra.poznym wieczorem polozne
      przeganialy mnie do lozka i nie wiem czy jest jakis swiety,ktorego nie prosilam
      w modlitwach zeby ratowal mojego synka.minelo magiczne 5 dni maly mial sie
      lepiej,to byl znak moje czary dzialaly,odstawiono mu leki.i na drugi dzien
      zaczela mu spadac gazometria ,punkcja,wynik zapalenie opon mozgowych.wtedy do
      mnie dotarlo,ze moze sie nie udac,ale nie chcialam sie poddawac.na szczescie po
      kolejnych punkcjach bylo coraz lepiej,znaczy leki dzialaly,uznalam,ze skoro
      moje czary nie dzialaja moze to bedzie cud medycyny.kiedy wrocilismy do domu
      zaczelam szukac po ksiazkach,gazetach jak go ratowac przed porazeniem
      muzgowym,wodoglowiem ,wszystkimi innymi zagrozeniami.przez rok zylam jak w
      amoku ,leki,rechabilitacja,lekarze.dopiero po 15 miesiacach od urodzenia synka
      kiedy juz nam sie udalo i maly byl calkiem zdrowy,uswiadomilam sobie,ze moje
      dziecko dotyk kojarzy z bolem na rechabilitacj,ze przez rok walki o zdrowie
      zabraklo mi czasu na milosc byly tylko suche codzienne czynnosc dla ratowani
      go.
      • aja9 Re: Jak sobie radziliście 27.11.05, 17:28
        U mnie minęło 5 lat i dalej w mnie siedzi i pewnie będzie siedziało już
        zawsze.Mi też udało sie wygrać na loteri życie i zdrowie mojej córci tak jak
        buni76. U mnie to był 30 tc,zatrucie ciążowe szybko postepujące.Mój ginekolog
        kazał mi załatwić sobie transport do szpitala w Szczecine i wypisał mnie z
        oddziału do domu.Pojechałam na drugi dzień rano 170 km.Ale było już zapóźno.Dwa
        dni później myśleli,że zepsuło im się usg.Cesarske cięcie,szok, łzy.Nie bardzo
        docierało do mnie to wszystko.Mała miała 750 g.Ochrzcili ją zaraz bo niewiadomo
        czy dożyje rana.Przyjechał mąż.Poszedł do Pani doktor - jeśli przeżyje to
        prawdopodobnie będzie "roslinką", nie będzie widzieć,słyszeć,mówić,chodzić.
        Ja też żałuje pewnych słów bo wtedy powiedziałam ,że byłoby lepiej gdyby nieżyła.
        Ale ona żyła i trzymała się kurczowo życia.Walczyła o nie 4 miesiące na
        respitatorze.Kiedy do mnie to wszytko w końcu dotarło najwieksze pretensje
        miałam do Pana Boga.Dlaczego? Dlaczego na to zrobił?Ale ciągle się modliłam.
        Kobiet w ciąży nienawidziłam.Nie mogłam patrzeć na inne dzieci.
        Maja tak na imię ma moja córcia spędziła pierwsze 8 mięsięcy w
        szpitalach.Jeszcze przez kolejne 8 miesięcy podawalismy jej tlen w domu bo bez
        niego siniała .Dwa lata intensywnej rehabilitacji.Od roku już nie bierze żadnych
        leków na dysplazję oskrzelowo - płucną.Jej płuca już dają sobie radę.
        Maja widzi, słyszy, chodzi, pięknie mówi,nie ma porażenia mózgowego i nie jest
        upośledzona, goni swoich rówieśników.
        Do chwili kiedy zaczeła chodzic i mówić była walka o jej dalsze życie.Byłam
        twarda i nie miałam chwil słabości.Ale kiedy już sie okazało ,że zdażył się cud
        i Maja jest zdrowa, mój organizm dopiero odregaował cały ten stres. Nastapiło
        załamanie nerwowe.
        Jak moja córka wyszła z choroby tak i powoli wracam ja do normalności.

        Przykro mi bardzo z nieszczęść jakie Was spotkały.Życzę Wam abyście znaleźli
        ukojenie w bólu, wytwałości w walce z chorobami waszych dzieci i siły ducha.

        Ania
    • dragica Re: Jak sobie radziliście 10.11.05, 13:26
      ja nie potrafilam sobie poradzic ze strata Synka...nie potrafie i
      dzisiaj...czseto wydaje mi sie, ze to sen, ze to nie jest rzeczywistosc...Mnie
      lekarz bardzo oschle poinformowal o smierci Synka...a ja wiedzialam, ze tak
      jest, ze nie zyje...dostalam krwotoku, szpital, przyjecie, pytania, bol...po
      prawie 2 godzinach ktos sobie przypomnial ze trzeba zrobic usg...i lekarz-
      prosze pani, pani dziecko jest martwe...bez odpowiedzi dlaczego, bez
      emocji...bylam w letargu...podpisalam zgode na cc, polozylam sie na lozku i
      czekalam smierc. swoja.przewiezli mnie do sali operacyjnej, dotknelam
      brzucha...wydawalo mi sie, ze czuje Jego ruchy...po operacji pierwsze slowa-
      gdzie moj Synek, czy jest zdrowy...probowali mnie zwiazac pasami...
      24 minie 5 miesiecy od kiedy Jovana z nami nie ma...i dalje mysle, ze to nie
      jest prawda...
      • mruwa9 Re: Jak sobie radziliście 10.11.05, 13:48
        Ja w sumie mialam podwojne szczescie, bo, po pierwsze, moje dziecko zyje, a po
        drugie, prawda o jego niepelnosprawnosci nie spadla na nas jak grom z jasnego
        nieba, ale docierala -i dociera powoli. Tak wiec mamy i mielismy czas na
        oswojenie sie z nowa sytuacja. Poczawszy od bardzo traumatycznego porodu, z
        ktorego obie z coreczka wyszlysmy z niezlymi obrazeniami, coreczka z wylewami
        do OUN.. wszyscy na prawo i lewo wmawiali, ze to sie wchlonie, ze to nie jest
        grozne..ale do tego asymetria ulozeniowa, wada serca, przez pierwsze tygodnie
        mala az tak bardzo od rowiesnikow sie nie roznila..no, moze byla slabsza.A ja-
        naiwna, glupia kobieta, mimo medycznego wyksztalcenia, nie przyjmowalam do
        swojej swiadomosci, ze cos w przyszlosci moze byc nie tak. Przez chwile
        przemknelo mi do glowy mozgowe porazenie dzieciece,ale chyba organizm wykazal
        reakcje obronna, wypierania takiej prawdy..moze to i lepiej? Zeby sie
        zmobilizowac do dzialania, a nie do depresji.. Z czasem dystans miedzy corka a
        rowiesnikami zaczal sie zwiekszac, tak wiec dopiero gdy mala miala okolo 4 lat
        dotarlo do nas, ze pewnie nigdy sie nie usamodzielni..ruchowo owszem, ale czy
        kiedykolwiek nauczy sie kontrolowac swoje potrzeby fizjologiczne, czy
        kiedykolwiek nauczy sie mowic.. nie potrafie sobie wyobrazic, co bedzie za
        kilkanascie lat, co bedzie, jak zacznie np. miesiaczkowac, ze o potrzebach
        seksualnych nie wspomne..co sie stanie, gdy nas zabraknie, czy zaopiekuje sie
        nia rodzenstwo.. tysiace niewiadomych....dla mnie najdoskonalsza dziewczynka na
        swiecie..ale chyba tylko dla mnie...
    • aga1972 Re: Jak sobie radziliście 12.11.05, 12:53
      Ja jestem ciągle w szoku, Kuba po pierwszym w życiu napadzie w styczniu tego
      roku, dostał dwa kolejne w czwartek miniony-szpital, :Pani syn musi brać leki
      to epilepsja"-dostał depakinę , za 3 tygodnie mamy jechać na badanie poziomu
      leku i powtórne eeg.
      Jestem w szoku....jak teraz żyć.
      On ma 10 lat, klasa językowa, wyjazdy, pływanie, tenis....
      Nie wiem jak to będzie...
      • ekaczmarczyk Re: Jak sobie radziliście 12.11.05, 16:34
        U mnie jest chyba coraz gorzej
        Mam nadzieję że to minie kiedyś...
    • niusia80 Re: Jak sobie radziliście 26.11.05, 14:41
      A kto mi powie jak poradzić sobie ze strata 6 m-siecznego kochanego synka na
      ktorego tak strasznie czekalam. Mam zaledwie a może aż 25 lat niczego w życiu
      bardziej nie pragnęłam niż dziecka.Urodziłam zdrowego chłopca 58dł 3600waga. W
      3 m-cu życia okazało się że ma cytomegalie wyleczyli mówili że jest ok i miał
      super wyniki...Na rutynowej wizycie kontrolnej w poradni pani dr skierowała nas
      na badanie moczu okazało się że Bartek ma obustronne zapalenie płuc mimo że
      osłuchowo zero szmerów, nazywają to zapaleniem płuc śródmiązszowym niewiadomo
      skąd ono u niego i dlaczego tak szybko postąpiło bo po 3 dniach Bartek leżał
      już pod respiratorem na 100%tlenie a po 15 dniach umarł.Boże koszmar szukam
      rodziców których dzieci też chorowały na takie zapalenie płuc, szukam przyczyny
      i poprostu nadzieji na to ze bede miala moze jeszcze dziecko zdrowe bo napewno
      wiem jak temu zapobiec.
    • kropka662 Re: Jak sobie radziliście 26.11.05, 16:34
      Mam tremę piszę po raz pierwszy,jak sobie radziliśmy?Kubusia urodziłam mając 28
      lat więc była to ogromna radośc dla wszystkich bliskich.Wszystko było w
      porządku wzorcowa ciąża poród ciężki ale dziecko duże.Dwa lata żyło Nam się
      wspaniale nowe mieszkanie ,otoczenie tylko Kubuś często łapał anginy i inne
      przeziębienia nie szukalismy przyczyn bo wszystko było ok aż nagle stwierdzono
      powiększoną wątrobę ale uspokajano nas że to może być na wskutek jakiegoś urazu
      mechanicznego i tego się trzymaliśmy,ale pierwsze USG i diagnoza były
      szokiem.Nie radzilam sobie zamknęłam się w jakimś swoim świecie i nie
      reagowałam na nic był tylko płacz płacz i żal do wszystkich ,ale moja druga
      połowa czyli mąż zachowywał sie przytomnie i próbował włączać mnie do
      normalnego życia trzeba było szybko szukać kontaktu z dobrą kliniką....potem
      już poszło...ale gdy stwierdzono neuroblastomę i lekarka nam tak powiedziała
      szybko dodała że teraz to się leczy i żeby być dobrej myśli trzymalismy sie
      tego wszystko inne odrzucaliśmy przecież renomowane szpitale nas gościły.Miałam
      to szczęście że mąż był przy mnie i gdy ja miałam kiepskie dni On był ostoją
      rozsądku i spokoju ,i odwrotnie gdy On już miał dość ja byłam silna byliśmy
      razem i dzięki temu przetrwaliśmy rok leczenia i badań ,Na koniec był kolejny
      cios postawiona wcześniej diagnoza była błędna leczono Nas nie tą chemią co
      trzeba to nie była neuroblastoma ale hepatoblastoma .....ale na odpowiednią
      chemię było już za póżno....w lipcu minęło 7 lat ale nadal jest trudno ...ale
      się rozpisałam .Ciężko poradzić sobie z tym wszystkim
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka