Dodaj do ulubionych

Natka czy jest szansa...?

30.10.04, 14:36
Żeby do polecanych książek dodać: Gro Rosth "Kim byłeś? Requiem dla dziecka."
(Według zapisków z dziennika Tone Bergstrom Hogli). Jest to przepiękna
książka, a raczej pamiętnik o kobiecie, która rodzi i traci swojego maluszka.
O emocjach, które nią targają, o pytaniach, jakie zadaje sobie każda z nas.

Znalazłam nawet księgarnie, w której można ją kupić.
http://www.txt.com.pl/katalog/product_details.php?id_prod=5206&id=8


Książka jest malutka, ma tylko 150 stron, czyta się ją jednym tchem, znam już
ją na pamięc. Bardzo mi pomogła ponad dwa lata temu.
Przepiszę początek:

"Im bliżej oddziału wczesniaków, tym bardziej się boję. Mój synek
walczy o życie."






Wiem, że jesteś tam w górze.
Nawet jeśli akurat teraz nie mogę cię dojrzeć. Leżę w łóżku i czekam
na moment, gdy chmura się przesunie. Twój tata śpi. Dużo dzisiaj o tobie
rozmawialiśmy. Babcia też przy tym była. Rozpłakała się, gdy zagraliśmy twoją
melodyjkę. Wiesz, tę z pozytywki. Dziś wieczór znów ci ją zaśpiewam.
Cichutko, żeby nie obudzić tatusia. On nie wie, że się nocą spotykamy.
Tak jest najlepiej, to nasza mała tajemnica.
Chmura zaraz zniknie.
No, już jesteś, mój słodki promyczku.


Migotliwa gwiazdko z mgły,
kim ty jesteś, powiedz mi.
Świecisz jasno w ciemną noc.
Błyszczysz niby skarbów moc.
Migotliwa gwiazdko z mgły,
kim ty jesteś, powiedz mi.


Jutro zacznę pisać naszą historię. O tobie, o tatusiu i o mnie.
Doktor Halvor ze szpitala podsunął mi ten pomysł. Wiem już dokładnie jak ją
napiszę.
Zacznie się pewnego pięknego jesiennego dnia. Wyglądam przez okno w saloniku.
Zbocze wzgórza płonie jak jedno wielkie morze ognia. Że też przyroda u progu
śmierci i rozkładu potrafi wydobyc z siebie tyle piękna. Kładę ręce na
brzuchu i czuję, jak nowe życie łaskocze wnętrze moich dłoni. Za dwa miesiące
będzie po wszystkim. Za dwa miesiące Roger i ja zostaniemy rodzicami. Tak
strasznie się cieszę, choć jednocześnie jestem śmiertelnie przerażona. A
jeśli coś pójdzie nie tak?


- Powinniście byli poczekać - mówili wszyscy. - Jesteście za młodzi.
To prawda, jesteśmy młodzi. Ale i wystarczająco dorośli, by
zaopiekować się dzieckiem. Dzieckiem, które już kochamy. Mamy siebie nawzajem
i nasze rodziny. Jestem pewna, że sobie poradzimy.

Brodzimy z Rogerem w opadłym listowiu. Lubię ten lekki szelest
suchych, deptanych butami liści. Idziemy do mojej siostry Heidi. Wczoraj
wróciła z kliniki z drugim synkiem, braciszkiem rocznego Jima-Stiana i
przyszłym towarzyszem zabaw naszego małego. Poród odbył się bez problemów.
Dlaczego i mnie nie miałoby pójść równie dobrze?

Okna domu Heidi lśnią ciepłym światłem. Nagle lekki ucisk w krzyżu
każe mi się zatrzymać.
- Co się stało? - pyta zdziwiony Roger.
- Możemy chwilkę zaczekać?
- Oczywiście.
Puszcza moją rękę i opiera się o płot. Staję obok. Ucisk narasta i
przenosi się w okolice podbrzusza. Opasuje mi biodra i ściska jak obręczą.
Zginam się w pół, na chwilę tracę oddech. Za moment wszystko mija.
- Źle się czujesz? - Roger patrzy na mnie z niepokojem.
- Już dobrze - mówię, próbując się uśmiechnąć.
Strach sprawia, że sztywnieję. Co to było? Czy zapowiedź, że coś jest
nie w porządku? Drżę z zimna. W domu mojej siostry jest ciepło i czeka mama,
a jednak ociągam się z wejściem. Nie wiem, czy zdołam znieść widok noworodka.
Co się ze mną dzieje?
- Mów, co chcesz, ja wchodzę.
Roger otwiera furtkę do ogrodu. Idę za nim. W całym ciele wciąż
jeszcze mam uczucie sztywności.


Torbjorn przechadza się po pokoju z małym zawiniątkiem w ramionach.
Promieniuje ojcowską dumą. Mobilizując wszystkie siły, ściskam Heidi na
powitanie, zanim rzucę okiem na ten ósmy cud świata. Roger już zdążył
zaliczyć pięc malutkich różowych paluszków wokół swojego wielkiego
wskazującego.
- Spójrz, Tone. Za dwa miesiące nasza kolej.
Jest taki zachwycony. Nie widzi mojego zaniepokojenia.
Mama stoi za mną.
- No? Co o nim sądzisz, Tone? Nie jest śliczny?
Kiwam potakująco głową i zmuszam się do spojrzenia w zaróżowioną
pomarszczoną twarzyczkę.
- Ależ kochanie. Czemu jestes taka blada? Źle się czujesz?
- To tylko lekkie zmęczenie - kłamię.
Teraz i Roger z troską spogląda w moim kierunku.
- Nic takiego.
Mój głos nie należy do mnie. Jest obcy, pełen złości. Jak tarcza
pomiędzy nimi a mną. Akurat w tej chwili niezbędna. Nagle spostrzegam, że na
dole koło moich nóg coś się porusza. To Jim-Stian, ulubieniec cioci.
Wyciąga do mnie małe ramionka, domaga się pociechy i pieszczoty.
Siadam na krześle i biorę go na kolana. Przytula się do mojego wielkiego
brzucha i tak siedzimy dłuższy czas.


Do siebie wracamy samochodem mamy. Mieszkamy w tym samym domu, Roger
i ja na parterze, mama z ojcem na piętrze. Rogerowi i mamie nie zamykają się
usta na temat tanich łóżeczek dziecięcych, bogatej oferty pieluszek i
używanych wózków. Spłatam ręce na brzuchu i przymykam oczy. Miłosierny Boże
spraw, żeby wszystko dobrze poszło.

Leżę w łóżku i słucham regularnego oddechu Rogera. Znowu owłądnął mną
lęk. Myślę o bólach przed domem Heidi. Co to było? Może powinnam się jutro
wybrac do lekarza? Albo lepiej poczekac na umówioną wizytę w przyszłym
tygodniu? Porozmawiam z mamą jutro rano, jak Roger wyjdzie do pracy. Zamykam
oczy. Sen nie nadchodzi. Lęk wypełza wszystkimi porami i oblepia ciało jak
mokra koszula. Cała pościel się klei. A przecież nigdy się nie pocę.
Chwiejnym krokiem idę do łazienki. Obmywam się zimną wodą. Pryskam
lodowatymi kropelkami w twarz. Wspaniale! Teraz czuję się spokojniejsza.


Nie zauważam, kiedy Roger wstaje. Budzę się, gdy całuje mnie w czubek
nosa.
- Musze już iść. Poleż sobie i wypoczywaj, kochanie. Zobaczymy się
później.
Uśmiech. Ciepła ręka na czole. Oddalające się kroki. Trzaskają drzwi
wejściowe, potem zapada cisza.


Widocznie musiałam na nowo zasnąć. Dźwięki z zewnątrz docierają do
mnie powoli: jakiś samochód trąbi, jakieś dzieciaki się nawołują. Chyba czas
zacząć ten dzień. Siadam na skraju łóżka. Czuję, że majtki robią sie mokre.
Co się dzieje, zlałam się, czy co? Boże wielki! To przeciez krew. Nie!!!
Nie chcę! Roger, boję się! Czy mama jest w domu? Musi być. Kiedy
wstaję, krew kapie na podłogę. Wkładam ręcznik miedzy nogi i wchodzę na
piętro. Mama jest, dzięki Bogu.
- Dziewczyno, co z tobą? Chodź tutaj. Połóż się na kanapie, zaraz
zadzwonię do szpitala.
- Ale ja krwawię...
- Kładź się!
Mama jest stanowcza. Ręcznik wkrótce przesiąka krwią. Strach zaczyna
brać górę. Oddycham za szybko. Czuję, że zaraz zemdleję. Znowu wkracza mama.
- Spróbuj oddychać spokojnie, Tone. Wszystko pójdzie dobrze. Karetka
zaraz tu będzie.
- Chcę, żeby przyszedł Roger.
Płaczę jak małe dziecko. Całym ciałem wstrząsają dreszcze.
- Połóż się na boku.
Mama przykrywa mnie kocem. Głaszcze po plecach.
- Spokojnie, spokojnie. Dzwoniłam do Rogera. Spotkamy się w szpitalu,
pojadę z tobą karetką.
- Co oni ze mną zrobią? Och, mamo, ja nie chce stracić dziecka.
- Tone, lekarze dzisiaj dużo potrafią. Wcześniaki z reguły nieźle
sobie radzą.
Instynktownie kładę ręce na brzuchu. Myślę o Heidi i jej synku.
Dlaczego wczoraj tak

silnie zareagowałam? Czy to moje ciało chciało zasygnalizować, ze dzieje się
coś złego? Lodowate szpony bólu odbierają mi dech. Ktoś krzyczy. Czy to ja?


Karetka już jest. Sprawne ręce kłądą mnie na noszach. Mama trzyma
moją dłoń. Jestem znowu jej małą córeczką. Bóle falami przetaczają się przez
całe ciało. A jeśli Roger nie przyjedzie? Jeśli się pogniewa, że mi się to
przytrafiło? Tak bardzo się cieszył. Może odejdzie ode mnie, jeżeli stracę
dziecko? Czy to moja wina? Może zrobiłam coś nie tak? Może nie powinnam była
pić kawy, jak ostrzegała ciotka oline:
- Kobiety, które piją dużo kawy, rodzą drobne i słabe dzieci.
Wtedy po prostu się rozesmiałam. Teraz mi nie do śmiechu.


Dotarliśmy do szpitala. Czy jest Roger
Obserwuj wątek
    • czaroffnica24 Re: Natka czy jest szansa...? 30.10.04, 14:39
      Dotarliśmy do szpitala. Czy jest Roger? Nigdzie nie mogę go dojrzeć. Niedobrze
      mi. Strach i bóle utrudniają oddychanie. Nosze suną żółtym korytarzem. Słyszę
      zbliżające się szybkie kroki, ktoś biegnie. Mama woła:
      - Roger, tu jesteśmy!
      Coś się we mnie w śrosku rozluźnia. Nadchodzi płacz, zanoszę się
      rozpaczliwym szlochem. Roger gładzi mnie po czole, potem bierze za rękę i przez
      całą drogę do gabinetu na badanie mocno ściska. W progu pochyla się nade mną i
      szepcze do ucha:
      - Kocham cię.
      - A jesli stracę dziecko?
      - To będę cię tak samo kochał. Chyba sobie nie wyobrażasz, że mogłoby
      być inaczej?

      • zorka7 Re: Natka czy jest szansa...? 30.10.04, 14:45
        Wspomnienia wracają... :(
        • czaroffnica24 Re: Natka czy jest szansa...? 30.10.04, 14:56
          Wiem :( i własnie dlatego ta książka jest tak piękna. W prosty sposób opisuje
          to co przeżyło wiele z nas. Prosty język bez żadnych medycznych określeń. Jej
          odczucia, jej sny, jej ból...

          Tone i Roger do czekali się z czasem jeszcze dwójki zdrowych dzieci, Roya i
          Tiny - to daje nadzieję.

          Zawsze jak mam doła to uzbrojona w tabun chusteczek czytam tę książkę. Pomaga
          mi, oczyszcza.

    • czaroffnica24 fragmenty 30.10.04, 15:06
      (...)Następnego ranka budzę się już w innej sali. Dlaczego tu jestem? Dlaczego
      nie w domu? I nagle już wiem. Na brzuchu napina się rana po cięciu. Gdzie jest
      moje dziecko? Dlaczego nie ma przy mnie Rogera ani mamy? Drzwi się otwierają.
      Usmiechnięta pielegniarka wtacza dwa łóżeczka. Posyła mi miły uśmiech. Unoszę
      się na łokciu. Idzie do mnie? Nie, mija moje łóżko. Dwie pozostałe matki
      wyciągają pożądliwie ramiona. Właśnie mam spytać, czy zaraz przywiozą mojego
      synka, kiedy drzwi otwierają sie ponownie. Lekarz i pielęgniarka siadają
      przy moim łóżku. Serce bije mi jak oszalałe. Coś się stało. Widzę to po ich
      twarzach, chociaż się uśmiechają. Nie mam odwagi spytać. Po prostu leżę i
      czekam. Wczepiam palce w poszewkę kołdry i czekam,
      (...)


      (...)
      Noc nie przynosi mi ukojenia. Myśli obracają się w głowie jak w młynie. Widzę
      znowu malutką postać w szklanej klatce. Dziewięc pięter pode mną. Czuję, jak
      przygniata go cały budynek szpitala, przeszkadza w walce o kruche życie. Przed
      oczami przesuwają się obrazy ruin domów i trzęsień ziemi. I ludzi pogrzebanych
      pod zwałowiskami. Słyszę płacz dziecka. Lekkie pochrapywanie Britt na chwilę
      wyrywa mnie z kręgu natrętnych myśli. Ani ona, ani Kristin dzisiejszej nocy nie
      mają przy sobie dzieci. Czy to z mojego powodu? Czy dla ich własnego spokoju?
      Nie wiem. Ale to dobrze, że ich nie ma. Ściskam palcami piersi. Są obolałe po
      nieudanej wieczornej próbie ściągania pokarmu. A jeśli nie będę mogła karmić?
      Co wtedy bedzie z Olem Mortenem?
      (...)
      • czaroffnica24 fragmenty 30.10.04, 15:26
        (...)
        Następnego poranka w całym ciele czuję ociężałość i zmęczenie, jakbym nie spąła
        całą noc. Popiskiwanie, mlaski i pieszczotliwe pogadywanie dosięgają mnie już
        pod kołdrą. Piersi bolą. Nie od nadmiaru pokarmu - z tęsknoty. Ściskam je
        delikatnie. Nie wyczuwam żadnej różnicy od wczoraj. Czy Ole Morten będzie
        musiał się obejść bez życiodajnego mleka własnej matki? Ile razy można przeżyć
        porażkę? Mój organizm zawodzi już po raz wtóry. Najpierw o dwa miesiące za
        wcześnie odrzucił Olego Mortena, a teraz nie chce wytwarzac mleka. To takie
        upokarzające.
        (...)


        (...)
        Kolekcjonuję dobre dni. Ole Morten przybiera na wadze i ma się dobrze. Znowu
        mieliśmy wielkie przeżycie. Kąpiel. Kiedy Roger ostrożnie zanurzył go w wodzie,
        zauważyłam zaskoczenie na drobnej buzi. Jakbym czytała w myślach synka: Czy to
        ma mi sie podobac? A może nie powinienem tego lubić? Nawiązałam jakiś nowy
        kontakt z moim dzieckiem. Jestem szczęśliwa, a jednocześnie bardzo się boję.
        (...)


        (...)
        Siedze z tyłu i wspominam, jak wracaliśmy ze szpitala zaraz po urodzeniu Olego
        Mortena; ogarnęła nie wtedy panika i chciałam wracać. Siedzieliśmy w
        samochodzie i płakaliśmy, a Roger powiedział, ze to wszystko nie tak miało
        wyglądać, że powinniśmy być parą szczęśliwych rodziców wiozących pierworodnego
        do domu. Teraz tak właśnie jest: matka, ojciec i dziecko w drodze do domu.
        Szczęśliwi, choc zalęknieni. Ole Morten leży w nosidłach i przygląda się
        ciekawie wszystkim nowościom. (...)


    • marcel25 Re: Natka czy jest szansa...? 30.10.04, 22:09
      Ta książka jest nie do kupienia. Ja starałam się też w miejscu, które podajesz
      ale nie udało mi się i w końcu dostałam ją u wydawcy (ostatnią z magazynu).
      Jeśli ktoś chciałby ją przeczytać to chętnie pożyczę.
      M.
      • natkaszczerbatka Re: Natka czy jest szansa...? 31.10.04, 09:22
        Jak najbardziej. Myślę, że jej autorzy i wydawcy nie będą mieli nic przeciwko
        zamieszczeniu także jej fragmentów na naszej stronie. Postaram się jak
        najszybciej tym zająć, nie obiecuję że dzisiaj ...
        • czaroffnica24 Re: Natka czy jest szansa...? 31.10.04, 15:38
          dziękuje

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka