sowa_m
11.05.06, 18:20
Pojawiłeś się w moim życiu w sierpniu 2005 r. Wtedy dowiedziałam się, że
jestem w ciąży,moje życie wywróciło się do góry nogami. Byłam już wtedy co
prawda mężatką, ale pozostał mi ostatni rok drugich studiów, z mężem nie
układało się najlepiej, a w głowie wirował mi świat. Ale...zakochałam się w
Tobie od pierwszego wmomentu, od pierwszej chwili, w której dowiedziałam się
o Tobie. Przez te wszystkie miesiące, kiedy oczekiwałam na Twoje przyjście
nauczyłam się żyć nie tylko dla siebie, nauczyłam się, że w życiu nie liczy
się nic i nikt - tylko Ty, każdego dnia poznawałam Ciebie i pokazywałm
Ciświat po to, by, kiedy sie urodzisz, nioc nie było dla Ciebie zaskoczeniem.
Razem uczyliśmy sie do ostatnich egzaminó, razem pisaliśmy pracę magisterską
i razem chodziliśmy po górach. Pamiętasz Boże Narodzenie? - to było pierwsze
i jedyne takie święto, które miało dla mnie sens, przygotowywaliśmy razem
ozdoby choinkowe i ustroiliśmy cały dom. Byliśmy tylko Ty i ja, bez przerwy o
każdej porze dnia i nocy. Miałeś dle mnie cierpliwość i byłeś bardzo
grzeczniutki. Nie mogłam narzekać - ciąży praktycznie nie odczuwałam, a
wszelkie dolegliwości szybko mijały. Powoli zbliżał się dzień, wktórym
miiałeś przyjść na świat. Te ostatnie tygodnie przepełnione były
niecirpliwością i wyczekiwaniem jakiejkolwiek oznaki, ż ejuż, że się
zaczyna...Ale nie byłbyś moim synkiem, gdybyś nie pojawił się w dniu, w któym
zaplanowano Twoje przyjście. Punktualność to cecha, którą odziedziczyłeś po
mnie:)I na dodatek zrobiłeś mi psikusa, bo nie miałam żadnych skurczy, bolał
mnie "tylko" krzyż i za żadne skarby nie chciałam iść do szpitala. A o tym,
że rodzę dowiedziałam się jakieś 20 minut, zanim powiedziałam Ci "dzień
dobry, moje słoneczko". Wcześniej tylko dziwiłam się, dlaczego w największym
szpitalu w mieście jest tylko jeden apartat ktg i znajduje się on na sali
porodowej.::):):)powalczyliśmy trochę razem wspólnymi siłami, a później już
byliśmy razem. to było 10 najpiękniejszych dni mojego życia. Pomimo
chwilowych przejść w szpitalu (żółtaczka) szybciutko wróciliśmy do domu
i ...było cudownie. Byłeś grzeczniutki, ciągle spałeś i ...eeehhhh - mogłabym
o Tobie pisać bez przerwy. Koszmar zaczął się, kidey przyjęto nas na oddział
w 9 dobie Twojego życia. Uznano mnie za rozhisteryzowaną matkę, która nie
potrafi dobrze nakarmić swojego dziecka i na "odczep się" przyjęto nas do
szpitala.płakałeś całą noc...usnęłam nad ranem na 15 minut, kiedy się
uspokoiłeś. Gdy otworzyłam oczy - reanimacja trwała ponad pół godziny,
znaleźliśmy sie na ojomie. telefon do męża i nerwowe wyczekiwanie przez cały
dzień. jeszcze godzinę przed końcem mówiłam, że za kilka dni stamtąd
wyjdziemy. do końca nie wierzyłam, że cokolwiek może się stać złego...a
potem...nie chcę pamiętać tamtych chwil, pragnienie wymazania ich z mej
pamięci jest wielkie, ale powracają jak senny koszmar niemal każdego dnia.22
kwietnia zeszłego roku rozpoczęlam resztę dni mojego życia, każdy dzień
przybliża mnie do Ciebie coraz bardziej i chcę, aby nasz spotkanie nastąpiło
jak najszybciej. runął cały mój świat.
"na pozór wszytsko gra, ja cały czas uśmiecham się, a słowa bez znaczenia
są , bo kimś innym myślę wciąż.."
nikt nie wie, co dzieje sie w moim serduchu, nie mam do kogo się przytulić,
nie mam komu powiedzieć jak bardzo mi źle bez Ciebie.Sprawiam wrażenie
kobiety sukcesu, która ma to, czego tylko zapragnie. prawda jest taka, że
jedyne moje pragnienie odeszło w zimne piątkowe popołudnie.
rozsypał mi się świat i niem wiem, jak go poskładać, chyba się nie da,
zresztą nie wiem sama, czy tego chcę.
Kocham Cię, mój synku
mama
"By dotrzeć do źródła, trzeba płynąć pod prąd" S.J.Lec