Dodaj do ulubionych

Aktywność studentów, porównanie

03.01.06, 01:05
Przeczytałem właśnie wątek pewnej_kobiety (bardzo ciekawa dyskusja) i
zaintrygowała mnie pewna rzecz.

Ostatnio rozmawiałem z kolegą (już doktorem), który obecnie przebywa na
postdocu w Stanach (przyjechał właśnie na święta) i prowadzi tam zajęcia ze
studentami. Rozmawialiśmy na tematy "dydaktyczne". Zaskoczyło mnie to, że tam
studenci są bardzo aktywni i pracowici (przynajmniej ci z którymi zetknął się
kolega). Opowiadał, że dziennie dostaje około 5 emaili z pytaniami do
wykładu. Poziom pytań jest jednak taki sam, a czasem nawet niższy, niż od
rodzimych studentów. Studenci masowo przychodzą na konsultacje, próbują
umawiać się na inne terminy. Ogólnie mówiąc zamęczają prowadzącego.

U mnie sprawa wygląda zupełnie inaczej. W tym semestrze prowadzę zajęcia z
dwiema grupami studentów oraz powiedzmy spełniam "pewne" obowiązki
dydaktyczne wobec jeszcze innej grupy. Więc studentów pod opieką mam sporo.
Jednak dotychczas w tym semestrze dostałem jednego emaila, i to z prośbą o
przesunięcie zajęć przed świętami. Na konsultacje czasem ktoś przyjdzie, ale
tłumy są tylko przed kolokwiami (abym po raz n-ty wytłumaczył niektórym, to
co było omawiane, a oni w tym czasie nie słuchali) i po kolokwiach z wielkimi
reklamacjami od niezadowolonych studentów. Raz nawet pewna studentka umówiła
się na inny termin konsultacji (bo planowe jej nie pasowały), ale w umówionym
terminie po prostu nie przyszła!

Oczywiście nie mam za złe studentom, że nie męczą mnie:), choć może gdyby
męczyli to lepiej by na tym wyszli. Studenci czasem sprawiają wrażenie, że
studia mają gdzieś. Czy to dlatego, że niektórzy przyszli tylko "przezimować"?
(zajęcia mam z I i II rokiem)

A jak to wygląda u was? Czy dużo czasu poświęcacie studentom z ich własnej
inicjatywy?
Obserwuj wątek
    • jancio.wodnik Re: Aktywność studentów, porównanie 03.01.06, 02:49
      u nas jednej pani, która po pobycie w USA chciala prowadzić zajęcia systemem
      amerykańskim studenci wypisali się z kursu po pierwszych 2-3 zajęciach.
      Bidaczka miala problemy z pensum. Polscy studenci nie są przyzwyczajeni, że
      MUSZĄ przygotowywać się na zajęcia regularnie. Norma jest uczyć się tylko do
      kolokwium.
      • klee Przygotowanie do zajęć 03.01.06, 03:40
        jancio.wodnik napisał:

        > Norma jest uczyć się tylko do kolokwium.

        Co nie znaczy przecież, że na zajęcia można sobie przychodzić nieprzygotowanym.
        Przygotowanie do zajęć, a opanowanie materiału do egzaminu/kolokwium to dwie
        trochę różne sprawy.
          • klee Wcale, o dziwo :-] 03.01.06, 17:01
            Nie uważam, żeby moja rola miała polegać na egzekwowaniu czegokolwiek. Nie po
            to jestem. Jestem po to, by uczyć i ewentualnie motywować do pracy. To są
            dorośli ludzie, powinni wiedzieć, co robią, a ja nie powinienem stać jako ten
            srogi z kijem w ręku lub jako dobry wujek, machając marchewką na tym kiju
            zawieszoną. Egzekwować zaczynam wiedzę i umiejętności dopiero na kole. Taki
            system. Ganienie kogoś lub strofowanie uwżałbym za nie na miejscu.

            A że opłaca się mówić studenci zostają poinformowani na początku semestru. I
            ich aktywność doceniana jest zgodnie z zasadami, o których tutaj pisałem:
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16566&w=29400503&a=32005810 Mam
            nadzieję, że rozejdzie się w młodszych rocznikach fama, że u mnie naprawdę
            warto dużo mówić i kolejne zajęcia będą naprawdę fajne i wartościowe,
            ubogacające nasz wszystkich.

            Chcociaż muszę przyznać, że jedna z pań powiedziała mi na koniec, że powinienem
            być trochę bardziej wymagający, zapytać czasem ze zmarszczonym czołem - jak to
            ujęła ;-) - "A dlaczego państwo nie przeczytali?". W przyszłym semestrze zatem
            postaram się być bardziej belfesrki. Jak mówię, wszystko zgodnie z życzeniem
            studentów. :-)
            • jancio.wodnik Re: Wcale, o dziwo :-] 03.01.06, 19:29
              plusiki!!!!!!!!!!!

              <rotfl> <rotfl>

              wybacz, ale padlem ze śmiechu na klawiature

              fajne masz dziatki na zajątkach LOL

              gdyby po moim wydziale poszla fama, że jakiś doktorancik traktuje stdentów jak
              gówniarzy wówczas NIKT by się nie zapisal na jego kurs.

              w systemie punktowym sudent _ma wybór_ jeśli nie przedmiotu to prowadzącego i
              uwierz mi: w takich okolicznościach to student tak naprawdę dyktuje warunki.
              • klee tzw. [dawniej] kompleks młodego asystenta 03.01.06, 21:27
                Nie wiem, co przeczytałeś w tym poście, do którego odesłałem. Może w ogóle go
                nie przeczytałeś, jak ostatnio, tylko tak sobie piszesz dla dobrej zabawy. To
                ktoś inny pisał w tamtym wątu o stawianiu plusików. U mnie nie ma systemu
                plusików. I nie ma właśnie dlatego, że traktuję studentów, jak ludzi dorosłych,
                a uczelni nie postrzegam jak szkółki, z czegozresztą próbowałem zdać sprawę w
                poprzednim poście. Jeśli w moim podejściu do sprawy coś temu przeczy, to wskaż
                to, proszę, bo na pewno zechcę to wyeliminować.

                A tak w ogóle, to co Ty proponujesz? Jak Ty aktywizujesz studentów i jak ich
                nagradzasz. Ja cały czas dążę do wypracowania jakiegoś sensownego systemu, więc
                chętnie skorzystam z dobrych rad i wskazówek.

                Gdybyś uchwycił moją ideę, zauważyłbyś, że mnie właśnie na tym zależy, by
                student stawiał mi warunki. To dla mnie żaden problem. Chętnie je zaakcpetuję,
                jeśli będą rozsądne. Rzecz w tym, że mi studenci tych warunków stawiać nie
                chcą. A jeśli ma to polegać na zapisaniu się na zajęcia do kogoś innego, to
                chyba wszystko w porządku, chyba o to właśnie m.in. chodzi. Po to istnieje
                możliwość wybierania prowadzących zajęcia. Oni są szczęśliwi, bo trafiają do
                tego, do kogo chcą, ja jestem zadowolony, bo mam małe grupy ćwiczeniowe.
                Idylla. :-)

                Spodziewam się, że w tym roku zapisze się na zajęcia przeze mnie prowadzone
                jeszcze mniej osób, niż w ubiegłym, ale nie dlatego, że im się mój system
                motywacyjny nie podoba (nie mieli do niego zastrzeżeń, NIKT nie miał), tylko
                dlatego, że jestem wymagający, ot, taki młody doktorancik z kompleksami. :-]


                Czy Ty zawsze musisz obśmiewać i występować jako ten mądry. Zamiast stawiać się
                w pozycji tego mądrego, może dowiedź swej roztroponości, pisząc coś sensownego,
                coś proponując. Bo takie puste potępianie innych lub naśmiewanie się z nich za
                takie uchodzić nie może. Przynajmniej zgodnie z moim światopoglądem.
                • jancio.wodnik Re: tzw. [dawniej] kompleks młodego asystenta 03.01.06, 23:46
                  klee napisał:

                  > Nie wiem, co przeczytałeś w tym poście, do którego odesłałem.
                  o plusikach

                  Może w ogóle go
                  > nie przeczytałeś, jak ostatnio, tylko tak sobie piszesz dla dobrej zabawy. To
                  > ktoś inny pisał w tamtym wątu o stawianiu plusików. U mnie nie ma systemu
                  > plusików. I nie ma właśnie dlatego, że traktuję studentów, jak ludzi
                  dorosłych,
                  >
                  > a uczelni nie postrzegam jak szkółki, z czegozresztą próbowałem zdać sprawę w
                  > poprzednim poście. Jeśli w moim podejściu do sprawy coś temu przeczy, to
                  wskaż
                  > to, proszę, bo na pewno zechcę to wyeliminować.
                  > A tak w ogóle, to co Ty proponujesz? Jak Ty aktywizujesz studentów i jak ich
                  > nagradzasz.


                  nie widzi mi się walka z wiatrakami. wykazuje takie samo podejście jak cala
                  kadra wydzialu:
                  www.mmj.pl/~cichy/motylek.swf
                  niby dlaczego mam postępować inaczej?



                  Ja cały czas dążę do wypracowania jakiegoś sensownego systemu, więc
                  >
                  > chętnie skorzystam z dobrych rad i wskazówek.

                  jeśli zarabiasz na wieczorówce lub zaocznych to może to ma to jakiś sens. jeśli
                  nie to jesteś po prostu frajerem.

                  > Gdybyś uchwycił moją ideę, zauważyłbyś, że mnie właśnie na tym zależy, by
                  > student stawiał mi warunki.

                  warunek jest jeden: piątka za nic

                  To dla mnie żaden problem. Chętnie je zaakcpetuję,
                  > jeśli będą rozsądne.

                  marzyciel......

                  Rzecz w tym, że mi studenci tych warunków stawiać nie
                  > chcą.

                  no fajne macie te dziecka tam u siebie! też chce takich potulnych

                  A jeśli ma to polegać na zapisaniu się na zajęcia do kogoś innego, to
                  > chyba wszystko w porządku, chyba o to właśnie m.in. chodzi.

                  jasne do kogoś kto będzie uprzejmie prosil aby zechcieli te piątki wziąć :D

                  Po to istnieje
                  > możliwość wybierania prowadzących zajęcia. Oni są szczęśliwi, bo trafiają do
                  > tego, do kogo chcą, ja jestem zadowolony, bo mam małe grupy ćwiczeniowe.

                  a nie placą u was jeszcze od lebka, tylko od grupy? to macie szczęście, ale
                  wszystko przed wami......

                  > Idylla. :-)

                  jeśli w ogóle grupa Ci się otworzy :-)
                  >
                  > Spodziewam się, że w tym roku zapisze się na zajęcia przeze mnie prowadzone
                  > jeszcze mniej osób, niż w ubiegłym, ale nie dlatego, że im się mój system
                  > motywacyjny nie podoba (nie mieli do niego zastrzeżeń, NIKT nie miał), tylko
                  > dlatego, że jestem wymagający, ot, taki młody doktorancik z kompleksami. :-]

                  pocieszaj się dalej

                  > Czy Ty zawsze

                  może być jednak zrewidowal sposób używania kwantyfikatorów

                  musisz obśmiewać i występować jako ten mądry. Zamiast stawiać się
                  >
                  > w pozycji tego mądrego, może dowiedź swej roztroponości, pisząc coś
                  sensownego,
                  >
                  > coś proponując.

                  przecież proponuje:
                  www.mmj.pl/~cichy/motylek.swf
                  Bo takie puste potępianie innych lub naśmiewanie się z nich za
                  > takie uchodzić nie może. Przynajmniej zgodnie z moim światopoglądem.
                  >
                  rzeczywiście wymagający doktorancik z kompelsami <lol>
                  • jancio.wodnik P.S. 03.01.06, 23:51
                    System mamy taki, że różnorodne oceny stawiają tylko profesorowie na
                    egzaminach.

                    doktorancik, a także adiunkcik nie będzie studentowi plul w twarz i musi
                    stawiać piątki bez szemrania. kursów jest więcej, niż potrzeba i wiadomo, że
                    nie wszystkim grupy się otworzą, także te obligatoryjne ! w tej sytuacji
                    prowadzący walczy o studenta, a nie na odwrót.

                    P.S. 2. jesteśmy wydzialem nr 1 w rankingach
                    śmieszne, nie.
                        • klee Miły jak zawsze 04.01.06, 00:50
                          Tylko nieopatrznie użyłeś wyrażenia deiktycznego, które może mieć bardzo różne
                          odniesienie. I jak ja czytam Twój post, to wychodzi mi, że Ty. ;-) Ale niech
                          będzie, że ja. Z Twoich ust to dla mnie żadna obelga. I miło mi, że piszesz
                          mnie wielkimi literami. :-P
                          • klee Jeszcze jedno 04.01.06, 01:10
                            Jańcio Wodnik też myślał, że jest najmądrzejszy ze wszystkich, wszechwładny.
                            Nim się spostrzegł, okazało się, że jest zwykłym Pseudo. Bardzo się zdziwił
                            wtedy, nie? No ale fakt, że doznał dzięki temu i późniejszej kontemplacji
                            oświecenia, a przynajmniej wglądu. Taka jego droga, widać, taka karma. Może
                            Twoja podobna, ale mimo to nie życzę Ci, żebyś się kiedyś obudził z ręką w
                            nocniku jak on. Zmień się Jasiek, zmień.
                            • jancio.wodnik Re: Jeszcze jedno 04.01.06, 15:21
                              klee napisał:

                              > Jańcio Wodnik też myślał, że jest najmądrzejszy ze wszystkich, wszechwładny.
                              > Nim się spostrzegł, okazało się, że jest zwykłym Pseudo. Bardzo się zdziwił
                              > wtedy, nie? No ale fakt, że doznał dzięki temu i późniejszej kontemplacji
                              > oświecenia, a przynajmniej wglądu. Taka jego droga, widać, taka karma. Może
                              > Twoja podobna, ale mimo to nie życzę Ci, żebyś się kiedyś obudził z ręką w
                              > nocniku jak on. Zmień się Jasiek, zmień.

                              pisz do mie jeszcze :-)
                              uwielbiam takich rozegzaltowanych neurotyków z misjom naprafczom
                              • flamengista wypraszam sobie;) 05.01.06, 09:22
                                Powszechnie wiadomo (przynajmniej Klee jest o tym przekonany), że jestem
                                pseudo-doktorantem.
                                Nie życzę sobie, by to przypisywano innym forumowiczom! To obelga przynależna
                                wyłącznie dla mnie i nie mam zamiaru się nią z nikim dzielić;)

                                Swoją drogą Klee, jesteś niekonsekwentny - zarzucasz mi rozdzwojenie jaźni, a
                                skoro i jańcio_wodnik ma być pseudo to:
                                pseudo->flamengista i pseudo->jancio_wodnik z czego wynika (elementarne prawa
                                logiki): flamengista->jancio wodnik...

                                Czyli nie rozdzwojenie, a roztrojenie jaźni. Biorąc pod uwagę możliwe prowokacje
                                pseudo na tym forum (np. te o życie seksualne Ojca Świętego) - to na trzech
                                jaźniach sie chyba nie skończy. O zgrozo;)
                                • suffo Re: wypraszam sobie;) 05.01.06, 13:31
                                  Dobre, Panowie, dobre :-))))
                                  A ja uważam, że Klee jest Pseudo ;-)
                                  Czyli wynika, że mam paranoję, a jak mam paranoję, to ja jestem Pseudo. I jak
                                  Ci teraz Flamengisto?

                                  P.S. Wszyscy Krakowiacy, to kłamcy. Mówię prawdę, czy kłamię?
                                  • flamengista nie załapałem tego posta 05.01.06, 14:33
                                    tzn. konstrukcji składniowej, czy jak to sie nazywa;)

                                    Co ma lżenie do tego, ze kiedyś umrzesz (jak my wszyscy)?

                                    Jak by na to nie patrzeć, twierdzenie że ktoś w sposób wylgarny i niewybredny
                                    podszywa sie na forum i robi zamęt (bez cienia dowodu) jest oczywistą obrazą.

                                    Ale to tylko rzeczywistość wirtualna. Więc nie traktuję tego poważnie;)
                                    • klee Może dlatego nie załapałeś... 05.01.06, 14:45
                                      (...) że szukasz związków składniowych, gdzie ich nie ma. Podobnie jak szukasz
                                      obelgi, gdzie jej nie ma. ;-)

                                      flamengista napisał:

                                      > Jak by na to nie patrzeć, twierdzenie że ktoś w sposób wylgarny i niewybredny
                                      > podszywa sie na forum i robi zamęt (bez cienia dowodu) jest oczywistą obrazą.

                                      I dlatego warto takie rzeczy stwierdzać dopiero, kiedy ma się pewność. Żeby
                                      ludzi nie obrażać. Nigdzie nie stwierdziłem, że się pod kogoś podszywasz. A
                                      jeśli poczułeś się dotknięty moimi podejrzeniami, to bardzo mi przykro, ale to
                                      już nie moja rzecz i wolałbym, żebyś mnie tym nie obarczał. Mówię, co myślę.
                                      Jeśli czuję się rozczarowany faktem, że być może ktoś, kogo polubiłem, wcale
                                      nie istnieje, to komunikuję o tym, jeśli mam ochotę. Ale dalekie to jest dosyć
                                      od stwierdzania, że ktoś się pod kogoś podszywa, czy obrażania. I to tyle na
                                      ten temat z mojej strony. Jeśli chcesz go nadal wałkować, to już beze mnie.

                                      > Ale to tylko rzeczywistość wirtualna. Więc nie traktuję tego poważnie;)

                                      Ogólnie jestem poważny i drętwy. Muzyki też właściwie tylko poważnej słucham.
                                      Nie jestem więc chyba osobą, na której zaufniu powinno Ci zależeć.
                                      • flamengista heh;) 05.01.06, 14:55
                                        Ale nie zależy mi na Twoim zaufaniu/przyjaźni, bo znajomych się ma w życiu
                                        rzeczywistym, w internecie to rzadkość. Chodzi mi tylko o moją WIARYGODNOŚĆ na
                                        tym forum. Uważam że jest ono bardzo przydatne i inspirujące, szczególnie pod
                                        kątem mojego doktoratu. A brak wiarygodności spowoduje, że nikt mi więcej nie
                                        odpisze.

                                        Wogóle zabawna ta sprawa tożsamości w internecie. Wszystko opiera się na zaufaniu.

                                        Jaką mam np. gwarancję, że Twoja piękna strona internetowa nie jest jedną wielką
                                        mystifikacją a tak naprawdę jesteś listonoszem z Piotrkowa Trybunalskiego?

                                        I jaką masz gwarancję, że jestem 27-letnim asystentem robiącym doktorat na
                                        państwowej uczelni. Przecież tak na prawdę mogę być 50-letnim psychopatą,
                                        szukajacym naiwnych forumowczów, których potem morduję, obdzieram ze skóry i
                                        zakopuje w moim ogródku;)

                                        Możesz tylko czytać to, co piszę i wysuwać ew. jakieś wnioski.
                                        • klee Re: heh;) 05.01.06, 15:11
                                          flamengista napisał:

                                          > Ale nie zależy mi na Twoim zaufaniu/przyjaźni, bo znajomych się ma w życiu
                                          > rzeczywistym, w internecie to rzadkość. Chodzi mi tylko o moją WIARYGODNOŚĆ na
                                          > tym forum. Uważam że jest ono bardzo przydatne i inspirujące, szczególnie pod
                                          > kątem mojego doktoratu. A brak wiarygodności spowoduje, że nikt mi więcej nie
                                          > odpisze.

                                          Jeśli Ci nie zależy, to nie zabiegaj o to. Pełnej wiarygodności nigdy nie
                                          uzyskasz, z powodów, o których pisałeś w poście. A względną można sobie wyrobić
                                          nie zapewnieniami, tylko wiarygodnym sposobem bycia, nie? A czemu tak Ci zależy
                                          na tym, by Ci ludzie odpisywali? Zresztą mniejsza o to, jak się postarasz, to
                                          będę Ci odpisywać. ;-) A ja chyba nie muszę, nie?

                                          > Wogóle zabawna ta sprawa tożsamości w internecie. Wszystko opiera się na
                                          zaufan
                                          > iu.

                                          Niemal, moim zdaniem.

                                          > Jaką mam np. gwarancję, że Twoja piękna strona internetowa nie jest jedną
                                          wielk
                                          > ą
                                          > mystifikacją a tak naprawdę jesteś listonoszem z Piotrkowa Trybunalskiego?
                                          >
                                          > I jaką masz gwarancję, że jestem 27-letnim asystentem robiącym doktorat na
                                          > państwowej uczelni. Przecież tak na prawdę mogę być 50-letnim psychopatą,
                                          > szukajacym naiwnych forumowczów, których potem morduję, obdzieram ze skóry i
                                          > zakopuje w moim ogródku;)

                                          Oczywiście, już o tym pisałem. Ani moja strona, ani Twoja działalność na innych
                                          forach niczego nie dowodzą. Nawet jak przyjedziesz do Torunia i się przekonasz,
                                          że ja to ja, to i tak nie pozwoli to sfalsyfikwować ewentualnego twierdzenia,
                                          że jestem łagodnym człowiekiem, który za to w Sieci przeobraża się w Pseudo.
                                          Dowieść fałszywości tej tezy można by dopiero po sprawdzeniu, że posty Pseudo
                                          (i jego kolnów) są wysyłane z innego komputera niż mój. Ale, jak mi ktoś
                                          powiedział, i pod te adresy IP można się podszywać. Pozostaje więc wiara i...
                                          (dla mnie przynajmniej) zabawa. :-]

                                          > Możesz tylko czytać to, co piszę i wysuwać ew. jakieś wnioski.

                                          Nie inaczej.

                                          A w Piotrkowie mieszka bardzo mi bliska osoba poznana przez Internet właśnie.
                                          Dla mnie to nie tyle jest wirtualny świat, co kanał komunikacji po prostu.
                                          • flamengista A temu: 05.01.06, 15:27
                                            "A czemu tak Ci zależy na tym, by Ci ludzie odpisywali?"

                                            Bo jak mam jakiś problem naukowy, to najlepiej spytać innych naukowców. I nie
                                            tylko kolegów z uczelni i znajomych. Czase nawet lepiej spytać o coś anonimowo,
                                            na forum (np. z tym plagiatem).
                                            • klee Re: A temu: 05.01.06, 15:56
                                              A czy to nie jest tak, że naukowcy powinni rozwiązywać problemy naukowe, a nie
                                              pytać innych o rozwiązanie? Żartuję. ;-D

                                              Nie wiem, być może warto czasem włączać się do rozmowy anonimowo. Mnie tam w
                                              każdym razie anonimowość nie jest do niczego potrzebna. A z tym plagiatem to
                                              jakąś znaczącą pomoc uzyskałeś? Nie wiem, czy stawianie takich pytań ma sens,
                                              bo według mnie trudno na nie odpowiadać inaczej, niż zrobiła to Saffo. Ale może
                                              ja jestem po prostu zbyt ograniczony lub mam zbyt małą wyobraźnię.
                                              • flamengista Re: 05.01.06, 17:54
                                                "A czy to nie jest tak, że naukowcy powinni rozwiązywać problemy naukowe, a nie
                                                pytać innych o rozwiązanie? Żartuję. ;-D"

                                                Oczywiście, że żartujesz. Bo pytanie innych o zdanie jest oznaką roztropności,
                                                nie głupoty.

                                                "A z tym plagiatem to jakąś znaczącą pomoc uzyskałeś? Nie wiem, czy stawianie
                                                takich pytań ma sens, bo według mnie trudno na nie odpowiadać inaczej, niż
                                                zrobiła to Saffo".

                                                Akurat w tym przypadku nie. Co nie znaczy, że powinienem sie zniechęcać do
                                                pytanie wogóle, prawda? Szkoda, że w tym przypadku ludziom zwyczajnie zabrakło
                                                odwagi. Przecież nie oczekiwałem, że podadzą nazwiska i publikacje...

                                                Ale bez pomocy osoby z tego forum wogóle bym tego plagiatu nie miał jak udowodnić.
                                                • klee Gadka szmatka 05.01.06, 18:26
                                                  flamengista napisał:

                                                  > Oczywiście, że żartujesz. Bo pytanie innych o zdanie jest oznaką roztropności,
                                                  > nie głupoty.

                                                  Jednak - mówiąc już serio - zastępowanie prowadzenia badań stawianiem pytań i
                                                  otrzymywaniem dobrych rad już rozsądnym określić na pewno nie można. Dlatego
                                                  wyraziłem wątpliwość, czy jest to dobre miejsce do roztrzącania problemów
                                                  stricte naukowych. Od tego są seminaria i różnego rodzaju spotkania naukowe,
                                                  czy - już bardziej od tego - fora tematyczne.
    • klee Wrocław górą! :-) 03.01.06, 03:41
      Zaglądam do folderu "studenci" w moim programie pocztowym i znajduję 52 e-
      maile - pokłosie jednego jednosemestralnego kursu realizowanego w dwu grupach
      liczących po ok. 15 pań + jeden pan. ;-)

      Wszystkie te listy jednak to albo taka zupełnie luźna korespondencja, albo e-
      maile typu: dziękuję za to, przepraszam za tamto, proszę o owamto. Kilka
      dotyczy organizacji zajęć i tylko jeden spraw merytorycznych. Tego rodzynka
      otrzymałem - pamiętam - w czasie, gdy studentki przygotowywały się do
      kolokwium. Autorce chodziło o uzyskanie pomocy w wyjaśnieniu pewnego
      konkretnego, jednostkowego problemu.

      Można by na podstawie powyższego sądzić, że zaangażowanie studenterii i jej
      zainteresowanie problematyką zajęć i nimi w ogóle jest zerowe, a utwierdzić w
      tym przekonaniu może fakt, że na dyżurze też nikt się nigdy przez cały semestr
      nie pojawił, oczywiście poza przypadkami, gdy ktoś musiał coś zaliczać. Mało
      tego, nawet po kolokwium, kiedy z każdym indywidualnie omawiałem jego pracę na
      moim dyżurze, część osób odnosiła się do tego rodzaju konsultacji z niechęcią.
      Rozumiem, że mogli być niekiedy zmęczeni swoimi innymi obowiązkami, czy długim
      oczekiwaniem na wejście do gabinetu, w którym przyjmowałem, no ale w końcu ja
      się męczyłem nie mniej, niż oni. Poświęcałem jednej osobie ok. 30-40 minut,
      siedziałem tam tak długo, ile trzeba było, mój rekordowy dyżur miał prawie 6
      godzin (bez przerwy). Czasem miałem naprawdę wrażenie, że mnie bardziej zależy
      na tym, by im uświadomić, co opanowali w wystarczającym stopniu, a nad czym
      należałoby jeszcze popracować, niż oni sami chcieliby się tego dowiedzieć. Ale
      ewentualny lekceważący (obojętny raczej) stosunek nie irytował mnie bynajmniej,
      nawet nie dziwił, smucił po prostu. No nieciekawie to wygląda niestety.

      Wiesz, sprawy merytoryczne to jedno. Powiedzmy, że można nie lubić przedmiotu.
      Każdy jednak ma jakieś wyobrażenie fajnych zajęć, wie, jak powinny one
      wyglądać, jak chciałby, aby wyglądały. Jednakowoż kiedy stawiało się pytanie
      dotyczące ich organizacji, to można było w to zwątpić. Spotykało się ono bowiem
      niemal zawsze z milczeniem. To mnie czasem wprawiało w konsternację i miałem
      ochotę krzyczeć: "Ludzie, czy wszystko jest wam obojętne? Przecież nie
      jesteście grupą manekinów! Macie swoje potrzeby, ktoś chce je zaspokoić, chce
      sprostać waszym oczekiwaniom, a Was to zdaje się zupełnie nie obchodzić." Ten
      marazm był przykry i demotywujący. Co gorsza, czułem, że mi się udziela.
      Przykro mi było patrzeć, jak studentki zaprzepaszczały szansę własnego rozwoju,
      marnowały swój najlepszy czas. Przykład. W jednej z grup miałem właśnie na
      początku kłopoty z aktywizowaniem pań. Zastanawiałem się dość intensywnie, jak
      temu zaradzić. Rozważałem m.in. wprowadzenie przerwy w czasie ćwiczeń. Mnie nie
      wydaje się to dobre, bo wywołuje moim zdaniem raczej rozprężenie i
      dekoncentruje, niż mobilizuje, ale co tam. Mój znajomy z filozofii z uznaniem
      takie przerwy na swoich zajęciach stosuje. Pomyślałem, że jeśli miałoby to
      służyć moim paniom, to przystanę na to. Warto stracić 10 minut ćwiczeń, jeśli
      miałoby się dzięki temu efektywniej wykorzystać pozostałe 80, jeśli studentki
      miałyby się stać bardziej aktywne. I co? Na e-mail z tą propozycją i pytanie,
      co sądzą o tym pomyśle, odpowiedziała jedna osoba. A kiedy zapytałem pozostałe
      na zajęciach, to było wpatrywanie się a to we mnie, a to w stoliki. :-/

      Ale żeby być sprawiedliwym, nie mogę wyłącznie narzekać. Mimo, że studenci mnie
      nie zamęczali, jak piszesz, tj. nie zasypywali e-mailami, ani nie odwiedzali na
      dyżurach, to aktywność na zajęciach nie była zupełnie tragiczna, choć też nie
      jakaś znakomita. Było kilka osób przejawiających spore zaangażowanie, choć to
      takie akurat, które zawsze - jaki by to nie był przedmiot - są aktywne. Ale
      było też 3-5 osób, których uważność i aktywność wzrastała w miarę naszego
      wzajemnego poznawania się ;-). Trudno mi to oceniać tak na pewno, ale takie
      miałem wrażenie. I nie było dla mnie aż tak ważne, że to zwiększone
      zaangażowanie nie brało się z nagłego zainteresowania tych pań przedmiotem,
      które miałoby się pojawić za moją przyczyną, tylko raczej wiązało się z
      dostrzeżeniem przez nie, że mi zależy, że się staram. Niektórym fajny mogłem
      się wydawać ;-), choć nie będę się teraz rozpisywał dlaczego. W każdym razie,
      jak się kogoś lubi, to chce się mu dawać głaski. Teoria gier społecznych itepe.

      A dlaczego jest, jak jest. Diagnoza wydaje się – mnie przynajmniej - dosyć
      oczywista. Studenci są przyzwyczajeni do postwy typu "osiągnąć jak najwięcej
      przy jak najmniejszym wysiłku". I zależy im na osiąganiu takich korzyści
      wymiernych, pragmatycznych, jakoś społecznie uznawanych, liczących się - no
      napiszę - o dyplom po prostu, a nie własny rozwój. Są też przyzwyczajeni, że
      prowadzącym zajęcia, zazwyczaj w ogóle nie zależy tak naprawdę, by ich czegoś
      nauczyć. Chcą odbimbać swoje po prostu, więc studenci tę postawę przejmują.
      Przyzwyczajeni są też, że pracownicy nie mają dla nich czasu na konsultacjach
      (część moich koleżanek z zakładu w ogóle nie ma dyżurów!), więc są zdziwieni i
      zirytowani, gdy ktoś dręczy ich ;-) w gabinecie 40 minut. Jak się poczyta
      ostatnie wątki na forum, to widać, że dla nas tutaj zajęcia i studenci są na
      ostatnim miejscu. Nie ma więc chyba o czym gadać.

      Co poradzić na ten studencki marazm i osowiałość? Całego systemu się nie
      zmieni. Warto więc według mnie pokazać, że to, co uchodzi u nas za normę, wcale
      nie jest normalne i że można inaczej. Jak mówię, jeśli u mnie te 3-5 osób to
      zrozumiało, to mnie to wystarczy. A jak pozostali mają mnie za oryginała, to
      już nie moja rzecz.

      Jesteś z Wrocławia, nie? Uwielbiam to miasto. Byłem u Was na jednej konferencji
      i zakochałem się w tamtejszym instytucie filologii polskiej i ludziach, którzy
      go tworzą. Są cudowni. Macie cudownych studentów, zupełnie innych niż u nas. Są
      chłonni wiedzy, zaangażowani, pełni inicjatyw, wigoru, radości. Bije od nich
      jakaś taka mądrość, rozsądek... U Was toczy się prawdziwe życie uczelniane, w
      takim dobrym sensie. Ale to pewnie bierze się przede wszystkim stąd, że
      pracownicy są fajni i też zaangażowani, i mądrzy, z polotem. To wszystko
      naprawdę widać, choćby na tym forum, na które czasem zaglądam:
      www.ifp.uni.wroc.pl/forum/index.php . A po lekturze tego wątku na
      przykład www.ifp.uni.wroc.pl/forum/viewtopic.php?
      t=87&postdays=0&postorder=asc&start=15 jasne się staje, że studenci naprawdę
      cenią prowadzących zajęcia, którzy traktują ich poważnie, dla których są ważni
      i którzy dają im odczuć, że tak właśnie jest. Znamienne zdanie z jednego z
      postów: "odnośnie Lewińskiego - to dodać należy, że problem studenta staje sie
      problemem dra Lewińskiego". Tak powinno być. Jestem zakochany we Wrocławiu!
      Teraz możesz zrozumieć, dlaczego pozdrawiam Ciebie i to miasto, ilekroć Cię
      gdzieś tu dorwę. ;-)
      • rpj4 Re: Wrocław górą! :-) 03.01.06, 03:47
        ------
        Fragment nie na temat.
        Ale mnie zaciekawiły godziny naszych postów - stowarzyszenie młodych wampirów,
        czy co ;).
        ------
        Pozdrowienia dla wszystkich pracujących o tej porze,
        rpj4
      • flamengista (opad szczeny w dół) 03.01.06, 09:45
        Ile? Klee, przesadzasz;) 6 h dyżuru? 30-40 minut dla każdego studenta?

        Oni tego nigdy nie docenią, prędzej Cie znienawidzą. Fajną nauczkę dostałem
        kiedyś od bardzo marnego studenta. Tak olewał moje zajęcia, że musiał pisać
        pracę by odrobić nieobecności. Do tego fatalnie napisał kolokwium. Dwója jak
        nic. Ale wtedy byłem zupełnie zielony, zlitowałem się. Umówiłem się z nim na
        niedzielę (wtedy nie miałem zaocznych i to był dzień całkowicie wolny), przed
        poniedziałkowym egzaminem by doniósł pracę i bym mógł go dopytać na tróję.

        I co? Facet zamiast mnie całkować po rękach (przecież miałby wrzesień jak nic)
        miał olbrzymie pretensje, w niedzielę przyszedł jakby robił mi łaskę. Z wielce
        obrażoną miną rzucił pracę na moje niurko, coś tam odburknął przy odpowiedzi
        (kiepsko się nauczył, ale go puściłem).

        W efekcie dałem sobie wejść na głowę, w następnym semestrze dosałem np. maila,
        w którym studentka studiów dziennych (!) stwierdziła, ze musi się ze mną spotkać
        ale nie ma czasu w godzinach moich konsultacji i pasuje jej... sobota po
        południu. Miałem już też sytuację, gdy studentka chciała załatwić u mnie jakąś
        sprawę na weselu kolegi (!), a jeden student nagabywał mnie w sprawie egzaminu
        przy toalecie, gdy stałem przy pisuarze. Niezłe, co;)

        Teraz przestrzegam po aptekarsku godzin konsultacji i nie poświęcam studentom
        ani chwili dłużej - po za zajeciami.
            • klee Cóż w tym idealistycznego? 03.01.06, 19:02
              Udaje mi się to realizować bez żadnych trudności i większego wysiłku, więc to
              chyba żadne marzycielstwo. Według mnie taki powinien być standard. Choć
              rozumiem, że jak ktoś musi się zajmować znacznie większą ilością studentów ode
              mnie, to może mu nie starczać czasu i siły na relizowanie tego wzorca, czy też
              na zaangażowanie równie wielkie, jakiego byśmy oczekiwali od studentów.
              • flamengista 40 minut dla studenta na koslutacjach 03.01.06, 19:32
                - bo tak trzeba oraz uważanie, że będzie za to wdzięczny - to idealizm;)

                A właśnie - na stronie piszesz, że masz 15-17 osób w grupie (dobrze pamiętam?).
                A grup ile?

                Dla porównania - w przyszłym semestrze będę miał conajmniej 7 grup dziennych
                (ok. 30 osób w grupie) + zaoczne (min. 100 osób, nie wiem ile grup).

                Teraz policzmy: 40 minut razy 310 = 12400, czyli ok. 207 godzin;)
                • klee Indywidua 03.01.06, 21:47
                  No pisałem już w tym wątku, że miałem dwie grupy.

                  Przypuszczałem, że się tych 40 minut czepniesz. ;-) Przecież to nie o to
                  chodzi. To był przykład mający coś zobrazować, mający pokazać, jaki jest mój
                  ogólny stosunek do tych spraw, wszak Stukacz22 pytał o nasze osobiste
                  doświadczenia. Poza tym coś, czemu ja poświęcam 40 minut, ktoś inny może być w
                  stanie przekazać w ciągu 20. Jeszcze poza tym, wiedz, że czasem i półtorej
                  godziny z kimś rozmawiałem :-], ale to też nie była rozmowa li tylko o sprawach
                  dotyczącyh zajęć, no a przecież o sprawach z nimi niezwiązanych można
                  rozmawiać, ale nie trzeba, to zależy od woli obu stron.

                  O co więc chodzi? Co jest ważne, moim zdaniem, co próbowałem wyeksplikować? Ano
                  to, że należy się starać tak pracować, byśmy mogli się cieszyć podobnymi
                  opiniami wśród studentów, jak ów osławiony dr Lewiński wśród wrocławskich
                  polonistów. Nie uważam, aby problemy studentów powinny się stawać naszymi, jak
                  to napisała o tym panu jedna z jego studentek (to byłoby niezdrowe), ale
                  uważam, że powinniśmy ich ośmielać i zachęcać do tego, by się do nas z tymi
                  problemami zwracali i abyśmy starali się pomagać im znajdować rozwiązania
                  tychże.

                  Nie forsuję stanowiska, że powinieneś poświęcać każdemu swojemu studentowi 40
                  minut. ;-) Poświęcaj tyle, ile możesz i uważasz za stosowne, ale nie traktuj
                  jego samego jak problem.

                  Jeszcze raz powtórzę, nigdzie nie pisałem, że zależy mi na tym, by mnie za coś
                  ceniono, ani na tym, by ktoś był mi wdzięczny. Wystarczy, jeśli z tego
                  skorzystają po prostu. Tylko na tym mi zależy. Jeśli nie skorzystają, nie
                  zechcą skorzystać lub nie będą potrafili, to już nie mój problem. Dobrze by też
                  było, gdyby zdali sobie sprawę, że tak być powinno, bo nadal utrzymuję, że
                  powinno. Ale jeśli itego nie uchwycą, to nic nie szkodzi. Jak pisałem
                  Jańciowi.wodnikowi, nie jesteśmy w szkole i nie zamierzam nikogo wychowywać. To
                  byłoby nie na miejscu. To nie byłoby poważne traktowanie partnera.
                  • flamengista ale Ty masz na razie sytucję idealną 03.01.06, 22:01
                    niemal sprzed półwiecza. Niewielką, w sumie czegoś chcącą grupę studentów. Małą
                    ilość zajęć. I faktycznie - widać zajęcia sprawiają Ci sporą frajdę. To chyba
                    dobrze.

                    Ja mam jednak kolegów, którzy mają 5-6 różnych przedmiotów, po 300-400 godzin w
                    semestrze. I wogóle dla studentów nie mają czasu. Bo chcą jeszcze sie rozwijać
                    naukowo, a nie zwariować.
                    • klee Postęp, tak? ;-) 03.01.06, 22:09
                      Jak widać, rzekomy postęp nie zawsze oznacza zmiany na lepsze. Chociaż u nas to
                      jest zupełnie naturalna sytuacja, że doktoranci mają mało zajęć, ba, dla
                      niektórych doktorantów nawet ich brakuje. No ale też jest prawdą dobrze znaną,
                      że asystenci po to są, by ich wykorzystywać do prowadzenia ćwiczeń. ;-] Chociaż
                      u nas chyba jednak nawet kiedy był system asystentur, to nikt się nie
                      przemęczał dydaktycznie jakoś szczególnie.

                      Też myślę, że mam fajnie. :-D Cieszę się tym i staram się jak najlepiej to
                      spożytkować.
      • stukacz22 Re: Wrocław górą! :-) 03.01.06, 11:55
        klee napisał:

        > choćby na tym forum, na które czasem zaglądam:
        > www.ifp.uni.wroc.pl/forum/index.php . A po lekturze tego wątku
        > na przykład www.ifp.uni.wroc.pl/forum/viewtopic.php?
        > t=87&postdays=0&postorder=asc&start=15 jasne się staje, że studenci naprawdę
        > cenią prowadzących zajęcia,


        O naszych polonistach za bardzo nic nie moge powiedzieć, bo zwyczajnie nie znam
        (jestem przedstawicielem "ścisłego" działu nauki), ale pare razy prof. Jan
        Miodek miał u nas wykład niekierunkowy "Kultura Języka Polskiego". Studenci
        przychodzili tłumnie, jednak ja nie chodziłem, bo miałem inne zajęcie w tym
        czasie (na koniec był duzy problem, bo prowadzacy wpisał wszystkim 5 do
        indeksu, a nie wszyscy byli zapisani do grup ćwiczeniowych, no i mysmy musieli
        zorganizowac egzamin z przedmiotu na którym niekoniecznie się znamy).

        U nas też mamy forum studenckie, w ktorym aktywnie uczestnicza też pracownicy
        naukowi. Na poczatku semstru była nawet mała awantura na temat językowy.
        Potrzebny był dobry polonista aby rozdzielić awanturujacych się. Szczegóły
        tutaj:

        forum.pi.math.uni.wroc.pl/viewtopic.php?t=983
        pozdrawiam
        • klee Ortografia się nie liczy, logika się liczy ;-) 04.01.06, 00:43
          Wiesz, to nawet nie jest problem językowy. :-D Nie żartuję, błędy ortograficzne
          należą do kategorii tzw. błędów zewnętrznojęzykowych. Ich natura bowiem nie
          tkwi w strukturze języka, nie z niewłaściwego operowania nim się biorą, tylko z
          nieumiejętnego opanowania naszych ludzkich, przez nas na język nałożonych
          konwencji. I dlatego orty są błędami najmniejszej wagi, proponuję się nimi nie
          przejmować jakoś szczególnie. Wytykają je mali ludzie z dużymi kompleksami, jak
          to się mówi. Bo czy ja napiszę "Stukacz22", czy "stukacz22", to i tak każdy
          będzie wiedział, kogo mam na myśli, do kogo to słowo odsyła, a że w języku
          polskim obowiązuje konwencja, zgodnie z którą nazwy własne należy pisać wielką
          literą, to inna sprawa i nijak się to ma tak naprawdę od języka. Zresztą język
          to nie pismo, to nie ciąg diakrytów na papierze czy ekranie, to coś zupełnie
          innego, o czym jako matematyk dobrze wiesz.

          A swoją drogą z tymi nickami to jest problem, bo przyjęło się je zapisywać w
          Sieci małą literą. I co z tym teraz począć, wszak to nazwy własne? Pewnie
          różni "specjaliści" różne mają zdanie na ten temat (czytaj: widzimisię) i
          zaczną w którymś momencie toczyć zażarte spory. No i może w jakimś innym
          momencie (odległym bardzo od tego pierwszego) Rada Języka Polskiego uzna, że
          nadszedł czas, by zająć się tym spędzającym sen z powiek narodowi polskiemu
          problemem i łaskawie przychyli się do którejś z propozycji. Miejmy nadzieję, że
          weźmie pod uwagę uzus i zaaprobuje pisownię małą literą, ale że jest instytucją
          zachowawczo-konserwatywną, zaleci pewnie przy tym pisanie wielką literą dla
          chętnych i ogólnie nie bardzo będzie wiadomo, o co chodzi poza tym, że tak
          skodyfikowana norma zacznie obowiązywać. Zwykły śmiertelnik pewnie się nawet o
          tym doniosłym fakcie nigdy nie dowie i będzie prowadził z różnej maści
          purystami językowymi zacięte dysputy na różnego rodzaju forach (np. Waszym ;-
          )), broniąc swego prawa do pisania nicków mała literą, nieświadom, że już nie
          ma o co kruszyć kopii, bo bitwa dawno wygrana. ;-D Przyznasz, że to wszystko
          jest często cokolwiek bezcelowe. No ale Wy też przecież z kodyfikacją różnych
          reguł macie do czynienia. Jeśli o mnożeniu mowa, to wymyśliliście sobie na
          oznaczenie tego działania symbol w postaci krzyżyka, a później pojawił się
          Leibniz i zaczął mieszać, zastępując x kropką, czy jakoś tak.

          Wracając do meritum ;-), ta dyskusja, do której odsyłasz, trochę mimo wszystko
          zatrważa. Mnie się dotychczas wydawało, że do rozwiązania takiego problemu nie
          jest potrzebny polonista, tylko wystarczy absolwent podstawówki. Bo to w
          podstawówce wbija się przecież dzieciakom do główek, że nie z czasownikami
          piszemy rozłącznie, a z rzeczownikami łącznie. Pomijam oczywiście konteksty, w
          których mamy do czynienia z kontrastowaniem eliminacyjnym, typu: "Zabiegam o
          usunięcie postów, nie (ich) mnożenie." (i też jeden z przykładów podanych przez
          Waszego profesora).

          Całej dyskusji nie czytałem, ale wpadło mi w oko czyjeś stwierdzenie, że nie
          można pisać "niemnożenie", bo takiego słowa nie notuje słownik (a i Word
          podkreśla mi je teraz na czerwono), co świadczy o tym, że ono nie istnieje. To
          stwierdzenie pokazuje tylko, że studenci nie potrafią korzystać ze słowników.
          To zresztą nie takie straszne, straszniejsze, że studenci polonistyki też sobie
          ze słownikami nie radzą, mimo że mają zajęcia z leksykografii, na których
          teoretycznie powinni się tego nauczyć. Gdyby ludzie zechcieli przeczytać
          chociaż wstęp do słownika, którym dysponują, nim zaczną z niego korzystać, to
          by się pewnie dowiedzieli m.in., dlaczego nie znajdą w nich słów takich
          jak "niemnożenie" albo "piękniejszy" i "najpiękniejszy".

          A Wy, matematycy, macie z racji swojego zawodu często znacznie lepszą intuicją
          językową od innych.

          A prof. Miodek? Kim ja jestem, żeby go oceniać, i to jeszcze na forum. Nie
          godzi się. Zresztą jest dobry w swojej dziedzinie, rzecz tylko w tym, że
          niestety (a może i stety) rasowi językoznawcy - tak to ujmijmy - nie traktują
          osób, które zajmują się kulturą języka, poważnie. Mają do nich lekceważący
          stosunek, który objawia się m.in. tym, że nazywają ich "kulturystami" ;-].
          Pewnie i słusznie, bo to faktycznie żadna nauka. (I pomyśleć, że muszę uczyć
          tego właśnie studentów. :-/) Ale macie tam we Wrocławiu naprawdę wybitnego
          naukowca, panią prof. Annę Dąbrowską. Zajmowała się wiele lat eufemizmami i
          robiła to świetnie. Jej "Słownik eufemizmów polskich" wydany w serii PWN z
          krukiem jest najlepszym, jaki się w tej serii ukazał (mimo że chciałoby mi się
          powiedzieć, że najlepszy był ten autorstwa mojego profesora ;-), tj. "Słownik
          polskich przekleństw i wulgaryzmów"). Od jakiegoś czasu jednak pani profesor
          zajmuje się językiem polskim jako obcym. Ta problematyka jest mi odległa.

          W każdym razie moim zdaniem nic nie straciłeś, rezygnując z wykładów prof.
          Miodka. Ale gdybyś miał kiedyś okazję wysłuchać wykładu/referatu któregoś z
          pracowników Katedry Lingwistyki Formalnej UW (prof. Bogusławskiego, pani prof.
          Wajszczuk lub pani prof. Danielewiczowej, z wyjątkiem prof. Bienia) albo mojego
          Profesora - Maciej Grochowski, to się nie zastanawiaj. Biorąc pod uwagę Twoje
          zamiłowanie do logiki, z którym zdradziłeś się tutaj:
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16566&w=33284551&a=33341027 ;-),
          zrozumiałbyś wszystko, a i spodobać musiałoby Ci się to bardzo.

          A wracając do kwestii zasadniczej, tak się jeszcze zastanawiałem, nad tym
          zimowaniem, o którym piszesz. Jakoś mi się to wydaje mało prawdopodobne. Jak
          ktoś chce przezimować, to wybiera się chyba - bez urazy - na filozofię,
          etnologię, czy choćby polonistykę. W każdym razie u nas ciężko się chyba dostać
          na matmę i wiem, że na pierwszym roku jest straszny przesiew i ludzie raczej
          walczą o to, by się utrzymać, a nie myślą o czmychnięciu.

          Wrocławscy językoznawcy-poloniści mają językową poradnię internetową, gdybyście
          mieli w przyszłości jeszcze jakieś problemy do rozwiązania. Odpowiedzi udziela
          m.in. dr Tomasz Piekot, niezwykle oczytany i inteligentny człowiek.

          Spadam trochę to Wasze forum poczytać. :-)
          • ar.pl Re: Ortografia się nie liczy, logika się liczy ;- 04.01.06, 15:54
            Bo czy ja napiszę "Stukacz22", czy "stukacz22", to i tak każdy
            > będzie wiedział, kogo mam na myśli, do kogo to słowo odsyła, a że w języku
            > polskim obowiązuje konwencja, zgodnie z którą nazwy własne należy pisać
            wielką
            > literą, to inna sprawa i nijak się to ma tak naprawdę od języka.

            Przepraszam za dygresje (choc przy dygresjach Klee ta bedzie krotka:), ale
            przypomniala mi sie pewna historia zwiazana z pisaniem nickow i nie tylko
            malymi literami. Przyznaje, ze to paskudna niedbalosc, ale na poczatku mojej
            znajomosci z siecia zdarzalo mi sie pisac szybkie maile-komunikaty cale malymi
            literami, bez znakow interpunkcyjnych itd. Tez takie dostawalam od znajomych,
            wiec uznalam, ze jako nieformalny sposob komunikacji takie beztroskie stukanie
            w klawiature jest dopuszczalne. Do czasu... Pewnego razu dostalam maila od
            znajomego Wegra, ktory dosc ostro stwierdzil, ze nie zyczy sobie, aby jego imie
            bylo pisane mala litera (coz, imiona akurat staralam sie zawsze zaczynac
            wielkimi, ale wiadomo...) Jefo oburzenie wydalo mi sie troche przesadzone, ale
            przypomnialam sobie 'Chlopcow z Placu Broni' - tam najgorsza kara dla malych
            Wegrow bylo napisanie ich imion i nazwisk malymi literami:) To tyle o roznicach
            kulturowych. Pozdrawiam.
            • klee Dygresje na aut 10.01.06, 23:25
              Dzięki, ciekawe to bardzo! Ale Węgrzy chyba jednak nie mają fioła na punkcie
              ortografii ;-), bo to trochę inny problem - już nie kwestia przestrzegania
              zasad ortograficznych, ale również etykiety językowej (prof. Marcjanik z
              Instytutu Dziennikarstwa UW jest chyba największą specjalistką od tej
              ostatniej). Bo wszelkie formy adresatywne w listach (i nie tylko) wypada pisać
              wielkimi literami, również te, które nie są nazwami własnymi. Ale jeśli idzie o
              Polaków, to chyba tylko starsze pokolenia żywią to przekonanie. Przygotowałem
              na kolkwium polecenie takiej mniej więcej treści, że piszący mają sobie
              wyobrazić, że pracują w poradni językowej i mają udzielić odpowiedzi na jakieś
              tam zapytanie. Zatrwożyło mnie, że większa część studentek w swoich listach
              pisało "pan(i)" małą literą!

              A teraz dygresja o dygrsji, która jest tak naprawdę ucieczką od powyższej
              dygresji (bo temat dotyczy przecież zangażowania uczestników zajęć). ;-) A to
              ostatnie obniżane bywa na pewno przez nazbytnią dygresyjność :-] prowadzącego.
              Jeśli jego atematyczne wstawki są długie, nietrafione, toporne etc., to
              studenci ich nie lubią, a jak ich nie lubią, to przestają - wiadomo - lubić
              zajęcia, jak przestają lubić zajęcia, to obniża się ich motywacja i
              zangażowanie. Wiem coś o tym, bo w jednej z grup celowałem niestety w takich
              przysadzistych, drętwych, górnolotnych dygresjach i na koniec niemal wszyscy w
              ankiecie napisali, że mieli ich serdecznie dość. Mam więc nad czym pracować.
              Niech wolno mi będzie zatem powyżywać się chociaż na forum, pouprawiać
              autoterapię. ;-D

              Miałem przez krótki czas do czynienia z dwoma Węgrami. Jeden to się oburzał co
              chwila, o byle co. Zdecydowanie bardziej wolę więc Węgierki. ;-)
    • flamengista u mnie jest jeszcze gorzej 03.01.06, 09:32
      Na zajęciach promuję aktywność (znacząca część oceny z zaliczenia), ale tylko
      30-40% studentów się udziela. Reszta ma to w d., wymagam od nich tylko tego, by
      nie przeszkadzali reszcie. Straciłem złudzenia i zamist próbować nauczać
      wszystkich, staram się dla tych, którym trochę zależy.

      Studenci są obecnie strasznie leniwi. Czasem na konsultacje przyjdzie jakaś
      grupka, która ma zrobić pracę zaliczeniową z innego przedmiotu. Bo wie, że
      jestem miły dla studentów i mogę im pomóc. To miłe, ale przy rozmowie okazuje
      się, że nie szukali jeszcze żadnej książki, artykułu i oczekują że podam im
      wszystko na tacy. Nie wiedzą gdzie szukać, jak, nie wiedzą jak robić przypisy,
      co to jest plagiat...

      Konsultacje mam z resztą zajęte studentami tylko na samym początku semestru
      (spóźnialscy, stypendowicze) i na końcu (prośba o pomoc przy pisaniu pracy,
      odrabianie zaległości). Maile też dostaje sporadycznie.

      Co gorsza, coraz rzadziej na zajęciach zdarza mi się by student zadał jakieś
      trudne pytanie. Takie, na które nie umiem w danym momencie odpowiedzieć i muszę
      poszukać (wtedy odpowiedzi udzielam po tygodniu, na następnych zajęciach). Czyli
      - poziom studentów drastycznie się obniża, dosłownie z roku na rok. I to
      niezależnie od typu studiów (mam zajęcia na dziennych, wieczorowych i zaocznych).
      • jancio.wodnik Re: u mnie jest jeszcze gorzej 03.01.06, 16:59
        flamengista napisał:

        > Na zajęciach promuję aktywność (znacząca część oceny z zaliczenia), ale tylko
        > 30-40% studentów się udziela. Reszta ma to w d., wymagam od nich tylko tego,
        by
        > nie przeszkadzali reszcie. Straciłem złudzenia i zamist próbować nauczać
        > wszystkich, staram się dla tych, którym trochę zależy.

        wlasnie, oni na wszystko leją z góry
        na obligach i specjalizacji można jeszcze czegokolwiek wymagać
        natomiast prowadzący zajecia fakultatywne muszą sami uganiać się za
        studentami, żeby zechcieli wziąć te piątki.
    • tocqueville tak jest 03.01.06, 12:34
      mogę się podpisać pod większością refleksji
      Po prostu zdecydowana większość studentów przychodzi na studia nie po to, zeby
      się czegoś dowiedzieć, ale po to, by zdobyć dyplom
      na wykładowcę, który od nich wymaga czegoś więcej patrzą dziwnie
      uważany jest za "czepialskiego", wg nich nauczyciel powinien przede wszystkim
      "nie przeszkadzać" w zdobyciu papierka

      Oczywiście nie mówię tu o wszystkich studentach, ale tacy jak powyżej przeważają
      • ar.pl Re: tak jest 03.01.06, 13:33
        U mnie roznie bywa. Mamy tylko 4 godziny z naszego przedmiotu tygodniowo (razem
        troje prowadzacych), co kompletnie nie wystarcza w przypadku projektowania.
        Czasem wyklad albo zaproszony gosc, omowienie prac, ostatnio
        wprowadzilismy 'minutowki' - jednominutowe prezentacje prac studentow (zeby
        zaczeli sie wstydzic braku postepow, nauczylisie prezentowac wlasna prace i
        zebysmy my mogli mowic o pewnych zagadnieniach raz dla wszystkich, a nie 30
        razy kazdemu z osobna). Ledwie sie miescimy z tym wszystkim w 4 godzinach,
        dlatego co tydzien ponawiamy zaproszenie na konsultacje (kazde z nas trojga po
        2h). Rzadko sie zdarza, zeby nikt nie przyszedl, niektorzy wpadaja prawie co
        tydzien, czesto rozmawiamy sobie na tematy niekoniecznie zwiazane z projektem
        (to wazne dla ludzi przed dyplomem, zeby pogadac z osobami, ktore maja troche
        doswiadczenia, ale nie sa na tyle 'wiekowe', zeby w rozmowie z nimi odczuwac
        krepujacy dystans) - mam wrazenie, ze to czasem daje wiekszego kopa do pracy
        niz grozenie dwojami:) To sa naprawde wciagajace studia i trzeba pokazac
        mlodziakom, ze chociaz wymaga to ciezkiej pracy, satysfakcja z dobrze wykonanej
        roboty potrafi byc olbrzymia. Wlasnie wrocilam z zajec: omawialismy przeglad
        kolejnego etapu projektu i czuje radosc i satysfakcje, bo panowie, ktorzy
        najczesciej do mnie przychodzili, zrobili najlepszy projekt. Zdolne bestie,
        mieli w pewnym momencie kryzys (byl m.in. rozpaczliwy mail wyslany w sobotni
        wieczor - 'czy mozemy sie jeszcze raz skonsultowac, bo utknelismy z pewnym
        problemem?'), ale okazalo sie, ze ciezka praca sie oplaca. A co z tymi mniej
        aktywnymi i zdolnymi? Nie kazdy musi byc wizjonerem, politechnika musi tez
        wypuscic grupe dobrych rzemieslnikow, wiec zgadzamy sie, ze wystarczy, aby
        niektore projekty byly poprawne, a nie genialne.
    • yenna_m Re: Aktywność studentów, porównanie 05.01.06, 01:07
      teraz jestem na wychowawczym
      ale studentom czasu poswiecalam sporo, z racji ustalonego przeze mnie
      obowiazkowego "siekania" grup co tydzien (obowiazywal material od poczatku
      semestru)

      system wymaga bardzo duzo pracy (zwlaszcza, gdy sie ma np 7 grup tygodniowo)
      ale ma sie tez rezultaty (sporo wiedzą), no i studenci sa bardziej aktywni -
      przychodza na konsultacje, dopytuja sie, zaczepiaja na gadu (co nie oznacza, że
      sa porazająco aktywni ;) )
      • yenna_m Re: Aktywność studentów, porównanie 05.01.06, 01:15
        a na samym poczatku pracy na uczelni siedzialam na konsultacjach (przez jakies
        pierwsze 3 lata chyba) tyle, ile trzeba bylo. Zwlaszcza przy poprawkach
        kolokwiow i zaliczeniach semstru (bywalo i po 10 godzin dzien w dzien przez
        tydzien-dwa tygodnie)

        potem jakos mi przeszlo... ;)

        co zauwazylam - mlodziez jakas taka leniwa jest, gdy idzie o samodzielne
        myslenie (ucze elementow prawa i prawa gospodarczego na uczelni ekonomicznej)

        najbardziej bali sie rozwiazywania casusow (czyli sytuacji faktyczych)
        nie szkodzi, że mogli bez przeszkod korzystac z kodeksu, z teksotw aktow
        prawnych - bez komentarza, rzecz jasna

        woleli szybko trzasnac teoretyczny sprawdzian czy test
        byleby nie musiec samodzielnie myslec ;)

        na szczescie wraz z oswajaniem sie z takim trybem pracy - przechodzila zwykle i
        taka niechec do samodzielnego myslenia

        a na egzaminie bywalam z nich baaaardzo dumna :) (malo kto rozkladal sie :) )

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka