Dodaj do ulubionych

Czy to by bylo do zaakceptowania

04.01.06, 17:56
Ostatnio nurtuje mnie taki problem, sfery wolnosci i niezaleznosci osob
pozoatajace w malzenstwach i stalych zwiazkach. Czy na przyklad gdyby Wasz
partner/ka chcial podjac prace, ktora Wam sie nie podoba ze wzgledow
etycznych lub swiatopogloadowych, to jak podeszlibyscie do tego? Czy
partner/ka nadal jest niezalezny/a w kwestii podjecia decyzji, czy
chcielibyscie wplynac na te decyzje. Zanim odpowiecie, to zastanowcie sie
nad takimi przykladami:

- Jestescie ateistami/agnostykami, a Wasz partner/ka chce pracowac w studiu
Pata Robertsona. Partner nie zgadza sie z pogladami Pata, ale chce zarobic
jako jakis tam pracownik techniczny, bo Pat dobrze placi. Czyli otrzymuje
pieniadze od Pata, ale jego praca takze wspiera Pata.

- Jestescie przeciwni aborcji, a partner/ka chce pracowac w Planned
Parenthood. Jednym z wymogow pracy jest asyasta przy aborcjach. Partner/ka
ich nie przeprowadza, ale na przyklad cos tam poda, wytrze, pomoze kobiecie
wstac.

- Jestescie pacyfistami i nagle partner/ka chce pracowac w Lockhead Martin
jako jakis tam asyatent/ka dyrektora. Praca polega na przekladaniu
papierkow, ale placa lepiej niz na przyklad w innej analogicznej pracy.

Czy w takich sytuacjach jestesmy "my own man/woman", czy powinnismy dabac
takze o komfort psychiczny naszych najblizszych?
Bardzo jestem ciekawa Waszych przemyslen.
Obserwuj wątek
    • tamsin Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 04.01.06, 18:26
      chyba mi to zupelnie zwisa, a nawet dodam ze powiewa, gdzie moj partner
      pracuje, jezeli jest zadowolony ze swojej pracy i wykazuje ambicje zawodowe i
      oczywiscie nie robi czegos nielegalnego, typu sprzedawanie narkotykow. Moze
      akurat, ze moje przekonania sa dla mnie i nigdy bym ich nie forsowala na innych
      ludziach, nawet tych najblizszych. Jezeli nie wierze w aborcje, to znaczy ze
      jej nie stosuje jako srodka antykoncepcyjnego, ale do glowy by mi nie przyszlo
      protestowac pod Planned Parenthood, lub zabronic komukolwiek z rodziny pracy w
      klinice aborcyjnej. Moje przekonania sa do stosowania dla mnie, a moim
      obowiazkiem jest uszanowac odmiennosc innych.
    • big2.munich Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 04.01.06, 18:58
      Nigdy bym nawet nie smiala, cokolwiek narzucic mojemu mezowi, szczegolnie jesli
      chodzi o miejsce pracy. Najwazniejsze aby on sam byl zadowolony, reszta mnie
      nie interesuje. Moj maz tez mi nic nie narzuca. Co innego jesli jakas sprawa
      dotyczy bezposrednio nas obojga. Wtedy wrecz wymagam obupolnej akceptacji,
      inaczej nie ma sensu.Poza tym moje poglady dotyczace jakichkolwiek kwestii
      moralnych, tlumacze zanim sie z kims zaprzyjaznie/zwiaze.
      Nikt nie staje sie wlasnoscia drugiej osoby, tylko dlatego, ze kiedys podpisal
      jakis swistek w urzedzie stanu cywilnego.
    • syswia Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 04.01.06, 19:14
      Zdarzylo mi sie pikietowac przeciwko firmie, ktora byla klientem mojego meza...
      A dlaczego pytasz?
      • annie_laurie_starr Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 04.01.06, 20:02
        Pytam, bo wlasnie pisze prace o granicach wolnosci osobistej w stalych
        zwiazkach. I szukam natchnienia.

        Mam taka koncepcje, ze najpierw napsze o monogamii, potem i swferze zawodowej,
        a potem o sferze rodzinno-domowej i zwyczajach. No, bo stopniowo te granice sa
        mniej wyrazne, a sferze domowej na pierwszy rzut oka niewidoczne.

        Z powyzszych postow wynika, ze zostalam zle zrozumiana. Tutaj nie chodzilo o
        narzucanie czegos drugiej osobie, tylko o komfort psychiczny, gdy nasza
        najblizsza osoba, robi cos niezgodnego z naszymi pogladami, mimo, ze to co robi
        jest legalne.

        Oj wydaje mi sie, ze musze wytoczyc ciezkie dzialo i przytoczyc przyklad kata
        wieziennego, ktory szcesliwym trafem nigdy nikogo nie usmiercil, ale calez
        zycie pobieral pensja za to, ze w danym stanie kara smierci jest legalna, a Wy
        jestescie przeciw karze smierci.

        Jeszcze raz powtarzam, nie chodzi mi o zmuszanie, zabranianie, tylko o komfort
        psychiczny. Czy jest on wazny, czy tylko mnie nurtuje. Czy moze musze zmienic
        koncept mojej pracy i wyrzucic sfere zawodowa i zastapic czyms innym.
        • annie_laurie_starr Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 04.01.06, 20:18
          Albo mozna na to spojrzec z drugiej strony. Czy dobrowolnie ograniczymy wlasne
          mozliwosci kariery, zeby nie miec jakichs tarc w domu. Np. nie podejmiemy
          pracy w firmie, ktora wlasnie wylala partnera/ke lub pozostaje w opozycji w
          wartosciami wyznawanymi przez ukochana osobe.

          Tu mi sie przypomniala M jak Milosc (ale wstyd!), gdy Malgosia rozwodzi sie z
          mezem ze wzgledu na jego prcae w porno biznesie. A on tylko filmiki krecil.
          Ale nie uszanowal wartosci moralnych wyznawanych przez zone.
          • sylwek07 Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 04.01.06, 20:42
            Tu mi sie przypomniala M jak Milosc (ale wstyd!), gdy Malgosia rozwodzi sie z
            mezem ze wzgledu na jego prcae w porno biznesie. A on tylko filmiki krecil.
            Ale nie uszanowal wartosci moralnych wyznawanych przez zone.
            --------------------------------------------------------------------
            widze ze nie ogladalas dokladnie tego serialu,,Gosia sie rozwiodla poniewaz nie
            chciala znim leciec do USA a On postanowil ze poleci i to zrobil...
            • a.polonia Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 04.01.06, 21:19
              Sylwku, nie znasz psychiki Gosi, wiec nie gadaj, bo Gosia sie rozwiodla, bo
              sama nie wie czego chce. Ja jestem na etapie, kiedy Sztefan poprosil ja o reke
              i nadal miota sie jak ryba w sieci, oj ta Gosia LOL wink))))))))))))).

              Jesli chodzi o topic, to ciezka sprawa, bo ja dzisiaj mam blahe problemy w
              stylu: czy moglbys do cholery pozmywac te gary?
              wink
              A tak powaznie. Mysle, ze odczuwalabym jakis dyskomfort, gdyby taka sytuacja
              miala miejsce, jednak na pewno nie wymagalabym od partnera, aby rzucil prace
              tylko ze wzgledu, ze ja czuje sie z tym zle i nie jest to zgodne z moimi
              przekonaniami. Pomysle jeszcze nad tym, ciekawy temat, niezle wyzwanie Annie ;-
              ).
              • elagrubabela Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 05.01.06, 03:36
                Historia rodzinna. Nie napisze gdzie sie zdarzyla, bo to byla mala miejscowosc i
                nie chce zeby sie ktos domyslil przypadkiem. W rodzinie byla ciocia, ktora tuz
                przed II wojna swiatowa wyszla za maz. Gdy Niemcy weszli do Jej miescowosci,
                okazalo sie, ze Jej maz nalezal do V kolumny. Ona byla wtedy juz w ciazy.
                Uciekla od tego meza. Jeszcze w czasie wojny uzyskala koscielne anulowanie slubu
                mimo, ze urodzilo sie dziecko. Podstawa do anulowania bylo to, ze On zatail tak
                wazna sprawe wchodzac w zwiazek malzenski. Dziecko mialo i ma dotad nazwisko
                panienskie cioci, przez cale dziecinstwo zylo w przekonaniu, ze matka miala je
                bez slubu. Dopiero gdy doroslo, dowiedzialo sie prawdy. Nikt nie wie, co sie
                stalo z mezem cioci. Ona Go nie szukala. Nie wiem, czy o cos az tak
                dramatycznego Ci chodzi ale pomyslalam, ze warto te historie spisac - nadarzyla
                sie okazja.
                Od siebie powiem, ze nie wyobrazam sobie zwiazania sie z katem, policjantem,
                zolnierzem, rzeznikiem, komornikiem, pastorem wlasnie ze wzgledu na obowiazki
                wynikajace z takich zawodow. I gdybym sie dowiedziala, ze moj partner postepuje
                w swojej pracy niezgodnie z moja (i wczesniej deklarowana rowniez jego)
                moralnoscia i etyka, postawilabym sprawe na ostrzu noza bezwarunkowo. Dotyczy to
                rowniez spraw niby malych jak podlizywanie sie czy donoszenie na kolegow. Albo
                albo. Ale ja przez wiele lat bylam sama i inaczej patrze na zwiazek z drugim
                czlowiekiem - cenie sobie wlasnie owo "czlowieczenstwo" - bez niego zwiazek
                wydaje mi sie bez sensu. I tak pozostaje pragmatyczna idealistka - ha ha ha.
                Elka
                • gherarddottir Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 05.01.06, 03:41
                  jakos nie wyobrazam sobie zebym moghla zwiazac sie zwiazkiem malzenskim z osoba
                  ktora bylaby w stanie zrobic cos co bylo by bardzo rozne od tego co ja bym
                  mogla zrobic - wiec tego typu dylematy zdaja sie mnie nie dotyczyc..
                  gdyby moj maz np byl platnym morderca to pewnie nigdy nie zostalby moim mezem -
                  po prostu nie ta bajka..
                • tamsin Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 05.01.06, 03:49
                  elagrubabela napisała:

                  > Od siebie powiem, ze nie wyobrazam sobie zwiazania sie z katem, policjantem,
                  > zolnierzem, rzeznikiem, komornikiem, pastorem wlasnie ze wzgledu na obowiazki
                  > wynikajace z takich zawodow.

                  zainteresowalo mnie to, ze stawiasz kata i policjanta na jednym stolku, czym
                  oni sa podobni do siebie? jeden potencjalnie ucina glowy a drugi
                  ucina....mandaty?? a co z tym pastorem, co on ma za obowiazki, ze stoi zaraz
                  za rzeznikiem i komornikiem?????
                • elagrubabela Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 05.01.06, 14:22
                  > Od siebie powiem, ze nie wyobrazam sobie zwiazania sie z katem, policjantem,
                  > zolnierzem, rzeznikiem, komornikiem, pastorem wlasnie ze wzgledu na obowiazki
                  > wynikajace z takich zawodow.

                  No wiec kat nie, bo jestem przeciwko karze smierci - proste.
                  Policjant i zolnierz z zalozenia wykonuja rozkazy, sa duchowo przygotowani do
                  wykonania KAZDEGO rozkazu. Dla mnie jest to postawa nie do przyjecia, bo zycie
                  bywa pogmatwane.
                  Pastor czy wszelkiego typu osoba duchowna, ktorej wolno sie zenic, jest rowniez
                  z zalozenia "sluga bozym" i aby byc uczciwym sam ze soba, to prawo boze musi
                  stawiac ponad wszystkim innym - mnie taki uklad nie odpowiada zwlaszcza, ze
                  znow wiaze sie to ze scisle przestrzegana hierarchia kazdej instytucji
                  koscielnej.
                  Rzeznik jest sila rzeczy zmuszony poprzez technologie i popyt do zabijania
                  zwierzat w czesto tzw. "nieludzkich" warunkach - jak zmienia sie czlowiek,
                  ktory latami PORZADNIE wykonuje swoja prace w tym zawodzie? Nie musze sie
                  przekonywac. Nie mam problemow z masarzami smile
                  Komornik to znow ktos, kto ma wykonywac polecenia dotyczace egzekucji pieniedzy
                  niezaleznie od indywidualnych okolicznosci dluznikow. Czy twardosc skory w
                  pracy przeklada sie na stosunek do najblizszych w zyciu rodzinnym? Nie mam
                  potrzeby sie dowiedziec.
                  W sprawie PITA mam mieszane uczucia - rozumiem motywacje, najczesciej nie
                  popieram metod. Gdyby moj partner planowal szukac pracy w instytucji
                  dokonujacej badan na zwierzetach, nie mialabym z tym problemu wylacznie gdyby
                  chodzilo o medykamenty i technologie medyczne lub gdyby to byl JEDYNY sposob
                  zarobkowania na zycie w okolicy, w jakiej bysmy mieszkali. Choc i wtedy pewnie
                  wolalabym zeby szukal zatrudnienia z dalszym dojazdem - ha ha ha.
                  Polowania rozumiem wylacznie jako forme zdobywania zywnosci. Przy okazji dodam,
                  ze kompletnie nie wyobrazam sobie zebym w jakichkolwiek okolicznosciach
                  wyrazila zgode na zaistnienie jakiejkolwiek broni palnej w moim domu. Za duze
                  ryzyko.
                  Oczywiscie, to wszystko powyzej dowodzi wylacznie tego, ze chce sie obronic
                  przed nieprzyjemnymi niespodziankami ze strony czlowieka, z ktorym zyje. Ale
                  tak sie zyc nie da - zawsze nas ukochani czyms zaskocza smile
                  Elka
                  PS. Dodam moze, ze nie mam problemow z wybaczaniem bledow, nawet
                  najokropniejszych. Czego nie akceptuje to premedytacji i konformizmu.El.
    • triskell Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 05.01.06, 04:38
      Jest parę zawodów, których o ile oczywiście nie _zabraniałabym_ mężowi
      wykonywać, to jednak ich wykonywanie mogłoby doprowadzić do tego, że mogłabym
      się nim zacząć brzydzić. Wspomniany zawód kata, płatnego mordercy, na pewno
      myśliwy (zresztą również jako hobby, a właściwie _zwłaszcza_ jako hobby, jeśli
      robi to dla przyjemności), trudno by mi też było być z prostytutkiem i nie
      myśleć z obrzydzeniem o innych kobietach, które go dotykały.

      Ale tak jak już G-Dottir napisała, dobieramy się w pary na podstawie pewnego
      podobieństwa poglądów, więc tu następuje wstępna eliminacja, która zapewnia, że
      jeśli nie nastąpią jakieś drastyczne zmiany lub nie została zatajona jakaś
      informacja, nie powinny nas spotykać tego typu niespodzianki.
      • tamsin Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 05.01.06, 04:46
        no chyba jest jakas osobna nazwa dla meskiego prostytutka??? nie wiem jeszcze
        jakas, ale cos fajnego musi byc wink
        • triskell Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 05.01.06, 04:50
          Wiem, że jest escort, ale to taka oględna nazwa typu "dziewczyna do towarzystwa"
          i nie zawsze musi oznaczać sypianie z klientkami, czasem faktycznie może
          oznaczać po prostu towarzystwo (na zasadzie "żeby innym gały wyszły jak się z
          nim w restauracji pokażę"). A jak nie ma nazwy, to może wymyślimy?
          • samo american gigolo 05.01.06, 08:11
            sjp.pwn.pl/haslo.php?id=73222
            W j. polskim istnieje slowo zigolak na meska prostytutke.

            A propos watku, to nie przychodzi mi do glowy tak naprawde zadna konkretna
            profesja (poza oczywista,czyli przestepca). Nie rozumiem, co zlego jest w byciu
            pastorem czy policjantem??? Jestem liberalna ateistka i jeszcze wiele izmow
            innych wyznaje, umialabym jednak uszanowac np.swiatopoglad religijny partnera-
            tak dlugo, jak on szanowalby poglady innych. Nie liczy sie dla mnie wlasciwie co
            ktos robi.Nie potrafie wiec powiedziec, czego nie potrafilabym tolerowac :o/

            A propos mysliwego, Triskell. Ja nie mam nic do mysliwych-w mysl zasady, jesli
            chcesz jesc mieso to idz je sobie upoluj. Zwierzeta sa zastrzeliwane, a nie
            bite, obdzierane na pol zywca z pior czy faszerowane jak gesi na foie gras.
            Mysliwstwo to pelen zasad system i nie ma w nim takiego okrucienstwa, jak w
            przemyslowej hodowli zwierzat w celu uzyskania mleka, miesa czy jajek.
            • jan.kran Re: american gigolo 05.01.06, 08:37
              Zeszło na zawody koszer i nie :ppp
              Jestem przeciwniczką kary śmierci więc z katem mi nie po drodze.

              Myśliwych zrozumiałam gdy poznałam myśliwego z prawdziwego zdarzenia.
              Mają istotną rolę w utrzymaniu równowagi ekologicznej.
              Pastor, mnich buddyjski czy jakiś inny kapłan wchodziłby w grę jeżeli byśmy
              religijnie się zgadzali i mogłabym zaakceptować zaangażowanie związane z tego
              typu zawodem.

              Co do żigolaka to ma raczej znaczenie ujemne.
              Może
              osoba wykonująca obowiązki towarzysko - seksualne:pppppp
              Kran
              • triskell Re: american gigolo 05.01.06, 09:08
                jan.kran napisała:
                > Może
                > osoba wykonująca obowiązki towarzysko - seksualne:pppppp

                A może prostytut? Brzmi trochę jak substytut i w sumie tym przecież jest wink
                • gherarddottir Re: american gigolo 05.01.06, 15:32
                  Idac z arada TRiskell - wezmy wlasnie slowo "prostytut" - substytut - pasuje
                  jak ulal i semantycznie i dzwieczy zabawnie smile)
            • triskell Re: american gigolo 05.01.06, 09:07
              samo napisała:
              > A propos mysliwego, Triskell. Ja nie mam nic do mysliwych-w mysl zasady, jesli
              > chcesz jesc mieso to idz je sobie upoluj. Zwierzeta sa zastrzeliwane, a nie
              > bite, obdzierane na pol zywca z pior czy faszerowane jak gesi na foie gras.
              > Mysliwstwo to pelen zasad system i nie ma w nim takiego okrucienstwa, jak w
              > przemyslowej hodowli zwierzat w celu uzyskania mleka, miesa czy jajek.

              Rozumiem to, ale mimo to uważam, ze jeśli komuś to sprawia przyjemność, to ja
              nie chciałabym z tą osobą być. Taki jest _mój_ wybór. Tak jak pisałam wcześniej,
              uważam, że psychika, zainteresowania i pasje mojego partnera muszą być
              kompatybilne z _moimi_. Gdybym uważała, że muszą być kompatybilne z Samo, to
              napisałabym właśnie to wink
              • kociaszek ...czy ktos czytal reakcje... 05.01.06, 10:20
                moj tata jest mysliwym, nie sadze, zeby robil cos zlego i tak jak napisala Samo: jest tam mnostwo
                pieknych zasad...klusownictwo to co innego...ale Tris, rozumiem podejscie.
                O tym kacie to zadna z Was by nie wiedziala (wiec przyjzycie sie Waszym partnerom wink))), bowiem jest
                scisle tajna praca i zazwyczaj kilka osob w kraju wie, kim on/ona jest...

                a juz w temacie: zgodnosc pogladow kluczowych, tak bym je nazwala, sprawdza sie przed
                powazniejszym zwiazkiem...a cala reszta? coz, zawsze do dyskusji...
                np wolalabym nie pracowac w tym samym miejscu co moj partner.
                wsrod biologow to sie dosc czesto zdarza (haha ja to nazywam chow wspobny)...

                bradziej z ta wolnoscia osobista w zwiazku: osobne wakacje, znajomi jego/jej ktorych Ty nie lubisz,
                wspolnota majatkowa etc etc
                tez inaczej: czy zostac w danym miejscu kiedy tylko jedna osoba czuje sie dobrze, albo ma prace....

                • annie_laurie_starr Re: ...czy ktos czytal reakcje... 05.01.06, 12:36
                  Chyba najblizsza byla triskell z tym mysliwym, w wyczuciu tego o co mi chodzi.
                  Jesli ktos kocha zwierzeta, to trudno byloby mu pogodzic sie z takim hobby
                  ukochanej osoby.

                  To co piszecie o dobieraniu sie w pary, wszytsko sie zgadza i najczesciej robimy
                  research. Tylko, ze nie zawsze mozna przewidziec czy ktos nie zechce zostac
                  mysliwym za pare lat, albo policjantem. (Moj ojciec namawial mnie kiedys na
                  szkole policyjna, bo jest tylu glupich policjantow, wiec trzeba temu jakos
                  zaradzic. Wybralam inny zawod.wink Co do platnego mordercy, to raczej ten "zawod"
                  wolalabym wykluczyc, bo chodzi o prace legalna.

                  A skoro juz dotknelismy sparwy zwiarzat. Powiedzmy maz jest zapalonym
                  dzialaczem Animal Welfare Institute, czy PETA a zona chce pracowac w firmie
                  kosmetycznej, ktora testuje na zwierzetach. Nie bedzie robic tych testow, ale
                  bedzie pracowac w firmie, ktora znajduje sie na czarnej liscie wg. pogladow
                  meza. Ta zona akurat pasjonuje sie sprawami mody i urody i ta praca by ja
                  cieszyla. Czy powinna szukac innej firmy, czy olac dyskomfort psychiczny meza.
                  No i w tym wypadku jego wiarygodnosc jako dzialacza takiej organizacji.

                  Oj, chyba wreszczie trafilam w sedno z tym przykladem.

                  Zachecam do dalszej dyskusji, bo robi sie ciekawie.
                  • sylwek07 Re: ...czy ktos czytal reakcje... 05.01.06, 13:03
                    zgadzam z tym co napisala gherarddottir ...
                  • samo Re: ...czy ktos czytal reakcje... 05.01.06, 14:06
                    Ja natomiast nie rozumiem podejscia Trini... Wiem,ze nie pisalas o
                    mojej "kompatybilnosci" tylko swojej. Natomiast moja wypowiedzia chcialam
                    jedynie zwrocic uwage,ze jesli ktokolwiek sprawia zwierzetom cierpienie i bol
                    dla ludzkiej przyjemnosci, to sa to raczej hodowcy (a raczej "producenci")
                    miesa, ktore zapewne codziennie dla uciechy kubkow smakowych spozywasz.

                    Prosze, nie patrz na moja wypowiedz z perspektywy tego,ze nie jem miesa, bo to
                    nie ma nic do rzeczy.

                    Nawiazujac do meza-dzialacza PETY i zony pasjonujacej sie moda i uroda, to
                    raczej tutaj tez dziala "zasada research'u" i idealisci rzadko paruja sie z
                    materialistami.

                    W gruncie rzeczy mam wrazenie, ze za kazdym razem annie_laurie_starr zmienia
                    tok myslenia i trudno mi jest nadazyc, o co chodzi. W pierwszej wypowiedzi byla
                    mowa o probie wplywania na cudze decyzje.Pozniej okazalo sie,ze nie o to
                    chodzi :o))))

                    Dla mnie najwazniejsze byloby to,czy moj partner robi komus krzywde wedle
                    mojego systemu wartosci. Czyli np nie mam nic przeciwko pracy w Planned
                    Parenthood przy aborcjach, a nie po drodze byloby mi z ultrakonserwatywnym
                    dzialaczem politycznym.
                    • jan.kran Re: ...czy ktos czytal reakcje... 05.01.06, 15:43


                      Dla mnie najwazniejsze byloby to,czy moj partner robi komus krzywde wedle
                      > mojego systemu wartosci. Czyli np nie mam nic przeciwko pracy w Planned
                      > Parenthood przy aborcjach, a nie po drodze byloby mi z ultrakonserwatywnym
                      > dzialaczem politycznym.

                      ----------------> To też jest mój punkt widzenia . Nie mogłabym być razem z
                      kimś o poglądach politycznych diametralnie odmiennych ode moich albo o zupełnie
                      innym podejściu do etyki i moralności.
                      Kran
                    • triskell Re: ...czy ktos czytal reakcje... 05.01.06, 21:41
                      samo napisała:
                      > Ja natomiast nie rozumiem podejscia Trini...

                      Na szczęście nie musisz jej rozumieć, wystarczy, że zaakceptujesz, tak jak ja
                      akceptuję Twoje smile

                      > Natomiast moja wypowiedzia chcialam
                      > jedynie zwrocic uwage,ze jesli ktokolwiek sprawia zwierzetom cierpienie i bol
                      > dla ludzkiej przyjemnosci, to sa to raczej hodowcy (a raczej "producenci")
                      > miesa, ktore zapewne codziennie dla uciechy kubkow smakowych spozywasz.

                      Nie napisałam, że myśliwstwo jest złe. Napisałam, że nie chciałabym, żeby
                      myśliwy był _moim_ partnerem. Rzeźnik zresztą również. Ty nie miałabyś nic
                      przeciwko myśliwemu, ale nie chciałabyś za męża rzeźnika. I dobrze smile.
                      • samo Re: ...czy ktos czytal reakcje... 05.01.06, 23:25
                        Nie rozumiem nie oznacza,ze nie akceptuje.Po prostu dla mnie zalecialo
                        hipokryzja.
                        • triskell Re: ...czy ktos czytal reakcje... 05.01.06, 23:31
                          No widzisz, teraz już wiesz, że po prostu nie hipokryzja tylko inne preferencje smile
                          • samo Re: ...czy ktos czytal reakcje... 06.01.06, 04:52
                            Triskell, nie chodzi mi o preferencje. Nie dlaczego twierdzisz,ze nie
                            zwiazalabys sie z rzeznikiem czy mysliwym, skoro nie jestes wegetarianka.
                            • triskell Re: ...czy ktos czytal reakcje... 06.01.06, 05:00
                              Samo, no właśnie o to mi chodzi, że ze swoich upodobań chyba nie powinnam się
                              musieć _tłumaczyć_. Po prostu sa takie jakie są, nie ma tu żadnego "dlaczego"
                              smile Ja nie jestem wegetarianką, ale nie chciałabym być z kimś, kto własnoręcznie
                              zwierzęta zabija (niezależnie od tego, czy robi to w sposób przemysłowy, czy
                              nie), Ty dokładnie odwrotnie. Ja szanuję Twoją postawę, Ty proszę uszanuj moją
                              smile. Po prostu zalicz to do grupy rzeczy, których we mnie nigdy nie zrozumiesz,
                              OK? wink
                              • samo Re: ...czy ktos czytal reakcje... 06.01.06, 06:17
                                Hmmm, skoro napisalas o tym na forum, to chyba mozesz napisac, dlaczego jest
                                tak, a nie inaczej... Nie zarzucaj mi prosze po raz kolejny braku szacunku dla
                                twoich pogladow, bo nigdzie go chyba nie wykazalam?
                                Kupowanie skradzionego zegarka jest przeciez wspieraniem zlodziejstwa, prawda?
                                • triskell Re: ...czy ktos czytal reakcje... 06.01.06, 06:23
                                  Samo, nie potrafię Ci udzielić innej informacji, niż "Bo tak jest"? Co mi chcesz
                                  udowowdnić? Niekonsekwencję? Bo o tym, że jestem niekonsekwentna to wiem i taką
                                  się lubię i nie mam ochoty tego zmienić. I niczego Ci nie zarzucam, po prostu
                                  _proszę_, byś mi nie kazała tłumaczyć moich poglądów, bo moim zdaniem poglądy
                                  nie podlegają dyskusji ani tłumaczeniu.

                                  Prostytucję w 100% popieram, ale nie chciałabym, żeby to mój mąż był
                                  prostytutem. Taka dziwna jestem i tyle.

                                  Bardzo Cię proszę, nie miej mi za złe tego, że ja nie lubię analizować poglądów
                                  i postaw i w związku z tym NIE POTRAFIĘ ich wytłumaczyć.

                                  Samo, aj już naprawdę robię co mogę, żeby Ci to przekazać. Nie wiem, co moge
                                  powiedzieć więcej. sad
                                  • triskell Re: ...czy ktos czytal reakcje... 06.01.06, 06:37
                                    Ja już kilkakrotnie o tym pisałam, ja się chyba nie nadaję na fora. Bo większość
                                    osób jest na nich po to, żeby dyskutować, przekonywać się do czegoś wzajemnie,
                                    debatować. A ja tego nie lubię, nie znoszę.

                                    Lubię przedstawić swoje poglądy, wysłuchać innych. I jest dla mnie OK, że te
                                    inne są różne od moich (wręcz jest to dla mnie częścią uroku życia), nie muszę
                                    wiedzieć dlaczego. Nie jestem typem analizującym, jestem typem akceptującym.
                                    Taka jestem, nie potrafię tego zmienić

                                    Przepraszam Was bardzo.
                                    • samo Re: ...czy ktos czytal reakcje... 06.01.06, 06:44
                                      Coz, wyrazilam tylko zdziwienie i jednoczesnie ciekawosc, jak mozna twierdzic
                                      ze nie byloby sie z kims, kto zabija zwierze, skoro samemu konsumuje sie
                                      codziennie mieso.
                                      Gdyby forum bylo miejscem li i jedynie wyrazania swoich pogladow bez interakcji
                                      (wlacznie ze zdziwieniem/ ciekawoscia/krytyka/admiracja i co tylko mozna tu
                                      spotkac), to zamiast forum mialabys przed soba wyliczanke:
                                      moim zdaniem...
                                      moim zdaniem...
                                      moim zdaniem...

                                      Tyle, ze to nie sonda uliczna.

                                      I nie wracaj wciaz do tematu akceptacji, bo NIE MAM PROBLEMU z zaakceptowaniem
                                      innosci cudzych pogladow. Nie widze rozlacznosci miedzy typem analizujacym a
                                      akceptujacym.
                                      • triskell Re: ...czy ktos czytal reakcje... 06.01.06, 06:50
                                        Samo, o to mi chodzi, ja tu się nie nadaję, bo ja właśnie jestem taką osobą,
                                        która zawsze pisze "moim zdaniem". Wiem, że inni ludzie tak nie robią. Daltego
                                        powiedziAłam, że to JA jestem do niczego, to ja sie nie nadaje. O nic Cię nie
                                        obwiniam, uważqam, że typ analizujący i alceptujący można łącvzyć, ale ja jestem
                                        jakimś wadliwym egzemplarzem i nie potrafię
                                        • samo Re: ...czy ktos czytal reakcje... 06.01.06, 07:20
                                          Triskell, przestan plesc bzdury!!! Jak to do jestes do niczego i do niczego sie
                                          nie nadajesz?Kurcze blade, wystarczy cie troche przydusic do muru i juz sie
                                          wbijasz w doly typu "jestem wadliwym egzemplarzem"?
                                          Przestan mi pierdoly gadac. Leje ci wina do szklanki a do lapki wciskam swiezo
                                          upieczona przeze mnie buleczke razowa z organiczna konfitura (serjosli, wlasnie
                                          upieklam). O co jak o co, ale o rzeznikow to my sie chyba prztykac nie bedziemy.

                                          cmok
                                          • triskell Re: ...czy ktos czytal reakcje... 06.01.06, 07:42
                                            samo napisała:
                                            > O co jak o co, ale o rzeznikow to my sie chyba prztykac nie bedziemy

                                            Dziękuję smile. I nigdy nie twierdziłam, że nie jest mnie łatwo przycisnąć do muru
                                            czy doprowadzić do płaczu. Nie jestem osobą silną, jestem takim małym,
                                            zagubionym gryzoniem.

                                            Jeszcze tylko dodam (choć już to wcześniej napisałam, ale dodam jeszcze raz), że
                                            ja naprawdę nic przeciwko myśliwym czy rzeźnikom nie mam. MÓJ DZIADEK BYŁ
                                            RZEŹNIKIEM. Gdyby nie on, nie byłoby mnie na świecie, choć akurat jego profesja
                                            nie miała z tym chyba niczego wspólnego. Nie napisałam i nie uważam, że te
                                            zawody są naganne. Wiem, że podobnie jak kupując kradziony zegarek popieram
                                            złodziejstwo, kupując mięso popieram rzeźnictwo. Ale czemu mam nie popierać,
                                            skoro mi ono w niczym nie przeszkadza? Po prostu mam taki kaprys, że nie
                                            chciałabym, zeby mój mąż wykonywał jakikolwiek zawód związany z zabijaniem (w
                                            tym także zawód żołnierza, który bardzo cenię). _Nie_potrafię_ tego wytłumaczyć,
                                            po prostu nie chciałabym, pomimo braku animozji do tych zawodów. Może chodzi o
                                            zapach krwi, a może o to, że bałabym się być z osobą, która potrafi kogoś zabić,
                                            bo jakoś nie czułabym się bezpiecznie? Może bałabym się, że w przyszłości w
                                            takiej osobie mogą się odezwać psychiczne komplikacje związane z tym, że
                                            zawodowo zabijała i ja sobie z tym nie poradziłabym? Naprawdę nie wiem,
                                            jakikolwiek jest powód, to jest on podświadomy, w świadomości wyraża się jednym
                                            słowem: "Nie". Rzeźnika za męża nie chcę, z moim dziadkiem włącznie (co zresztą
                                            byłoby jednocześnie kazirodztwem i nekrofilią), ale ponieważ, o ile mi wiadomo,
                                            nie jesteś starającym się o moją rękę rzeźnikiem, przejdźmy nad tym po prostu do
                                            porządku dziennego. Nie będzie świeżych wędlinek dla całej nie-wegetariańskiej
                                            części forum od Trini.

                                            Polej jeszcze tego winka, co. Bardzo dziś zmarzłam jadąc na rowerze w deszczu,
                                            potrzebuję czegoś na rozgrzanie.

                                            PS. Przepis na te bułeczki???
                                            • samo gryzon, wnuczka rzeznika :o) 06.01.06, 08:15
                                              Zapach krwi, no to dalas popalic mojej znekanej wyobrazni...

                                              Ja na pewno nie pozwolilabym NIGDY na zadna bron w domu. Moj ojciec jest
                                              mysliwym- i lesnikiem z wyksztalcenia-przy czym wiecej gada,niz poluje, bo
                                              mieszka w NYC i pracuje tyle,ze wypad do Kanady na ryby i jelenie zdarza mu sie
                                              raz na pare lat. Jest rowniez alkoholikiem. Raz pijany i zalamany klotnia ze
                                              swoja kobieta wyjal ze taka strzelbe maszynowa (nie znam sie na tym) i siedzial
                                              na lozku trzymajac to cholerstwo i mamroczac ze sie zabije. Nie chce tego
                                              opisywac,bo mi sie slabo robi, ale przezylam koszmar.Nie klade tego jednak na
                                              karby jego myslistwa, tylko psychiki.

                                              Z tym rzeznikiem to nie demonizowalabym latwosci zabijania, bo co innego
                                              poderznac gardlo kurze,a co innego swojej zonie. Ale juz taka zryta psycha po
                                              Wietnamie to faktycznie nie bardzo...

                                              Wina polewam, merlota czerwonego australijskiego mam.

                                              Przepis podawany przez Altid_Ung:
                                              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=777&w=24615932&v=2&s=0
                                              Make pol na pol z razowa (no ale nie chcialam ci mowic zanim wcisnelam do
                                              lapki, bo bys pewnie nie wziela ;o)))
                                              • triskell Re: gryzon, wnuczka rzeznika :o) 06.01.06, 08:25
                                                samo napisała:
                                                > Make pol na pol z razowa (no ale nie chcialam ci mowic zanim wcisnelam do
                                                > lapki, bo bys pewnie nie wziela ;o)))

                                                No nie, oszukali gryzonia!!! ;-o

                                                A ja ufnie calusieńką zjadłam, nawet paluszki wylizałam... a ta druga bułeczka,
                                                co tak bardzo zginęła, to nie ja... no może troszeczkę.

                                                A mnie jakoś tak naszło, zeby jutro upiec chleb razowy z suszonymi śliwkami. Nie
                                                wiem, co mnie tak na te śliwki akurat wzięło.

                                                Dziadka rzeźnika nigdy nie poznałam, bo zmarł przed moim urodzeniem. Wiem tylko,
                                                że miał na imię Wolfgang, a jak po wojnie Śląsk został polski, to musiał zmienić
                                                imię na Eugeniusz.

                                                No to zdrowie Wolfganga!

                                                PS. Jutro spotykam się z mieszkającą tu w Olympii Polką i już się denerwuję, jak
                                                to ja, czy nic głupiego nie powiem, czy mnie polubi itp.
                                                • samo Re: gryzon, wnuczka rzeznika :o) 06.01.06, 08:36
                                                  Mnie wzielo od swiat na sliwki suszone.Nic co prawda z nimi nie pieke,ale jem
                                                  jako slodycze. To samo z rodzynkami. Robie co moge,zeby nie jesc cukru, na
                                                  zlosc samej sobie, bo jestem oden perfekcyjnie uzalezniona- tzn kazdego dnia
                                                  nastepuje taki moment,ze nie spoczne,dopoki nie zjem czegos slodkiego. Nie
                                                  kupuje zadnych slodyczy, bo o "zapasach dla gosci" nie ma mowy.Zazwyczaj
                                                  oszukuje sie jablkiem lub suszonymi owocami od niedawna.

                                                  Moj dziadek skonczyl ekonomie na Uniwersytecie Warszawskim,ale nie chcial isc
                                                  do PZPR i skonczyl gorzej niz partyjni po zawodowkach.Jego ojciec byl kowalem,
                                                  tak samo jego dziadek itd. Moj dziadek Jan tez mial byc kowalem,ale wymarzyl
                                                  sobie,ze zostawi gospodarke i pojdzie po nauki. Ojciec go wyklal, Jan poszedl
                                                  do ksiedza i ksiadz wyblagal Kowala, zemy pozwolil Janowi sie uczyc.

                                                  W takich momentach jakos mi sie dziwnie na sercu robi. Szczegolnie jak se
                                                  dziabne ;o)

                                                  Na sam koniec- baboku wstretny! Jakos nie zauwazylam,zebys byla dretwa,
                                                  retarded czy miala taki paskudny charakter jak ja (mnie sie zazwyczaj ludzie
                                                  boja i mysla na poczatku,ze ja ich nie lubie). Skad ta Polke wytrzasnelas? :o)
                                                  Ja ze swoja Polka z Madison jakos sie nie moge dotrzec. A moze juz
                                                  zdziwaczalam, bo sie ze mnie odlud (bo nawet nie odludek) zrobil.
                                                  • triskell Re: gryzon, wnuczka rzeznika :o) 06.01.06, 08:47
                                                    No to za Jana Niekowala! Wypijmy i śliwkami suszonymi zagryźmy.

                                                    A Polkę, Kasię, zna ta sama dziewczyna z mojej grupy tańca brzucha, która zna
                                                    też kobietę, u ktorej może będę pracować. Tak nawet tego samego dnia się
                                                    zgadałyśmy - i o tej pracy, i o Kasi. Mało tego, mąż Kasi pracuje razem z moim,
                                                    mówią sobie cześć, parę razy nawet krótko rozmawiali... i nigdy nie zgadali się,
                                                    że obaj mają żony Polki!!! Tak właściwie to poznaję jutro dwie Polki, bo Kasia
                                                    będzie ze swoją siostrą Irenką. Wyjechali do Stanów całą rodziną jak Kasia miała
                                                    bodajże 8 lat. Rozmawiałam z nią juz przez telefon, wydaje się miła.
                                                    Dowiedziałam się, że tu jest więcej Polaków, ale w większości to osoby starsze,
                                                    a Kasia i Irenka są przez owe osoby wytykane palcami, bo nie chodzą do kościoła.
                                                    Co może znaczyć, że mamy jakieś punkty wspólne. wink

                                                    A Tobie co konkretnie się z tą Madisońską Polką nie dociera?
                                                  • samo Re: gryzon, wnuczka rzeznika :o) 06.01.06, 09:03
                                                    Przeczytalam "za Jana Konowala"-czas odstawic szklaneczke.

                                                    A nie dociera mi sie to, ze jak poszlam z nia ostatnio na kawe, pelna nadziei i
                                                    radosci, ze oto nie jestem sama, to wlasciwie ona wypowiedziala 90% slow, jakie
                                                    padly podczas tego spotkania. Ja jestem (tak mi sie wydaje) dosc dobrym
                                                    sluchaczem (pomijajac moja sklonnosc do zadawania mojego ukochanego
                                                    pytania "dlaczego", ktora to sklonnosc dawala sie we znaki juz mojej matce w
                                                    wieku przedszkolnym- mym ofkors,nie jej), ale ona mowila glownie o tym, ile w
                                                    Polsce zarabiala, ile zarabiali i zarabiaja na roznych walkach jej rodzice,
                                                    jakie maja znajomosci i jak moznaby zarabiac jeszcze wiecej. Nie zgadzamy sie w
                                                    podstawowych dla mnie sprawach, np kwestia uczciwosci. Ja mam obrzydzenie do
                                                    korupcji, strasznie mnie wkurza i smuci to,ze nikt otwarcie nie potepia
                                                    zwyczaju dawania koniaka czy pieniedzy dla ordynatora szpitala, ze koperty w
                                                    skarbowym to norma itd. Nie rozumiem ludzi, ktorzy nie zatrudniaja zgodnie z
                                                    kompetencjami, a na podstawie znajomosci tylko. Nie znosze klik i kumoterstwa.
                                                    Mialysmy na ten temat dyskusje i jej poglady sa dla mnie niesmaczne. A juz
                                                    zabila mnie tekstem,ze musiala tutaj tyle pracowac, ze stracila paznokcie i
                                                    teraz wstydzi sie "isc do ludzi". Jak zobaczylam jej paznokcie z frencz
                                                    manikiurem i przypomnialy mi sie moje palce oblazace ze skory od srodkow
                                                    chemicznych na poczatku mojej amerykanskiej przygody, to ze smutkiem
                                                    stwierdzilam, ze albo ja juz,jak napisalam, zdziwaczalam i nie mam
                                                    wyrozumialosci w stosunku do ludzi bo wole samotnosc (nie zdajac sobie z tego
                                                    sprawy), albo po prostu nam nie po drodze z pogladami i trzeba sie z tym
                                                    pogodzic, ze pozostaje okazjonalna kawa na godzine i gadanie o bzdetach.
                                                  • triskell Re: gryzon, wnuczka rzeznika :o) 06.01.06, 09:13
                                                    Wiesz, może też jeszcze być tak, że ona gada dużo bzdur dlatego, że jest
                                                    zdenerwowana i bardzo się stara, zeby dobrze wypaść. Mnie się tak czasem zdarza,
                                                    że jak się boję, jak mnie druga osoba odbierze, to zaczynam bać się ciszy (bo
                                                    pomyślą, żem nudna) i zaczynam pleść bez sensu, jak się nad tym później
                                                    zastanowić. A może do tej pory znała ludzi, których takie własnie tematy
                                                    interesowały i tak jest "conditioned"? Nie mówię, że tak na pewno jest, tylko że
                                                    moze warto ją jeszcze trochę poobserwować i dać jej szansę. A próbowałaś z nią
                                                    coś razem robić, np. umówić się z nią na wspólne gotowanie czegoś? Moim zdaniem
                                                    wtedy się ludzie fajnie docierają i poznają. Choć z tymi wymanikiurowanymi
                                                    paznokciami gotowanie może nie przejść. No a czasami niestety dwie osoby są ze
                                                    zbyt różnych planet, żeby się dobrze w swoim towarzystwie bawić. I wcale to nie
                                                    musi znaczyć, że jesteś odludem czy nawet odludeczkiem. Nie da się tak samo
                                                    dobrze dogadywać z wszystkimi - i pewnie dobrze smile
                                                  • samo Re: gryzon, wnuczka rzeznika :o) 06.01.06, 09:27
                                                    Wiesz, to nie bylo nasze pierwsze spotkanie-wczesniej spotkalam sie z nia na
                                                    urodzinowej kolacji. Wtedy bylysmy z naszymi facetami, wiec na pewne tematy sie
                                                    nie rozmawialo :o) A potem jeszcze jedno spotkanie, kiedy my bylysmy w kuchni,
                                                    a oni w living room-krociotko, bo moj M naprawial ich komputer.
                                                    Mam w sobie sporo wyrozumialosci dla ludzkich przywar. Jednak w tym przypadku
                                                    chyba kosa trafila na kamien- wiecej nas dzieli niz laczy. Laczy w zasadzie
                                                    jedynie pobyt tutaj, narodowosc i samotnosc w sensie potrzeby kontaktu z innymi
                                                    kobietami. Dzieli zas:moj naiwny idealizm kontra jej cynizm. No i to, ze ja nie
                                                    traktuje swojego wygladu jako czegos, co mialoby powodowac moje obawy przed
                                                    spotykaniem z ludzmi.
                                                    Troche mi smutno, no ale swiat jest wielki, a ludzie rozni. Jestesmy umowione
                                                    wstepnie na sobote, na kino i ewentualnie kawe/drinka. Moze bedzie inaczej,
                                                    moze to byl przypadek.
                                                  • triskell Re: gryzon, wnuczka rzeznika :o) 06.01.06, 10:33
                                                    Miejmy nadzieję, że tak, a jeśli nie to życzę Ci znalezienia bardziej
                                                    kompatybilnych przyjaciół smile A ja jutro napiszę o swoich wrażeniach na temat
                                                    olimpijskich Polek smile.
                                                  • gherarddottir Re: gryzon, wnuczka rzeznika :o) 06.01.06, 14:08
                                                    Dzieki Bogu swiat nie jest bialo czarny, a ocenianie to najtrudniejsza i
                                                    najbardziej skomplikowana sprawa, takze niewdzieczna.
                                                    Mnie dla odmiany nie przeszkadza myslistwo, ale np nie potrafie grac w gry
                                                    komputerowe gdzie wyimaginowany potwor ma zabic innego wyimaginowanego potwora.
                                                    Nie mam w sobie misji naprawiania swiata - dlatego nie stoje z
                                                    transparentami "nie zabijaj zwierzat-zwierzeta to tez ludzie", to czy ktos chce
                                                    miec meza policjanta czy moze mysliwego - w sumie niewiele swiadczy o tej
                                                    osobie.Bardzije przekonuja mnie czyny i "jakosc serca" niz to czy ta osoba jest
                                                    za aborcja, je lub nie je miesa itd.
                                                    Ludzie sa nieprzewidywalni - to jest sila i piekno czlowieczenstwa, takze
                                                    przeklenstwo - znam przypadek "zielonej bojowniczki", ktora z dnia na dzien
                                                    zmienila swoje poglady i zaczela jesc mieso,takze wszystko sie moze w zyciu
                                                    zdarzycsmile)) Pozdrawiam
                  • gherarddottir Re: ...czy ktos czytal reakcje... 05.01.06, 15:37
                    Mysle, ze ten przyklad firmy kosmetycznej itd jest b dobru. A wiec gdybym to ja
                    byla w takiej sytuacji to musialabym idac tropm przestac takze uzywac:
                    zelatyny, lekarstw, cukierkow itd bo do wiekszosci tych produktow dodawana jest
                    maczka kostka uzykana ze zwierzat...Pozdrawiam
                • gherarddottir Re: ...czy ktos czytal reakcje... 05.01.06, 15:34
                  Znam pare, ktora spedzxana wakacje osobno - bo ona lubi sie zaszyc w gorach, a
                  on lubni eskapady na granicy "przezyc lub nie". Nie ma chyabw tym niczego
                  zlego - jesli obojgu taki uklad odpowiada. Moj maz nie daje mi nawet szansy na
                  pomyslenie o oddzielnym spedzaniu wakacji bo nasz zwiazke jest bardzo
                  symbiotyczny mimo, ze ja tu jestem elementem, ktory sie rwie na samotne wyjazdy
                  lub wyjscia..smile)
                  • annie_laurie_starr Re: ...czy ktos czytal reakcje... 05.01.06, 15:55
                    Z ta zelatyna, to juz troche za daleko posuniete, ale dzialacze "animal welfare'
                    pikietuja firmy ksmetyczne i Neimana Marcusa tez pikietuja. Ja przynajmniej
                    mysle, ze jesli juz zdecydowalabym sie na zycie z tego typu aktywista, to z
                    szacunku dla niego nie pracowalabym w takiej firmie, nawet gdyby dobro zwierzat
                    bylo mi zupelnie obojetne.

                    Co do spedzania wakacji to czasami dla zdrowia psychicznego, warto je spedzic
                    osobno. Byleby to nie stalo sie trendem, bo wtedy chyba cos sie traci.

                    Dziekuje kosiaczkowi za podpowiedz o wspolnotach majotkowych itd. Moze jednak
                    konsensus w tych sprawach jest wazniejszy dla zdrowego zwiazku niz sfera zawodowa.
                    • ania_2000 Re: ? 05.01.06, 16:52
                      Dla mnie - przyznam sie - temat troche wydumany i naciagany.
                      Ludzie "dobierajac" sie w pary przede wszystkim kieruja sie miloscia. A milosc -
                      chociaz slepa skads jednak wyplywa. Kochamy - a na poczatku zakochoujemny sie
                      w czlowieku ze wzgledu na jego wartosci. Dla kazdego oczywiscie te wartosci sa
                      inne - ale podstawa, "kregoslup" - musi drugiemu czlowiekowi odpowiadac,
                      akceptowac. To jest tak oczywiste, ze nie rozumiem celu tej dyskusji. Zyjac z
                      kochanym czlowiekiem - dzielimy jednoczesnie jego swiatopoglad. Nie jestesmy
                      jednakowi ale podobni. Przeciez nikt kto jest nalezy do PETA nie zwiaze sie z
                      klusownikiem!smile
                      Natomiast drobne roznice w zwiazkach sa jak najbardziej (wg. mnie) pozadane.
                      Dyskusje, roznice spojrzen, podejsc - tylko dostarczaja zwiazku ciekawosci.
                      Jakiez to nudne byloby zycie z czlowiekiem ktory caly czas potakuje,
                      przytakuje, nie ma swojego zdania. Miec inne zdanie - to nie znaczy byc
                      zbrodniarzem albo glupkiem.

                      Dziwi mnie takie podejscie - "jezeli zdecydowalabym sie na zycie np. z
                      aktywista" ???
                      Jak to zdecydowala?
                      Ja na zycie z kims decyduje sie przede wszystkim z milosci. Z miloscia wiec bym
                      sie odniosla do zainteresowan mojego partnera. Powtarzam - nie znaczy to, ze
                      bylabym/stalabym sie kims takim samym - tylko bym nie miala wewntrznego
                      konfliktu czy sprzecznosci zyjac w zwiazku.

                      druga sprawa - zaklamaniem dla mnie jest podejscie osob uwazajacych sie
                      za "wrazliwcow" typu anty, prostestujacym przeciwko (wg. mnie oczywiscie)
                      normalnym zasadom zycia. Wiadomo, ze ludzie jedza mieso i beda je jedli. Kazdy,
                      kto nie jest veganem nie powienien miec pretensji o to, ze zwierzeta sie
                      zabija. (chodzi mi tu tylko i wylacznie o cele "konsumpcji") Zgadzam sie z
                      poprzedniczkami ktore pisaly, ze polowanie chyba mozna uznac za najbardziej
                      naturalne i humanitarne - ludzie od zawsze polowali zeby przezyc. Poczynajac od
                      jaskiniowcow. To wlasnie hodowle sa tym wszystkim z czym mozna polemizowac
                      jezeli chodzi o cierpienia zwierzat. Czy miesko kupione w supermarkecie jest w
                      takim razie ok? Oczywiscie - kazdy ma prawo do wlasnych pogladow, i absolutnie
                      nie mam nic przeciwko ludziom walczacym o tzw. Prawa Innych. Ale nie badzmy
                      hipokrytami..
                      • ania_2000 Re: ? 05.01.06, 17:00
                        jeszcze male ps. - zeby nie bylo watpliwoscismile Nie potrafilabym zyc z kims kto
                        mi nie "odpowiada" w bardzo szerokim tego pojeciu znaczeniu. Nie potrafilabym
                        zyc z kims kim sie brzydze, kims kto jest zly, zaklamany, kto ma inne
                        swiatopoglady i wartosci ode mnie - dla mnie wiec takiego problemu by nie
                        bylosmile
                      • samo Re: ? 05.01.06, 23:26
                        ania_2000 napisała:

                        > Dla mnie - przyznam sie - temat troche wydumany i naciagany.
                        > Ludzie "dobierajac" sie w pary przede wszystkim kieruja sie miloscia. A
                        milosc
                        > -
                        > chociaz slepa skads jednak wyplywa. Kochamy - a na poczatku zakochoujemny sie
                        > w czlowieku ze wzgledu na jego wartosci. Dla kazdego oczywiscie te wartosci
                        sa
                        > inne - ale podstawa, "kregoslup" - musi drugiemu czlowiekowi odpowiadac,
                        > akceptowac. To jest tak oczywiste, ze nie rozumiem celu tej dyskusji. Zyjac z
                        > kochanym czlowiekiem - dzielimy jednoczesnie jego swiatopoglad. Nie jestesmy
                        > jednakowi ale podobni. Przeciez nikt kto jest nalezy do PETA nie zwiaze sie z
                        > klusownikiem!smile

                        Aniu, zgadzam sie w pelni z twoim postem! :o)
    • sol_bianca Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 05.01.06, 17:48
      Starałabym się wpłynąć. Kurczę, naprawdę mam partnerskie podejście do związków,
      nieczęsto zdarza mi się wtrącać w decyzje męża, ale w takim wypadku na pewno bym
      nie zmilczała. Powód? Sama napisałaś:
      > otrzymuje
      > pieniadze od Pata, ale jego praca takze wspiera Pata.
      • annie_laurie_starr Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 05.01.06, 17:52
        Wlasnie o to mi chodzilo. Ogolnie wtracanie sie w decyzje zawodowe partnera
        jest niewlasciwe, ale ...Pat Robertson moze stworzyc precedens.
        • ania_2000 Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 05.01.06, 18:01
          annie_laurie_starr napisała:

          > Wlasnie o to mi chodzilo. Ogolnie wtracanie sie w decyzje zawodowe partnera
          > jest niewlasciwe, ale ...Pat Robertson moze stworzyc precedens.

          nic nie rozumiem - to ty sie pytasz o zdanie innych?
          czy szukasz poparcia dla swojej tezy??

          • annie_laurie_starr Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 05.01.06, 18:18
            Pytam o zdanie innych, ale akurat w wypadku Pata Robertsona mam swoja opinie.wink
            Chodzilo mi tez o to, ze sol_bianca umiala sobie wyobrazic taka sytuacje, z
            ktora trudno byloby sie pogodzic, nawet w najbardziej partnerskim zwiazku. Bo
            po przeczytaniu wielu postow mialam wrazenia, ze nie wszyscy mnie zrozumieli.

            Chyba jednak dam sobie spokoj ze sfera zawodowa, bo moze przyklady z innych
            dziedzin zycia wystarcza.
    • jan.kran Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 06.01.06, 09:29
      Samo natchnęłaś mnie do nowego postu smile
      Lubię m.in forum za to że goni mi czasem jedną szarą komórkę jaką posiadam do
      przemyśleń i refleksji.
      Często nie piszę co wymyślę bo i tak zaniedbuję dom i rodzinę na rzecz kompa :pppp
      A serio to dużo pracuję ale to dobrze
      Manikury mogą wskazywać na Waszą niekompatybilnośc ale niekoniecznie.
      Jest taka , niewielka grupa kobiet które urodziły się eleganckie i nigdy nie
      brudziły sie jako dzieci:ppp
      Moja Majka jest taka. Ma szpony długie i zadbane, gustowny makijaż i wyszukany
      strój.
      Tylko strój najcześciej kupiony na pchlim targu albo second shop , pracuje
      jako przedszkolanka czyli nie siedzi nieruchomo w pracy i jest szaloną gospodynią.
      Gotuje codziennie wyszukane obiadki , prasuje wszystko , dom lśni .
      Jej podstawowym strojem w domu jest fartuszek na te eleganckie ciuszki i gumowe
      rękawiczkismile))
      Jak Ją poznałam to Jej nie cierpiałam. Jest jedną zmoich nalepszych przyjaciołek
      od 20 lat:ppp
      Ksmile
      • jan.kran Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 06.01.06, 09:34
        Idę na zakupy , na Triskell nie ma co liczyć...
        Już jest jasno zresztą.
        Pomyślę o nowym wątku z inspiracji Samosmile
        K.
      • samo Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 06.01.06, 09:41
        Kran, moja najlepsza przyjaciolka nie pojdzie do sklepu po bulki rano bez full
        makijazu a na fryzjera wydaje fortune. Ja przepuscilabym te pieniadze na
        ksiazki, a wlosy obciela sama. Nie stoi to na przeszkodzie przyjaznic sie nam
        od podstawowki (znamy sie jeszcze z przedszkola).
        Nie potrafie tego oddac.Moja tutejsza znajoma nie myje naczyn, wlasciwie
        wszystko w domu robi on. Rozmowe zaczyna od tego, co kupila i zazwyczaj na tym
        tez ja konczy.
        Ja w glebi duszy wiem, ze to ja jestem dziwadlem. Buddy ani Jezusa ze mnie nie
        bedzie, ale moja obecna bieda np nie przeszkadza mi. Jak mam pieniadze, to tez
        nie przezywam. Nie liczy sie to dla mnie. Wiele zreszta rzeczy dla ludzi
        oczywistych nie jest oczywiste dla mnie. Tak wiec proces doboru ludzi, z
        ktorymi bede w stanie sie dogadac jest dosc dlugi i skomplikowany. Nalezy tu
        jeszcze wspomniec o tym, ze nie boje sie otwarcie mowic o swoich pogladach i na
        dyplomacje zdobywam sie zazwyczaj, jak mi sie wlaczy czerwona lampka na widok
        zdezorientowanej twarzy rozmowcy.Nigdy wczesniej. Jestem zazarta. No i nie
        poswiecam swoim paznokciom uwagi zadnej poza szorowaniem ich szczotka, kiedy
        zabrudza sie podczas grzebania paluchami w piaskownicy big_grin
      • gherarddottir Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 06.01.06, 14:13
        rzeczywiscie taki typ kobiet istnieje smile))
        ZAWSZE denerwowala mnie generalizacja - jak pani z doktoratem to napewno szare
        ubranko, druciane okularki itd a to nie ejst prawda smile Bo mozna wygfladac
        inaczej. To sa jakies stereotypy w ktore jestesmy wszyscy wrosnieci. Nadal
        nieustannie fascynuje mnie natura ludzkasmile
        • sylwek07 Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 06.01.06, 14:16
          To sa jakies stereotypy w ktore jestesmy wszyscy wrosnieci
          -----------------------------------------------------------
          i to czasami te stereotypy przeszkadzaja w naszym zyciu czy to zawodowym czy
          tez osobistym i rodzinnym..dlugi czas musialem czekac jak pewne osoby z mojej
          rodziny zaczely widziec mnie a nie mego Ojca no ale taka widac jest nasza
          natura (tez zyje stereotypami ale probuje je ze swojego zycia niwelowac)
          • kociaszek Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 06.01.06, 19:26
            ha. jestem pania doktor i nie mam okularow ani szarego ubranka!!!
            niech sie zastanowie. problem zabijania zwierzat...akurat w moim zwiazku.
            jako naukowiec musze czasem poswiecic jakiegos gryzonia. pod okiem bardzo restrykcyjnej
            komisji etycznej.
            cala ta praca ze zwietrzetami jest ciezka czescia mojej pracy...rozmawialam o tym z nocnym.l.
            akceptuje.
            wiara w sens tego co robie pomaga bardzo.
            poza tym chyba glownie chodzi o szacunek do zycia.
            nie moglabym byc z osoba, ktora jakiekolwiek zycia nie szanuje...takze swojego.
            • triskell Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 06.01.06, 22:36
              kociaszek napisała:
              > akurat w moim zwiazku.
              > jako naukowiec musze czasem poswiecic jakiegos gryzonia.

              *futerko nastroszone, ogonek opuszczony ze strachu*

              Ggggg-gry-zo-nia, mówisz?

              Idę się schować.
              • kociaszek Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 06.01.06, 22:48
                Trinciu, nie strachaj sie, nic a nic. ja zyczliwa jestem nawet malym zwierzatkom...nasze kicie sa
                na to dowodem (mam nadzieje, ze nocny nie bedzie czytal, bo z pewnoscia napisalby, ze jestem
                OKRUTNA bo nie pozwalam im spac w naszym lozku)...
                tak. tego wlasnie sie balam - po takim wyznaniu - Tris nie bedziesz mnie chciala za meza,
                zgadlam? wink))))
                • triskell Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 06.01.06, 22:55
                  No chyba faktycznie po takim wyznaniu będę Ci musiała podać czarną polewkę. ;-P

                  Jak to my gryzonie śpiewamy: "Bo wszystkie gryzonie to jedna rodzina. Starszy
                  czy młodszy, chłopak czy dziewczyna"
                  • kociaszek Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 06.01.06, 23:03
                    ojej, Tris, straszne tak dostac kosza...
                    • triskell Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 07.01.06, 00:00
                      Wiem, nawet zaświadczenie z kościoła już wzięłaś!
              • samo Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 07.01.06, 01:49
                :o)))))
                Przestan juz, bo zaczynam patrzec na twoje zdjecia jak na zdjecia gryzonia!
                Swoja droga musialo byc fajnie na tym Sylwestrze.Obie z Monia wygladalyscie
                rewelacyjnie!
                • jan.kran Re: Czy to by bylo do zaakceptowania 07.01.06, 01:57
                  Czuję się jak w filmie " Dzień Świstaka" , rano wstałam zajrzałm na forum , Samo
                  i Trskell.
                  Zrobiłam zakupy , obiad , zdrzemnełąm się , wpadłam na kilka godzin do fabryki.
                  Zdemolowałam z Młodzieżą dom , zasiadłam do kompa ,czytam a tu Samo i Triskiell.
                  Ja chyba powinnam się do USA przeprowadzić , żyję według tamtejszego zegara smile))))
                  Kran ( wcale nie jestem w pracy:pppp
                  • samo Kranie, 07.01.06, 08:44
                    radio z Seatlle:
                    www.kexp.org/home.asp?noflash=false
                    wlasnie leci "I want you so bad" The Beatles- ja nadaje na pacific time co noc.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka