Wczoraj wkurzyłam się na maxa, dzisiaj już od 5. rano dzwonię i interweniuję
w sprawie, ale jeszcze mnie lekko nosi, więc się wam wyżalę...
Otóż wczoraj pojechaliśmy z moim M do Vancouveru poszukać mieszkanka dla
mnie. Nie wiem, czy wam wspominałam, ale postarałam się o roczną wizę do
pracy do Kanady, którą też dostałam. Mam ją na podstawie mojego niemieckiego
paszportu, ale i na inne kraje jest taka opcja, niestety nie dla Polaków
(jeśli ktoś potrzebuje bliższe info, to slużę pomocą). W zasadzie ten
papierek, który dostałam od ambasady kanadyjskiej w Berlinie jest do okazania
na granicy i na jego podstawie na tejże granicy mają mi wystawić wizę.
Tak jak wam tutaj pisze, tak też zrobiłam. Niestety, trafiłam na niedouczoną
bździągwę (i mówię tutaj o samej supervisor!!!), która stwierdziła, że wiza
mi się nie należy, bo wedle jej handbook jestem za stara. Ponoć wiza jest do
30. roku życia, ja mam 32, jednakże wiem, że ten typ wizy jest dla osób do
35. (!!!) roku życia! W dodatku w jej komputerze figuruję jako osoba
27.letnia (???). Jako Niemka normalnie mogę wjechać na teren Kanady bez wizy,
tylko z paszportem, i przebywać na nim do upływu 90.u dni, ale ta bźdzągwa
chyba pomyślała, że jestem osobą groźną dla środowiska, więc łaskawie
pozwoliła mi przebywać w Kanadzie... 24 godziny! Nosz... @#)*$#%*#!!! Mówię
wam, co za niekompetenta idiotka! Ja jej tłumaczę, że ten program jest dla
osób do 35. roku życia, a ona mi na to, że w końcu ona musi wiedzieć lepiej,
a błąd leży po stronie ambasady. Kuźwa, góóówno wiedziała, coś jeszcze
kręciła o tym, czy ja w wieku 27, lat miałam innego męża niż teraz, jeśli
małżeństwem jesteśmy od prawie 2.óch lat, a w jej komputerze (a komputer
prawdę ci powie) widnieję jako 27.oletnia mężatka! Nic nie można z tego
zrozumieć, jak coś tłumaczyłam, przerwała mi w pół słowa, zdawało jej się
podejrzane, że mam męża ze sobą, jeszcze go zastraszyła, że nie może wystąpić
o green card w Stanach, a jeśli chce mnnie sponsorować (jesteśmy w trakcie
przygotowywania papierów, ale amerykańska biurokracja nam to hamuje), to on
sam musi znajdować się na terenie Kanady, co akurat jest guzik prawdą...
Zabrała mi świstek, zrobiła ksero naszych paszportów, dała to jednodniowe
pozwolenie i ponoć miała zamiar skontaktować się z Ambasadą Kanadyjską w
Berlinie. Czy tak zrobiła czy nie - jak na rzei nic mi nie wiadomo.
Cholera, zdenerwowałam się jak mało, z tych nerwów na wymioty mi się tam
zebrało i zawory w oczach puściły (czego nie cierpię w takich sytuacjach).
Kuźwa, nasze mieszkanie mamy już wymówione, a na następny tydzień
byłam/jestem umówiona z koleżanką z Vancouveru na tygodniowe praktyki w jej
szkole. I co mam teraz z tym zrobić? Odwołać? Poczekać?
Ja ze swojej strony wczoraj w nocy szukałam info i wszędzie pisze jak byk, że
racja jest po mojej stronie. Dzisiaj dzwoniłam z samego rana do tejże
Ambasady Kanady w Berlinie (mają linię tel. od 14tej do 15tej, co u mnie
oznacza 5. do 6.tej rano, ziewwww), tam zbulwersowano sie tą cała sprawą,
kazano opisać szczegółowo całe zajście i wysłać im mailem. Co też z samego
rana uczyniłam. Za kilka dni mam do nich zadzwonić, aby dowiedzieć się co w
tej sprawie. Kopię maila wysłałam również do Konsulatu Generalnego Niemiec w
Vancouverze, tak na wszelki wypadek.
Nie wiem, czy któraś z was zetknęła się z tak absurdalnym widzimisię
urzędnika na granicy? Czy udało sie dowieść swojej racji? Ja jestem tym
wszystkim tak zdenerwowana, że jesli będzie trzeba, to wejde na drogę prawną
(jak to szumnie brzmi...), choć wolałabym tego niknąć... Ale jak tak można?
Kuźwa, czy to taki kaprys z mojej strony, że chcę _legalnie_ pracować i
wpłacać podatki do ichnych kas? Cholera, myślałam, że będę mogła napisac wam
coś bardzo pozytywnego w tym tygodniu (mam pewne dalekosiężne plany i
potrzebuję info), a tu masz ci los...

((
Proszę o trzymanie kciuków w tej sprawie... Dam znać, jak się dowiem czegoś
więcej...
Moni załamana