Dodaj do ulubionych

Anty-Amadeusz

07.03.06, 08:53
A jednak szkoda legendy i przekonania, że Wolfi jako pięciolatek komponował,
bo Pan Bóg nie tylko koło niego przeszedł, ale pogłaskał go po głowie. W ten
sposób przekazał mu iskrę...talentu?
Niech tak zostanie;
tym bardziej, że jakoś nie ma z kim porównywać Mozarta w tym czasie;
a przecież byli inni, którzy sowicie wspomagani ciężką pracą i nauką mogli
się stać geniuszami, a jednak się nie stali;
nie przekonają mnie takie socjologiczne wywody;
Obserwuj wątek
    • Gość: jentyk Re: Anty-Amadeusz IP: *.net81-64-204.noos.fr 07.03.06, 10:20
      Niestety, jeżeli streszczenie jest zgodne z prawdą, to Elias gada bzdury.
      Pierwszym "niezależnym finansowo" kompozytorem był Haendel w Londynie, wolny
      przedsiębiorca, Mozart miał całkiem niezłe dochody ze swojej twórczości, pisał
      to co chciał, albo to co u niego zamawiano, jak czasem, a Beethoven był
      pieszczochem arystokracji. Czyli, jeżeli wierzyć autorowi omówienia, Elias tylko
      udaje, że obala legendy, kiedy w rzeczywistości je utrwala.

      No a argumentacja w kwestii geniuszu jest istotnie komiczna.
      • Gość: Armida Re: Haendel przedsiębiorcą. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.06, 18:54
        Ja bym z tą niezależnością Haendla nie przesadzała. Stałe dochody miał głównie
        dzięki wsparciu dworu i zleceń z tym związanych, między innymi lekcjami muzyki
        dla księżniczek. Jako "przedsiębiorca" zarobił niewiele, a nie raz otarł się o
        bankrutctwo. Szczególnie wyczerpała go rywalizacja z Bononcinim, a potem z
        Nicolo Porporą w połowie lat 30(który do pomocy miał Hassego, Metastasia i
        Farinellego). Oba zespoły były finansowane przez arystokrację -po stronie sasa
        stronnciy króla, po stronie włocha jego przeciwnicy skupieni wokół księcia
        Walii. Sumy utrzymania teatrów szły w tysiące gwinei, i były tak wysokie, że i
        The Opera of Nobility Porpory wkrótce zeszła ze sceny. A horrendalnie wyosokie
        gaże dla primadonn i kastratów wcale nie były niższe w czasach Rinalda. Jeśli
        dołączymy do tego fakt, że właśnie w przypadku Rinalda wydawca partytur zarobił
        więcej niż kompozytot. Na krótko po premierze w Londynie kastrat Nicolino
        wystawił przedstawienie na własną rekę. I raczej nie przysłał twórcy tantiemów.
        W przypadku oratoriów już trochę wychodził na swoje, lecz nie były to jakieś
        zawotne sumy, a i arystokracja z owych przedstawień też nie uciekała.
        Reasumując, trochę i może na własną rękę zarobił, ale to jeszcze nie ta epoka.
        • Gość: Jentyk Re: Haendel przedsiębiorcą. IP: *.net81-64-204.noos.fr 07.03.06, 19:13
          Przepraszam, ale ten obszerny i trochę nieścisły wywód nie zmienia nic w tym co
          powiedziałem. "Niezależność finansowa" Haendla wyglądała podobnie co
          niezależność finansowa Mozarta i Beethovena. Zresztą przeczy Pani sama sobie:
          jeżeli istotnie otarł się o bankructwo, to dlatego, że podejmował
          przedsiębiorcze ryzyko. Ponadto zarabiał swoją pracą, czyli był "niezależny
          finansowo" jak ci z nas, którzy nie odziedziczyli po babci. Nie był u nikogo na
          służbie, jak Haydn w Eszterhazie, tylko miał bogatych klientów, którym
          sprzedawał swoją robotę. I z tego żył.

          Chodzi o to, że z Beethovena robi się pierwszego postępowego, wyzwolonego
          muzyka, a z jego poprzedników - sługusów arystokracji. Omawiany pan autor
          powtarza tę brednię. I tylko o to chodzi.
          • Gość: Armida Re: Haendel przedsiębiorcą. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.03.06, 10:14
            Jak rozumiem, praca dla rodziny królewskiej przez xx lat jest służbą u jednego
            kompozytora, u drugiego nie. Przepraszam, ale wieloletnie lekcje muzyki dla
            księżniczek inaczej niż służbą nazwać się nie da, szczególnie że po latach
            właśnie księżniczka Anna broniła go najgorętszej.
            .Co do sporu z Porporą, jakikolwiek wkład finansowy Haednla wiele nie uczynił,
            tymmbardziej, że zarobki kompozytora były w porównaniu ze śpiewakami
            drastycznie niskie. Chodziło o politykę. Konkurencyjny do Haedndla zespół
            powstał z inicjatywy księcia Walii właśnie dlatego, że Haendel był ulubionym
            kompozytorem Jerzego II, zaś wybór między jednym teatrem bądź drugim wiązał się
            z pokazaniem swojej przynależnośći politycznej. Książę miał wokół siebie grupę
            arystokratów jak on niechętnych królowi, i to oni dofinansowali przybycie do
            Londynu największych gwiazd włoskiej opery, pododnie ze stronnikami króla. A
            sumy były niemałe. Jednak nie o tym mowa. W tak postawionej sytuacji trudno
            mówić o jakimkolwiek biznesie, bo walka była nieczysta. Najlepiej o tym
            świadczy fakt, że na krótko po Haendlu poszedł do piachu zespół Porpory,
            chociaż miał i więcej premier i Farinellego i dwie gwiazdy "ukradzione" od
            Haendla - Sanesina i Franceskę Cuzzoni. Po tej klęsce sas zaczął komponować dla
            Covert Garden operobalety i też sprawę pogorszyła polityka - w sytuacji, gdy
            największą gwiazdą zespołu, przyciągającą niemało osób była francuzka tancerka
            Maria Saale doszło do zamieszek rasistowskich.
            Mogę się zgodzić, że przy oratoriach można nazwać Haendla przedsiębiorcą, gdyż
            doskonale wycelował je w publiczność, i miał stałe dochody. ale przy operach?
            Były zbyt niestabilne, by kompozytor się z nich utrzymał.
            • Gość: Jentyk Re: Haendel przedsiębiorcą. IP: *.net81-64-204.noos.fr 08.03.06, 17:06
              Niestety, głupstwa Pani wygaduje. Proszę sobie porównać sytuację Haydna w
              Eszterhazie, czy nawet sytuację Mozarta u arcybiskupów przed zerwaniem - z
              sytuacją zawodową Haendla w Londynie.

              Wysokość zarobków nie ma tu nic do rzeczy, można być opływającym w dostatki
              kamerdynerem, albo ledwo wiążącym koniec z końcem wolnym przedsiębiorcą.

              "Walka była nieczysta" - bo oczywiście prawdziwy biznes to walka czysta jak łza,
              bez żadnych koneksji, poparcia i układów. Proszę nas nie śmieszyć.
              • Gość: Armida Re: Haendel przedsiębiorcą. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.03.06, 08:55
                Skoro moje exempla są takie słabe, to czemu szanowny pan nie daje żadnych,
                jedynie wywołuje nazwiska mówiąc: a kompoozytor x robił tak i tak i dlatego pani
                pisze głupstwa. Nie da się porównać Anglii Haendla i Wiednia Mozarta, bo zbyt
                duża jest różnica kulturowa, inny stousnek do opery. I proszę nie twierdzić, że
                jest inaczej. W Wiedniu i Eszterharzie czasami jednak muzyki słuchano, z czym w
                Londynie, a w Covent Garden już szczególnie bywało różnie. Dużo, także w
                finansach zmieniły reformy Metastasia (mniej śpiewaków na scenie) i Glucka. Do
                librett Metastasia Haendel pisał, Mozart już się przy nich męczył. Drastycznie
                różniły się koszty zatrudnienia wybitnych śpiewaków w Wiedniu i w Londynie.
                Caffarelli miał majątek warty księstwo. Alojzja Weber tyle nie zarobiła, choć
                nikt nie kwestionuje, że była wybitną śpiewaczką.
                I proszę nie przeinaczać mych intencji. W poście numer 2 odniosłam się przede
                wszystkim do tego, czy Haendel słuzył królowi. Służył bo 1)dość długo nauczał
                księżniczki, nie mając innych uczniów 2)inaczej książę Walii wybrałby inny niż
                pognębienie Haendla sposób na dogryzienie swemu rodzicowi.
                I nie chodziło mi to, że biznes był nieczysty, a o to, że znakomita większość
                inincjatorów powstania the Opera of Nobility biznes miała w głębokim poważaniu.
                Miał podupaść Haendel, bo to dotknie króla, a to, że oni przy okazji upadną
                nikogo nie obchodzi. Dlatego nie mozna mówić o biznesie - PRZEDSIĘBIORCĘ
                interesuje los WŁASNEJ firmy, a nie wykończenie drugiej,kosztem własnego
                bankrutctwa. Bo, uprzedzam zarzut, the Opera of Nobility nie była nastawiona na
                zysk, o czym najlepiej świadczą honoraria dla śpiewaków przekraczające tysiące
                gwinei. Taki wydatek był obiektywnie rzecz biorąc nie do zarobienia z biletów. W
                krajach germańskich, cokolwiek się działo, nikt z premedytacją nie tworzył
                teatru niecałe dwa sezony po to tylko, by drugi poszedł do piachu. To miałam na
                myśli przez nieczysta walkę.
                • Gość: Jentyk Re: Haendel przedsiębiorcą. IP: *.net81-64-204.noos.fr 16.03.06, 22:29
                  Kręci Pani jak najęta. Wiedza też jakby po wierzchu liźnięta, za to szasta nią
                  Pani po oczach, że aż strach. Nie porównywałem Londynu Haendla z Wiedniem
                  Mozarta, tylko sytuację Haydna w Eszterhazie z sytuacją obu powyższych panów.
                  Metastasio, a już tym bardziej Gluck (mniej śpiewaków na scenie? niech sobie
                  Pani obejrzy obsadę Alcesty...), akurat nie mają z tym wszystkim nic wspólnego.
                  Haendel napisał trzy opery do librett Metastasia (w latach 1728-31), mocno je
                  adaptując, po czym napisał jeszcze 13 inych oper już nigdy do pana M nie
                  wracając. Mozart cztery, w tym ostatnią przed samą śmiercią, też w adaptacji. I
                  czego to niby ma dowodzić w tym temacie? Wielcy kastraci zarabiali więcej, bo
                  byli rzadsi. Opery bakrutowały od zarania. Co to wszystko ma wspólnego z
                  tematem? I czego się Pani czepia Covent Garden? Haendel odniósł tam kilka swoich
                  największych sukcesów. Może do opery i na oratoria chodzili różnie, ale pomnik
                  mu wystawili już w roku 1738, jeszcze zanim zaczął na dobre pisać oratoria. I
                  znowu, czego to niby ma dowodzić, albo nie? Haendel bywał "na służbie", u
                  Burlingtona, u królowej Anny, u Brydgesa w Cannons, a potem przestał, jak Mozart.

                  Chodziło wyłącznie o to, że Beethoven nie był bynajmniej pierwszym "wyzwolonym"
                  muzykiem jak nam próbuje wcierać czcigodny autor powtarzając stare legendy.

                  Próbuje Pani za wszelką cenę mieć rację i mąci Pani w temacie ile wlezie.
                  • Gość: Armida Re: Haendel przedsiębiorcą. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.03.06, 08:17
                    Z całym szacunkiem, to samo mozna powiedzieć o panu, z tą różnicą, że pan
                    dopiero teraz wysilił się na cokolwiek poza ogólnikami. Ten potok faktów niczego
                    nie udowadnia, zaś gdyby pobyt w Covent Garden był jednym wielkim pasmem
                    sukcesów, a wręcz skończył się załamaniem nerwowym. Więc w ostatecznym
                    rozrachunku zostało stracone Twierdzenie, że kastraci byli rzadsi jest śmieszne,
                    skoro swego czasu doszło do tego, że primadonny musiały nie raz grać męskie
                    role. Papieskie prawo zabraniające kobietom śpiewu w wielu miejscach nie było
                    przestrzegane, ale też w wielu miało się całkiem dobrze. Zaś ilość zabiegów szła
                    w setki rocznie, tylko w Chinach za czasów dynastii Han było więcej. A panna
                    Franceska Cuzzoni wiele nie była od Sanesina biedniejsza, więc bez przesady.
                    Reformy Metastasia mają to do pieniędzy, że jednym w jej założeń było
                    ograniczenie liczby występujących śpiewaków, przynajmniej w rolach głównych. A
                    śpiewacy akurat kosztowali najwięcej.
                    A zarabiali na swoje utrzymanie już kompozytorzy średnich lotów we Włoszech,
                    głównie wspomagając się nauczaniem w konserwatorium, zaś stanowisko szkolnego
                    kapelmistrza było dobrą posadą.

                    A tak w ogóle proponuję zakończyć tą dyskusję, bo nie widzę sensu. Nie ustalimy
                    w tym gronie, czy Haendel znał się na pieniądzach. Ale znał się na muzyce i to
                    jest chyba wazniejsze.
                    • Gość: Jentyk Re: Haendel przedsiębiorcą. IP: *.net81-64-204.noos.fr 17.03.06, 09:04
                      Czyli potwierdza Pani moją diagnozę: nic ino Pani ściemnia, żeby uniknąć
                      jedynego tematu rozmowy, którym nie było "czy Haendel znał się na pieniądzach",
                      ale "czy Beethoven był pierwszym kompozytorem wyzwolonym". Na ten temat ani słowa.

                      Nigdy nie pisałem, że pobyt w Covent Garden był pasmem sukcesów. Pani wywód o
                      kastratach jest pełen sprzeczności i poza tematem. Po reformach Metastasia
                      śpiewacy nie zaczęli kosztować mniej i nie to było celem reform. To, że średni
                      kompozytorzy we Włoszech zarabiali na życie oznacza dokładnie to, co mówię od
                      początku, to znaczy, że Beethoven nie był pierwszy itd. itd

                      Bye bye
                      • Gość: Armida Re: Haendel przedsiębiorcą. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.03.06, 08:53
                        Z przyjemnością się pożegnam. Szcerze mówiąc, prawie zapomniałam o takowym temacie.
                        I małe uściśnienie: nie chodziło o to, by śpiewacy mniej kosztowali, ale by
                        śpiewaków weszło mniej na scenę przynajmniejh w głównych rolach, bo zachęcić
                        ich, by mniej brali? Tego by nikt nie dokonał.

                        Żegnam.
    • Gość: dor Re: Anty-Amadeusz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.03.06, 15:08
      dosc odwazna teza, ze oto dzis.. spotkania socjologii ze sztuka maleza do
      rzadkosci.. / bardzo odwazana..
    • Gość: muzyk Re: Anty-Amadeusz IP: *.chello.pl 13.03.06, 18:52
      Mnie równiez nie przekonują. Socjolog, który usiłuje oceniać potencjał talentu
      W.A. Mozarta jest zabawnym klownem. Tak to we wspólczesnym świecie różnej maści
      specjaliści waża się na oceny, do ktorych ani ich wiedza, ani talent ich nie
      upowazniaja. Niedoszli muzycy trudnia sie pisaniem recenzji.A propos! Znany
      jest mi absolwent szkoły gastronomicznej, kótrego muzyczne recenzje drukowane
      są od wielu lat. I tak to się kreci.
      Iluż jest ludzi na świecie, którzy mogą wyjśc powyzej zachwytu nad dziełami
      Mozarta?
      To typowe łapanie szansy na to by zaistniał taki Pan, bo bez Mozarta w tytule
      ile osób kupi jego ksązki?
      Są i inni, tzw. wielcy i mali kompozytorzy, kórzy poprzez przyklejenie się do
      JPII chcą zdobyć sławę. Bo gdyby nie Jan Paweł II to ile osób zainteresuje się
      ich muzyką?
      Sa tacy, którzy uczynili z tej strategii koło zamachowe swojej sławy.
      Mozart broni się sam, nie potrzebuje ani nazwiska tego Pana autora ani papieza,
      aby był dostrzeżony.
      Co do edukacji i pracy zgoda. Wysiłek musi jednak paść na wyjątkowy grunt, w
      postaci talentu by wydać taki owoc. Ilu kompozytorów tej miary co Mozart zna
      historia muzyki?

      Niech żyją geniusze!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka