Dodaj do ulubionych

Wartosci i nihilizm-artykul .

IP: *.bg.am.lodz.pl 01.07.03, 15:47
Nie wiem dlaczego ten artykul nie jest w dziale kultura.Postanowilem to naprawic.


   www1.gazeta.pl/kraj/1,34314,1550052.html
   Jerzy Sosnowski 29-06-2003, ostatnia aktualizacja 29-06-2003 18:36
   
   To nihilizm jest dziś prawdziwym zagrożeniem, a nie, jak kiedyś mówiliśmy z
   przekąsem - "obrońcy prawdziwych wartości". W swej publicystyce z początku
   lat 90. głosiłem pogląd przeciwny. Dziś sądzę, że trzeba połączyć wysiłki, by
   powstrzymać widoczną w Polsce gołym okiem erozję systemu etycznego - pisze
   Jerzy Sosnowski
   
   Adamowi Michnikowi
   
   Publikacje prasowe mają na ogół krótki żywot. Najprawdopodobniej więc już
   tylko ja pamiętam swoją publicystykę, jaką uprawiałem na początku lat 90. na
   łamach "Gazety Wyborczej". Ale bliskie mi wtedy idee, ogólnikowo zwane
   liberalnymi, propagowane potem przez lepsze pióra, od pewnego czasu budzą
   moje wątpliwości - i doszedłem do punktu, w którym czuję się w obowiązku o
   tym napisać. Zabieram się do tego bez entuzjazmu, bo wydaje mi się, że
   umiałbym wskazać autorów, którzy mają więcej powodów do samokrytyki. Nie
   wątpię również, że wielu moich bliskich znajomych, którzy nie dostrzegają
   związków między głoszonymi przez nas poglądami a budzącym mdłości stanem
   życia publicznego w dzisiejszej Polsce, uzna ten tekst za nietakt lub nawet
   zdradę. Trudno; jak mówi stara sentencja: choć przyjacielem jest Platon,
   większym przyjacielem - prawda.
   
   Nie o to szło
   
   W radiu słyszę zwykły blok reklamowy (twórcy reklam wiedzą, na co sobie mogą
   pozwolić i co zyska poklask). "Jaki dzień masz dzisiaj? - pyta miłym głosem
   kobieta - Dzień Pierwszej Ko... Ko... - Komórki!" - przerywa radośnie
   chłopiec, bo to reklama promocyjnej sprzedaży telefonów. "Zostało jeszcze
   trochę czasu - odzywa się z kolei przewodniczka szkolnej wycieczki. - Może
   pójdziemy do muzeum?". Chór dzieci wrzeszczy: "Ueee...". "A może do
   hipermarketu (tu nazwa)? - Hurraaa!". Za chwilę didżej komercyjnej stacji
   będzie jak co dzień odliczać, ile to jeszcze czasu pozostało do weekendu (bo
   przecież nikt z nas nie lubi pracować) i konsekwentnie nazywać ludzi zaledwie
   umiejących śpiewać artystami. Pierwszego sierpnia o siedemnastej, kiedy w
   całej Warszawie wyły syreny na pamiątkę wybuchu Powstania, podobny didżej
   przeszedł sam siebie, stwierdzając, że te syreny to na jego cześć, bo zawsze
   o siedemnastej zaczyna swoją listę przebojów. W telewizji widziałem kiedyś,
   jak półnaga prezenterka, siedząc w wannie wypełnionej pianą, recytowała
   początkowy fragment "Hymnu o miłości" świętego Pawła, żeby go spuentować
   słowami: "Przypomniałam wam jeden z najpiękniejszych utworów o miłości. A
   teraz posłuchajmy, co na ten sam temat śpiewa Jennifer Lopez". Mogłem
   oczywiście przełączyć się na kanał informacyjny, gdzie transmitowano obrady
   komisji śledczej. Poznałbym tam nadzwyczajną pozycję towarzyską człowieka,
   który wedle zasad ludzi honoru zasługuje na społeczny ostracyzm; a na tle
   większości zeznań słynna wypowiedź Clintona, że wprawdzie palił marihuanę,
   ale się nie zaciągał, okazałaby się szczytem rzetelności.
   
   "To nie o to nam chodziło, nie o to szło" - jak śpiewano w czasach mojego
   dzieciństwa. Oczywiście, że nie o to, ale tak wygląda krajobraz po bitwie.
   Zdaje się, że ją wygraliśmy. Czy nie obawialiśmy się, żeby Polska nie została
   państwem wyznaniowym? Żeby nie rozpoczęło się polowanie na czarownice? Żeby
   nie zatruli nam życia moralizatorzy? No więc: Polska nie została państwem
   wyznaniowym, czarownice i nawet pospolite wiedźmy czują się jak najlepiej, a
   na życie publiczne nie mają wpływu nie tylko moralizatorzy, ale i moraliści.
   Jest OK?
   
   Filary liberalnej demokracji
   
   Poranieni omnipotencją państwa realnego socjalizmu chcieliśmy państwa
   neutralnego światopoglądowo, broniącego jedynie tych wartości, wokół których
   istniała powszechna zgoda. Szkoła miała uczyć samodzielności myślenia i
   tolerancji wobec myślących inaczej. Zamiast zhierarchizowanej kultury
   chcieliśmy otworzyć wolny rynek idei i upodobań estetycznych (tego na
   szczęście nie muszę brać na siebie i zaimek "my", którym staram się tu
   posługiwać, jest bardziej niż gdzie indziej retoryczną konwencją). Prawo
   miało zakreślać możliwie najszerszy obszar oddany aktywności obywateli,
   którzy żyją po swojemu, dając żyć innym. Trzy filary Rzeczypospolitej: szkoła
   otwarta na Innego, leseferyzm (rób-co-chceszyzm) w kulturze, nieopresywne
   prawo.
   
   Zasadnicze wartości liberalnego porządku aksjologicznego stanowiły: wolność
   osobista i tolerancja w stosunku do innych. Reszta budowli miała się wyłonić
   sama w wyniku ucierania się opinii na społecznej agorze. Przeciwnicy tego
   projektu wydawali się łatwi do identyfikacji: były nimi rozmaite siły
   polityczne i prądy ideowe podejrzewane przez nas o chęć zajęcia miejsca
   opuszczonego przez nieboszczkę PZPR i marksizm-leninizm, w tej liczbie
   niemała część kleru i wiernych Kościoła katolickiego pragnąca wskrzesić
   sojusz ołtarza z tronem. Wydaje mi się, że nie przekłamuję tego obrazu; czyż
   nie brzmi to wszystko ciągle atrakcyjnie? A jednak wewnętrzna logika idei,
   które się głosiło, doprowadziła do niechcianych następstw, których dziś już
   nie można lekceważyć.
   
   Nowe liberum veto?
   
   Jeśli państwo za pomocą przepisów prawa i stosownych służb (prokuratury,
   policji, sądów) interweniuje tylko w przypadku ataku na wartości, wokół
   których można przeczuwać jednomyślną zgodę; jeśli legislacyjny szaniec można
   wznieść tylko wokół wartości akceptowanych spontanicznie przez wszystkich
   poza oczywistymi bandytami - skrycie wraca w ten sposób do życia publicznego
   w Polsce zasada liberum veto. W rezultacie właściwie żadne wartości, poza
   życiem (już urodzonych) i własnością (posiadaną faktycznie, a nie
   potencjalnie, jak np. odebrana w przeszłości przez komunistów), czyli żadne
   wartości inne niż pragmatyczne, chronione być nie mogą. Wszystkie inne
   napotykają bowiem większy lub mniejszy chór protestujących. Oburzałem się,
   gdy "nieliberałowie" utożsamiali neutralność światopoglądową z propagowaniem
   nihilizmu i dziś jeszcze twierdzę, że jest to upraszczające problem
   nadużycie. A jednak chyba trzeba uznać za symboliczny fakt, że salonem III RP
   okazał się w końcu dom Jerzego Urbana - nihilisty w sensie klinicznym,
   podręcznikowym. Tam, gdzie gospodarz nie wierzy w nic, mogą spotkać się
   ludzie wierzący w rozmaite rzeczy - byle nie schodził im z ust łagodny
   uśmiech sceptyków. Etyka utylitarna nie obejmuje, jak widać, kwestii smaku: a
   Urban nie jest w końcu, formalnie rzecz biorąc, przestępcą - nieprawdaż?
   Nietolerancja tolerancji
      
      Z kolei tolerancja, na co, obawiam się, słusznie wskazywał w swoim czasie prof.
      Ryszard Legutko, przeobraziła nam się z heroicznej cnoty przyjmowania do
      wiadomości, że są ludzie, którzy niestety nie podzielają naszych poglądów, w
      lekkomyślną radość, że inni ludzie na szczęście naszych poglądów nie
      podzielają. Może tę radość uzasadnia poczucie, że obiektywnych wartości
      najwidoczniej nie ma, skoro różnią się ludzkie mniemania na ich temat; a zatem
      nic nie grozi naszej indywidualnej wolności? A może rodzi ją pycha, że
      okazujemy się tak wielkoduszni, delikatni, miłosierni - pycha czyniąca jedyną
      wartością nasze subtelne ego, wyższe ponad wszelkie konkretne wiary i
      stanowiska?
      
      Osobiście sprawdziłem, co oznacza przyjęcie postawy tolerancyjnej (wedle
      wolterowskiego, to jest klasycznego wzorca) w tolerancyjnym na nowy sposób
      towarzystwie: zdarzyło mi się wymówić z wyprawy na bal transwestytów
      stwierdzeniem, że choć
Obserwuj wątek
    • Gość: BRvUngern-Sternber Re: Wartosci i nihilizm-artykul .cd IP: *.bg.am.lodz.pl 01.07.03, 15:51

            
            Osobiście sprawdziłem, co oznacza przyjęcie postawy tolerancyjnej (wedle
            wolterowskiego, to jest klasycznego wzorca) w tolerancyjnym na nowy sposób
            towarzystwie: zdarzyło mi się wymówić z wyprawy na bal transwestytów
            stwierdzeniem, że choć cieszę się z prawa tychże do organizowania balu,
            osobiście nie mam ochoty ich oglądać, a to z powodów estetycznych. Dodałem być
            może coś o tym, że wolnoć Tomku w swoim domku. W efekcie zostałem okrzyknięty
            człowiekiem nietolerancyjnym, dotkniętym homofobią, która jest czymś równie
            odrażającym co antysemityzm. Obowiązkowym wyrazem tolerancji mogła być tylko
            pełna akceptacja! (Notabene feministki, które są bohaterkami tej anegdoty, domu
            Jerzego Urbana raczej nie odwiedzają - moje zasadnicze pretensje do nich wyłożę
            może innym razem).
            
            Głoszenie każdego wyrazistego systemu wartości, o ile nie jest to nasz,
            liberalny system, zostaje łatwo uznane za przejaw nietolerancji, nawet jeśli
            głosiciel nie postuluje wcale prawnej dyskryminacji swoich przeciwników. W
            rezultacie zaciera się różnica między istniejącymi przecież w Polsce
            rzeczywistymi entuzjastami autorytarnego państwa, autentycznymi wrogami
            wolności, a ludźmi, którzy tylko inaczej niż my pojmują jej zakres bądź źródła.
            Do tego samego prowadzi szermowanie zarzutem, że nasi oponenci zbyt niemrawo
            piętnują antysemityzm lub zgoła są ukrytymi zwolennikami faszyzmu (na ogół tak
            ukrytymi, że nawet sami o tym nie wiedzą). Żeby uniknąć niedopowiedzeń: mam na
            myśli choćby sposób, w jaki na łamach "Gazety Wyborczej" traktowano
            pismo "Fronda".
            
            Cnota posłuszeństwa
            
            Wszystko to byłoby może tylko smutną przygodą wydziedziczonych inteligentów,
            sentymentalną podróżą w głąb utopii dzieci kwiatów, z której wywodzi się
            znaczna część opisywanych tu idei, gdyby nie dramatyczny kontekst społeczny, w
            którym toczyły się nasze debaty. Milczącym bowiem założeniem uprawianej przez
            nas afirmacji wolności i tolerancji musi być uznanie, że jedno z dwojga - albo
            natura ludzka jest spontanicznie dobra, albo środowiska rodzinne i towarzyskie
            skutecznie wspomagać będą to, co dobre w niej jest. Tymczasem z komunizmu
            wyszliśmy jako społeczeństwo w znacznym stopniu zdemoralizowane; kapitalizm
            postawił przed nami pokusy o bezprecedensowej w naszym życiu atrakcyjności; a
            więzi rodzinne ulegają od dłuższego czasu postępującej atrofii. Sam oburzałem
            się na formułowane w swoim czasie przez Wiesława Chrzanowskiego przekonanie, że
            system prawny ma służyć wychowywaniu obywateli - a i dziś ta idea nie wydaje mi
            się szczególnie pociągająca. Dobrze byłoby jednak, polemizując z nią, wskazać,
            kto w takim razie ma ludzi mobilizować do dobra i kto ma to dobro definiować.
            
            Nie stałem się z dnia na dzień entuzjastą doktryny o prawie naturalnym, wyrytym
            w sumieniu, a zwerbalizowanym na kartach Biblii. Ale alternatywa, czyli
            zbanalizowane rozumienie Nietzschego cedujące na każdego człowieka nadludzkie
            prawo do stanowienia wartości, zapoznaje tegoż Nietzschego trzeźwą uwagę, że
            człowiek, porzucając posłuszeństwo, porzuca często jedyną swoją cnotę. Dla
            większości z nas drogowskazem musi być, chciał nie chciał, tradycja (zostawmy
            na boku światopoglądowy spór o jej metafizyczne zakorzenienie, a nawet o jej
            charakter: tradycja jagiellońska? sarmacka? - to dziś subtelności bez
            znaczenia). Jeśli nie przekazuje tej tradycji dom, bo się był rozpadł, nie uczy
            jej szkoła, bo lęka się zarzutu o indoktrynowanie uczniów, a popkultura ją
            zagłusza lub przeinacza - sytuacja robi się nieprzyjemna. Wolność okazuje się
            nagle darem nie tyle nawet nieszczęsnym, ile bezwartościowym.
            
            Wolność, którą uwielbiliśmy, nie jest przecież samoistną wartością, ale
            warunkiem koniecznym praktykowania wartości. Te zaś (wyduśmy to z siebie)
            pozostają wartościami, o ile praktykuje się je w poczuciu powinności moralnej,
            nie zaś w wyniku chwilowego chcenia. W warunkach, kiedy wszelki przymus
            instytucjonalny (np. duszpasterski, rodzicielski czy szkolny, nie mówiąc o
            przymusie prawnym) traktowany był jako echo komunistycznego totalitaryzmu, a
            presja tradycji została zlikwidowana przez komunistyczną demoralizację, zanik
            więzi rodzinnych lub bełkot popkultury, wolność okazała się przestrzenią
            otwartą na ludzkie widzimisię. A treść tego ostatniego każe szybko pożegnać się
            z russowskimi czy kontrkulturowymi rojeniami o naturalnym dobru
            człowieka. "Szybko" - w każdym razie po 14 latach czas jest najwyższy.
            
            Partner sporu
            
            Trzeba tu dorzucić kilka gorzkich słów na temat partnera sporu, jaki wiedliśmy.
            Jakkolwiek jego polityczne emanacje były tak liczne i nietrwałe, że nie sposób
            ich tutaj wyliczać, jego ideowa tożsamość nie ulega wątpliwości: był nią
            konserwatyzm o katolickich fundamentach i, niekiedy, endeckich (lub, łagodniej,
            endekoidalnych) sentymentach. Znów wypada mi zastrzec (w obawie, że cały
            niniejszy wywód zostanie uznany za dość banalny zapis wolty ideowej, która może
            się w końcu przytrafić każdemu): wciąż nie umiem zrozumieć ludzi, którzy nie
            mają alergii na dorobek myślowy Romana Dmowskiego. Dostrzeganie w nich od razu
            potencjalnych wskrzesicieli ONR-Falangi jest jednak, łagodnie rzecz ujmując,
            aberracją.
            Otóż nasz konserwatywny polemista zdawał się nie widzieć słusznych lęków, które
            nierzadko usprawiedliwiają, przynajmniej częściowo, nasze błędy. Myślę, że
            można było ze zrozumieniem przyjąć nasze histeryczne obawy przed autorytarnym
            państwem; chęć uwzględnienia możliwie szerokiego sojuszu przy projektowaniu
            aksjologii obowiązującego w Polsce prawa; lęk przed nietolerancją i ksenofobią,
            który bez trudności uzasadniają przecież obserwacje socjologiczne. Dopatrywano
            się w tym wszystkim złej woli. Tymczasem tak, jak my głosiliśmy wolność i
            (swoiście, jako się rzekło, pojętą) tolerancję jako remedium na bolączki
            współczesnego świata, tak konserwatyści widzieli podobne remedium w surowym
            egzekwowaniu zaprzeszłych wzorców moralno-obyczajowych (mówię "zaprzeszłych",
            bo przeszłością bezpośrednią była ideowo-moralna miazga życia w PRL). W
            rezultacie i my, i oni nie chcieliśmy przyjąć do wiadomości tragicznego
            charakteru rzeczywistości.
            
            Cena samodzielności
            
            Przez tragiczny charakter rzeczywistości rozumiem istnienie w życiu
            nieprzezwyciężalnych konfliktów i zarazem wymogu płacenia wysokiej nieraz ceny
            za podejmowane w ich cieniu rozstrzygnięcia. Obóz konserwatywny zdawał się
            sugerować, że spójny system moralny pozwala uniknąć konfliktu wartości, a zatem
            może i powinien odcisnąć się na prawodawstwie, edukacji i kulturze. Pospolite
            ruszenie liberałów potrafiło na to odpowiadać, że ponieważ konflikty wartości w
            życiu się zdarzają, kultura winna dawać od nich wytchnienie (w końcu co
            szkodzi, że jedni słuchają Tatu, a drudzy Bacha? - najważniejsze, że mają
            wybór), szkoła ma obowiązek o konfliktach lojalnie uprzedzać, a system prawny
            powinien być możliwie elastyczny: wszystko po to, by nie powiększać cierpień
            obywateli. Innymi słowy, i liberałom, i konserwatystom przyświecała chęć
            usunięcia z życia człowieka dramatycznych dylematów: bądź przez to, że usunie
            się sam dylemat (narzucając człowiekowi jedynie słuszne jego rozwiązanie), bądź
            przez to, że usunie się przynajmniej jego dramatyzm (minimalizując koszty
            takiego cz
      • Gość: BRvUngern-Sternber Re: Wartosci i nihilizm-artykul .cd IP: *.bg.am.lodz.pl 01.07.03, 15:53

              
              Cena samodzielności
              
              Przez tragiczny charakter rzeczywistości rozumiem istnienie w życiu
              nieprzezwyciężalnych konfliktów i zarazem wymogu płacenia wysokiej nieraz ceny
              za podejmowane w ich cieniu rozstrzygnięcia. Obóz konserwatywny zdawał się
              sugerować, że spójny system moralny pozwala uniknąć konfliktu wartości, a zatem
              może i powinien odcisnąć się na prawodawstwie, edukacji i kulturze. Pospolite
              ruszenie liberałów potrafiło na to odpowiadać, że ponieważ konflikty wartości w
              życiu się zdarzają, kultura winna dawać od nich wytchnienie (w końcu co
              szkodzi, że jedni słuchają Tatu, a drudzy Bacha? - najważniejsze, że mają
              wybór), szkoła ma obowiązek o konfliktach lojalnie uprzedzać, a system prawny
              powinien być możliwie elastyczny: wszystko po to, by nie powiększać cierpień
              obywateli. Innymi słowy, i liberałom, i konserwatystom przyświecała chęć
              usunięcia z życia człowieka dramatycznych dylematów: bądź przez to, że usunie
              się sam dylemat (narzucając człowiekowi jedynie słuszne jego rozwiązanie), bądź
              przez to, że usunie się przynajmniej jego dramatyzm (minimalizując koszty
              takiego czy innego rozstrzygnięcia). Koszt życia miał być więc zmniejszony bądź
              przez to, że człowiekowi ograniczy się wolność, bądź przez to, że ofiaruje mu
              się wolność za darmo.
              
              Przypis pełen znużenia
              
              Piszę o tym wszystkim, starając się znaleźć wspólne źródło zniecierpliwienia
              lub zawstydzenia, z jakim wspominam przeszłe i obserwuję dzisiejsze konflikty,
              które toczy się w imię liberalnej koncepcji państwa. Kiedy mam je wyliczyć,
              czuję znużenie, w większości bowiem ciągną się one dłużej, niż to wydawałoby
              się konieczne, a polemiści po obu stronach międlą od lat te same argumenty. W
              dodatku coraz bardziej jestem przekonany - i poniekąd do tego zmierzam - że
              istotna linia frontu ideowego przebiega w ogóle gdzie indziej.
              
              Powiedzmy więc tylko tyle, że ilustracje dla powyższych twierdzeń stanowią w
              moim przekonaniu: spór na temat dopuszczalności aborcji; spór na temat
              lustracji i dekomunizacji; spór na temat obecności Kościoła w życiu publicznym
              i, w szczególności, przywrócenia religii do szkół; spór na temat akceptacji
              związków homoseksualnych i ich ewentualnego prawa do adopcji; spór na temat
              hipotetycznej dopuszczalności eutanazji; spór na temat istnienia w Polsce
              antysemityzmu i ksenofobii; spór na temat wolności w sztuce; i tak dalej.
              
              Przeciw społecznej kaszy
              
              Wydaje mi się, że chociaż z całą pewnością mleko się już rozlało (podkreślę raz
              jeszcze, żeby nie było wątpliwości, iż mówię to jako publicysta z początku lat
              90., więc sam pełen winy), należy wreszcie zacząć porządną polemikę z
              nihilizmem, bo to on, a nie - jak to w swoim czasie mówiliśmy z przekąsem -
               "obrońcy prawdziwych wartości" jest dojmującym zagrożeniem. Oznacza to
              połączenie wysiłków w celu powstrzymania widocznej w Polsce gołym okiem erozji
              systemu etycznego. Należy zatem, po pierwsze, przestać mamić ludzi wizją
              państwa i społeczeństwa, które będą jednakowo pobłażliwe dla wszystkich form
              korzystania z przyrodzonej człowiekowi wolności. Bywają w życiu sytuacje, kiedy
              człowiek może, a niekiedy nawet musi naruszyć uznawane przez jego wspólnotę
              zasady postępowania. Ale powinien być dorosły i nie oczekiwać z tego powodu
              głaskania po głowie: w najlepszym razie może liczyć na wielkoduszne przyjęcie
              do wiadomości jego decyzji, w najgorszym - na napiętnowanie go, co wypada
              przyjąć bez zdziwienia. Mówię to jako rozwodnik do rozwodników; ale też do
              ludzi, którzy z jakichś tragicznych powodów zdecydowali się lub jeszcze
              zdecydują na aborcję; do artystów, którzy umieszczają na krzyżu męskie
              genitalia, a potem dziwią się, że kogoś to zirytowało (powinni się chyba
              ucieszyć?); do byłych, mających na ogół mnóstwo na swoje usprawiedliwienie
              współpracowników SB; do uprawiających obyczajowe prowokacje gejów (nie mówię o
              dyskretnych homoseksualistach - kto z kim śpi, to jego sprawa) i tak dalej. Nie
              można konstruować systemu prawnego ani kształtować norm obyczajowych z
              obsesyjną myślą o wyjątkach, sytuacjach ekstremalnych, okolicznościach
              nadzwyczajnych.
              
              Po drugie, trzeba sobie powiedzieć, że szkoła nie powinna przeobrazić się w
              ośrodek kursów przygotowujących do kolejnych testów, ale pozostać placówką
              wychowawczą. W tej zaś - zanim zaczniemy uczyć, że bywają w życiu sytuacje
              skomplikowane i trudne do oceny (np. jak w nowoczesnych podręcznikach do życia
              w rodzinie głoszących, że istnieją rozmaite upodobania erotyczne, które jednak
              nie mogą być podstawą dyskryminacji) - powinniśmy jasno zdefiniować podstawowe
              pojęcia moralne. Jest wciąż wystarczająco dużo nauczycieli, którzy nie
              zamierzają mieszać młodzieży w głowie, sugerując, że zasadnicze kryteria
              odróżniające życie godne naśladowania od życia poplątanego nie istnieją. W
              obrębie kultury z kolei szkodnictwem jest twierdzenie, że listy bestsellerów i
              programów o najwyższej oglądalności są równie dobrym uporządkowaniem jej
              obszaru jak spis lektur i upodobań rzetelnie wykształconego człowieka. Że
              pojęcie elity intelektualnej to zbędny anachronizm, a sprawny (z całym
              szacunkiem) raper, ekspunk po terapii odwykowej i "artystka wizualna" fingująca
              własny pogrzeb mają nam coś do powiedzenia, nad czym warto się zastanowić
              dłużej niż kwadrans.
              
              Sam chciałbym włączyć się w chór głosów, które już słyszę: Ale myśmy tego nigdy
              nie robili! Zapewne: nie wszyscy, nie wszystko. Ale współtworzyliśmy klimat, w
              którym rozpleniła się duchowa i intelektualna tandeta. Chcąc przenieść
              odpowiedzialność do wnętrza człowieka, niechcący stworzyliśmy alibi dla
              kompletnej nieodpowiedzialności. Walcząc z kostycznością opresywnego prawa i
              obyczaju, zaczęliśmy promować postawy bezkostne. Może zresztą i sami ulegliśmy
              urokowi tego podstawienia, rujnując to, co mogłoby wypełnić treścią, nie zaś
              papką, życie w naszym liberalno-demokratycznym państwie.
              
              Tymczasem nie czarujmy się - społeczeństwo bez tradycji, bez kośćca
              aksjologicznego i/lub instytucjonalnego ulega rozpadowi. Lęk przed ludźmi,
              którzy z tej tradycji i kośćca mogą uczynić bicz na wszystkich inaczej
              myślących, lęk przed cenzurą i totalitaryzmem, lęk - dodajmy - uzasadniony
              sprawia, że nie widzi się znacznie bardziej bezpośredniego zagrożenia -
              nihilizmu. Ów podpowiada, że w społecznej kaszy, gdzie dranie i głupcy są nie
              do odróżnienia od ludzi mądrych i przyzwoitych, bo wszyscy wszystkich tolerują
              i każdy każdym się ubogaca, że w takiej społecznej kaszy zatem żyje się
              znacznie wygodniej. Na krótką metę to pewnie i prawda. A na dłuższą?
              
              *Jerzy Sosnowski (ur. 1962) - pisarz i publicysta, napisał m.in.
              książki: "Apokryf Agłai", "Wielościan", "Linia nocna", "Chwilowe zawieszenie
              broni" (razem z Jarosławem Klejnockim). W 2002 r. otrzymał Nagrodę Fundacji
              Kościelskich
              
              Jutro z Jerzym Sosnowskim będzie polemizował Witold Bereś
              


           
        • Gość: BRvUngern-Sternber Re: Wartosci i nihilizm-artykul -komentarz. IP: *.bg.am.lodz.pl 01.07.03, 15:59
          Nihilizm jest zawsze i wszedzie zagrozeniem.Tylko autor zapomina jakos dodac
          ze sam jest/byl... nihilista wlasnie.Przeciez przyznaje sie do win w poczatku
          lat 90tych.Z tego co mowi propagowal jakas ideologie ktora teraz PO 10 LATACH
          (jak szybko???) uwaza za bledna.Zupelnie jakos nie zdaje sobie sprawy ze ta
          ideologia byl wlasnie nihilizm.I dlatego nie powinien pisac ze nihilizm
          zwyciezyl w walce z nasza ideologia tylko,ze PROPAGOWALISMY NIHILIZM.MY NIE
          KTOS INNY.Autor zreszta naiwnie uwaza,ze to kwestia jakiejs
          propagandy.Tymczasem kwestia jest ekonomiczna.Nie wystarczy zmiana
          propagandy.Zreszta niemozliwa.W koncu Wyborcza tez musi walczyc o czytelnikow
          czyli brac udzial w wyscigu szczurow.A wiec musi sie wpisac w ten liberalny wyscig jesli chce istniec.Tym samym musi przyjac reguly tego rynku ,,kaszy'' jak mowi autor.
          • Gość: riru Re: Wartosci i nihilizm-artykul -komentarz. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.07.03, 17:00
            ten pan zwraca nam uwage na dyskretna roznice miedzy liberalizmem a nihilizmem,
            a poza tym tylko krowa nie zmienia zdania

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka