monopolista
06.01.10, 18:43
Tylko dla inteligentnych
Funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości mianowali się kastą nowych Mojżeszów
Jeśli ktoś obecnie zagraża społeczeństwu otwartemu, to są to sędziowie.
Niepodlegająca kontroli ani weryfikacji kasta „platońskich strażników" coraz
konsekwentniej dąży do urządzenia świata na swoją miarę.
Objawienie sędziowskie
W zdemitologizowanym świecie, w którym wiara w to, że na górze Synaj został
objawiony Mojżeszowi Dekalog, traktowana jest jak mit niemający nic wspólnego
z rzeczywistością historyczną, pojawiła się kasta ludzi, którzy domagają się,
by ich orzeczenia i wypowiedzi traktować jak objawienie absolutne. Mowa o
sędziach. Nie wystarcza im już wydawanie wyroków na podstawie obowiązującego
prawa. Oni domagają się dla siebie roli „platońskich strażników", którzy z
wysokości niedostępnego dla innych autorytetu i wiedzy nie tylko ustalają
jedyną dopuszczalną interpretację praw, ale i orzekają, co jest dobrem, a co
złem. Ich wyroki i orzeczenia mają być całkowicie niepodważalne,
niepodlegające krytyce i weryfikacji.
Miejscem moralnych objawień – zamiast góry Synaj – staje się sala sądowa, a
rolę Mojżesza jako przekaziciela objawionego z góry prawa przejmują sędziowie.
Ich wyroki są źródłem praw i prawd, których naruszać nie wolno. Przykłady
można mnożyć. Gdy Trybunał Konstytucyjny w Polsce orzekł, że godność ludzka
uniemożliwia poznanie prawdy o przeszłości kapusiów, zostało to uznane za fakt
niepodważalny, a wyrok jest przytaczany, choćby przez publicystów „Gazety
Wyborczej", jako ostateczny dowód na niemoralność lustracji. Podobnie było w
Stanach Zjednoczonych, gdy Sąd Najwyższy uznał (słynna sprawa Roe kontra
Wade), że aborcja jest „prawem kobiety" – rychło podobne stanowisko zajęły nie
tylko korporacje zawodowe lekarzy, ale też niemała część wyznań chrześcijańskich.
Najwyżsi kapłani demokracji
Bardzo duży wpływ na moralność, którą coraz częściej zastępują rozstrzygnięcia
prawne, sędziom i prawnikom nie wystarcza. Oni chcą mieć dodatkowo pozycję
najwyższych kapłanów demokratycznego państwa. Świadkami takiego właśnie
kreowania kapłańskiej roli sędziów byliśmy niedawno w Polsce. Sędziowie Lech
Gardocki i Jerzy Stępień w odpowiedzi na kilka krytycznych zdań
wypowiedzianych na temat środowiska sędziowskiego przez rzecznika praw
obywatelskich Janusza Kochanowskiego obrazili się na niego i odwołali swoją
obecność na obchodach dwudziestolecia istnienia jego urzędu. Powodem była, a
jakże, krytyka tego, co krytyce podlegać nie może, czyli kwalifikacji
moralnych środowiska sędziowskiego do sprawowania ich funkcji, a także podanie
w wątpliwość rzeczywistego wynikania z litery prawa wyroków wydawanych przez
Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy.
Funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości mianowali się kastą nowych Mojżeszów
Podważenie „autorytetu" naszych rodzimych Mojżeszów byłoby już wystarczającym
powodem ukarania Kochanowskiego, ale – jak wskazała Ewa Siedlecka w komentarzu
w „Gazecie Wyborczej" – nie jest to powód jedyny. To tylko kropla, która
przepełniła czarę – pisała Siedlecka. W istocie bowiem wina rzecznika praw
obywatelskich polega na tym, że „od kilkunastu lat głosi poglądy sprzeczne z
reprezentowanymi przez prawniczą europejską elitę". Cóż to za poglądy? Otóż,
dr Kochanowski nie wierzy w teorię, że rolą prawa jest resocjalizacja
więźniów, uważa natomiast, że powinno ono raczej wymierzać i odbudowywać
sprawiedliwość. Co gorsza, obecny rzecznik nie jest fanem szerokiej teorii
praw człowieka, z których wyinterpretowuje się na przykład prawo do posiadania
dziecka czy prawo do małżeństwa osób tej samej płci. A jakby tego było mało,
jakiś czas temu dr Kochanowski wyraził wątpliwość co do „Karty praw
podstawowych". Wszystko to czyni go heretykiem, który powinien spłonąć (ze
wstydu oczywiście) na medialnym stosie i zostać trwale wykluczony z życia
społecznego.
Święte sędziowskie oficjum
Mechanizm wykluczania heretyków prawa działa nie tylko w Polsce. Gdy w Stanach
Zjednoczonych prezydent George W. Bush mianował sędziami Sądu Najwyższego
osoby o konserwatywnych poglądach (Samuela Alito i Johna G. Robertsa), też
rozpętała się burza. I nikt nie udawał, że chodzi o kwalifikacje czy
umiejętności obu prawników. Jedynym powodem ich odrzucenia były nieodpowiednie
poglądy. „Prawdziwym problemem nie są jego kwalifikacje, ale fakt, że w
kwestiach filozoficznych jest on konserwatystą. W sprawie aborcji można wręcz
powiedzieć o nim, że jest skrajnym konserwatystą" – mówił o Alicie analityk
prawny CNN Jeffrey Tobin. A Robertsowi wytykano w „New York Timesie" nie tylko
jego poglądy, ale nawet zaangażowanie żony w ruchy pro life.
W Polsce wykluczenie obejmuje raczej tych, którzy chcą oczyszczenia środowiska
sędziowskiego z dawnych współpracowników (jawnych i tajnych) bezpieki,
opowiadają się za lustracją lub surowszymi karami dla przestępców. Wszyscy oni
są en bloc zaliczani do grona zwolenników IV Rzeczypospolitej lub, co gorsza,
uznawani za wyznawców megaheretyka Zbigniewa Ziobry. A to już jest
przestępstwo, którego wybaczyć nie można – porównywalne tylko z jasnym
uznaniem komunizmu za okres przestępczy lub podważaniem znaczenia i roli
autorytetów.
Te fundamenty współczesnego sędziowskiego credo, na podstawie których działa
prawnicza inkwizycja, znajdują potwierdzenie w sądowych wyrokach. To z nich
można się dowiedzieć, że o ile zarzucanie Adamowi Michnikowi, iż w swoich
wypowiedziach często za argument uznawał własną przeszłość, jest czymś, za co
należy przepraszać, to już wypominanie mu przynależności do PZPR (co akurat
prawdą nie jest) takim przestępstwem nie jest i przepraszać nie ma za co. Te
kuriozalne z punktu widzenia zdrowego rozsądku lub poczucia sprawiedliwości
wyroki są jednak głęboko spójne wewnętrznie. Jeśli bycie kapusiem nie było
niczym nagannym, a naganne i sprzeczne z konstytucją jest tylko informowanie o
tym, jeśli prześladowanie opozycji za pomocą wyroków sądowych i decyzji
prokuratorskich nie było niczym złym, to niby dlaczego czymś wstydliwym
miałaby być przynależność do PZPR? Wstydzić się natomiast powinni ci, którzy w
ogóle Michnika krytykują. Bo on, jak sędziowie, należy do kasty nowych
Mojżeszów, którzy z wyżyn własnej biografii, ale i jedynie słusznych poglądów,
mogą i powinni ogłaszać ludowi, co jest dobre, a co złe. I dlatego krytykować
go nie wolno, bo mogłoby to podważyć jego autorytet.
Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie
Dominujące poglądy na prawo i sędziów niewiele mają wspólnego z kodeksami
karnym czy cywilnym oraz z konstytucją, ale od jakiegoś czasu na całym świecie
sędziowie próbują odgrywać role, do których nie zostali powołani. Zamiast
wydawać wyroki oparte na prawie i jego interpretacji, która jest zapisana w
dokumentach lub obecna w przekonaniach większości obywateli danego państwa,
sędziowie coraz częściej próbują redefiniować pojęcie moralności, tak by było
zgodne z ich (zazwyczaj liberalno-postępowymi) przekonaniami. Nie to jednak
jest głównym problemem, lecz fakt, że w ogóle komuś przyszło do głowy, by
powierzać sędziom kwestie moralne. Nie należą one do ich kompetencji, a próba
wejścia w rolę „nauczycieli moralności" oznacza porzucenie roli sędziego.
„Nie ma też podstaw, by przyjmować, że sędziowie posiedli wiedzę i przymioty
dostateczne do podejmowania osądów moralnych w toku sporadycznych rozpraw nad
poszczególnymi przypadkami i kontrowersjami. Proces demokratyczny realizowany
przez instytucje polityczne odpowiedzialne przed narodem nie jest tak
beznadziejnie wadliwy, by zastępować go mentorstwem sądów" – wskazywał na
łamach „First Things" Gregory C. Sisk, wykładowca prawa z Uniwersytetu
Drake’a. To, co jest prawdziwe w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych, jest tym
bardziej prawdziwe w odniesieniu do Polski, gdzie sędziowie, inaczej niż
politycy, nawet