Na naszych oczach mit smoleński staje się oficjalną ideologią państwową. A jest on oparty na wielopoziomowym fałszu.
Może więc warto przypomnieć sobie rzeczywiste dokonania śp. prez. Lecha Kaczyńskiego:
studioopinii.pl/pawel-czyzak-maz-marii-ale-nie-stanu/
"Prezydent Lech Kaczyński był podobno w bezpośrednich osobistych kontaktach miłym człowiekiem, gawędziarzem z dużą wiedzą historyczną. Podobno, ponieważ co oczywiste, większość współobywateli nie miała okazji się o tym przekonać.
Czym innym jest powszechna wiedza rodaków o Lechu Kaczyńskim jako osobie publicznej, sprawującej urząd prezydenta. Zapowiadane pomniki Lecha Kaczyńskiego, place czy ulice mające nosić jego imię mają być dedykowane Prezydentowi RP, a nie Lechowi Kaczyńskiemu – sympatycznemu gawędziarzowi. A prezydentem Kaczyński nie był dobrym, podobnie jak nie był sprawnym politykiem. Prezydentura Lecha Kaczyńskiego okazała się, jak do tej pory, najgorzej ocenianą przez opinie społeczną prezydenturą po 1989 roku (pomijając Wojciecha Jaruzelskiego). Lechowi Kaczyńskiemu udało się ustanowić swoisty rekord – tylko przez pierwsze trzy miesiące urzędowania miał przewagę ocen pozytywnych nad negatywnymi.
Komunikat z badań CBOS nr BS/82/2010
wykres
Prezydent Kaczyński swoimi działaniami nie wzmacniał pozycji Polski w Europie. Małostkowe i pełne kompleksów podejście brało górę nad racją stanu i dobrem wspólnym Polaków.
Przykładem takiego postępowania jest tzw. afera kartoflana. W dniu 26 czerwca 2006 w berlińskim niskonakładowym dzienniku „die tageszeitung” (taz) na ostatniej stronie, mającej charakter jednoznacznie satyryczny, pojawił się tekst zatytułowany „Nowe polskie kartofle” wyśmiewający w niewybredny sposób uprzedzenia antyniemieckie braci Kaczyńskich. Dziennikarze „taz” kpili już wcześniej ze wszelkich autorytetów – od papieża i kanclerza federalnego po irańskich ajatollahów i Władimira Putina.
W efekcie jednak „obrażony” Lech Kaczyński odwołał swój udział w spotkaniu z kanclerz Niemiec i prezydentem Francji z okazji 15 rocznicy powołania Trójkąta Weimarskiego. Oficjalnym powodem były zaburzenia przewodu pokarmowego. Zaburzenia te trwały prawdopodobnie dość długo, bo do następnego spotkania szefów państw w ramach Trójkąta Weimarskiego doszło dopiero w roku 2011, gdy Polskę reprezentował Bronisław Komorowski.
Na potrzeby dania odporu satyrze, która w innym przypadku nie byłaby w ogóle zauważona w Europie, zaangażowano cały aparat państwowy. Tekst satyryczny potępił premier Marcinkiewicz, natomiast minister spraw zagranicznych Anna Fotyga zażądała interwencji władz niemieckich, a ambasador polski w Niemczech wystosował list do redakcji.
Tym razem już wysokonakładowa prasa europejska odniosła się do zaistniałej sytuacji. „Süddeutsche Zeitung” donosił, iż odmowa przyjazdu do Weimaru Prezydenta RP jest skandaliczna. Stwierdzono także: „Kaczyński tak często wyrażał się nieprzychylnie o UE, że nie można uwierzyć w jego chorobę”. W „Financial Times” pisano, iż władze polskie zareagowały z wściekłością na satyrę pisemka z Berlina. Najwyżsi państwowi dygnitarze wytoczyli najcięższe armaty przeciwko kilku rozwydrzonym pismakom znad Szprewy.
Komentator pierwszego programu telewizji niemieckiej publicznej ARD przypuszczał, że polski prezydent padł ofiarą „złośliwego wirusa niemieckiej wolności prasy”. Niemiecki dziennikarz przypominał, że kiedy rząd brytyjski z powodu uroczystości urodzin królowej poprosił prezydenta Kaczyńskiego o nieznaczne przesunięcie terminu wizyty, ten po prostu odwołał podróż do Londynu bez żadnych konsultacji ze swym MSZ.
Po wygranych przez PO wyborach w 2007 roku, prezydent Kaczyński pozostawał prawie cały czas w sporze z rządem Donalda Tuska. Prezydent próbował prowadzić własną politykę zagraniczną inną od linii prezentowanej przez polski rząd. Apogeum tego sporu był tzw. spór o krzesło. W dniach 15-16 października 2008 w Brukseli odbył się szczyt UE, czyli spotkanie Rady Europejskiej poświęcone głównie sprawom ekonomicznym, w szczególności światowemu kryzysowi na rynkach finansowych, ale także pakietowi klimatyczno-energetycznemu oraz sprawom imigracyjnym. Premier Donald Tusk jechał na ten szczyt z ministrem finansów Jackiem Rostowskim.
Nieprzewidziana obecność prezydenta Kaczyńskiego na szczycie, oprócz ryzyka prezentowania niejednolitego stanowiska ze strony Polski, sprawiała żenujące problemy techniczne – także z powodu ściśle wyliczonej liczby miejsc siedzących przy stole obrad. Wspólną obecność prezydenta i premiera na brukselskim szczycie Polacy zapamiętali jako obrazek: prezydent klepiący z satysfakcją po plecach premiera.
Sukcesem prezydenta Kaczyńskiego mogły być co prawda negocjacje Traktatu Lizbońskiego, ale odwlekanie przez ponad półtora roku złożenia podpisu pod dokumentami ratyfikacyjnymi, spowodowało najpierw zdziwienie wśród przywódców państw UE, które przerodziło się w niemożność zrozumienia jego pozbawionych konsekwencji działań."