casey80
31.12.09, 18:21
Nie mam w zwyczaju opisywać na forum swoich problemów, ale nie bardzo mam z
kim porozmawiać bo zostałam sama =/ Potrzebuje, żeby ktoś obiektywnie spojrzał
na moja sytuację bo zwariuję...za tydzień zaczynam terapie dla
współuzależnionych, myślę, że powinnam, do tego czasu muszę jakoś wytrzymać...
Po prawie 10 latach związku odeszłam od człowieka, który mnie niszczył
psychicznie, miał być ślub, odwołałam wszystko, po ostatniej awanturze (on
pije, strasznie...) coś we mnie pękło, w końcu doszłam do wniosku, że nie
chce, nie mogę i co najważniejsze nie muszę tak żyć. Mam 30 lat, a czuje się
jakbym miała 80. Musze o siebie zadbać, bo kto inny to zrobi. Jest mi ciężko,
i jestem zła na siebie, że tak długo pozwalałam sobą pomiatać i wierzyła w
puste obietnice...Jak idiotka, chciałam to jeszcze ratować, zaproponowałam
pomoc, wyciągnęłam rękę, chciałam, żeby poszedł się leczyć, żeby zrozumiał,że
jest chory. Mimo całego zła jakie mi wyrządził, wierzyłam,że te dobre cechy,
które przecież ma, zwyciężą...Wyśmiał mnie, stwierdził, że to JA mam problem
(ja to wiem, jestem współuzależniona i mam zamiar się leczyć, żeby nigdy już
nie wdepnąć w to bagno)że się zmieniłam i wymagam nie wiadomo czego.
Zostałam sama, bo o ile ja się nigdy nikomu nie skarżyłam, kiedy mnie poniżał,
mieszał z błotem, niszczył...tak on dookoła opowiada jaki to nieszczęśliwy
jest, że go zostawiłam, że on chciał się ze mną ożenić a ja wszystko
zniszczyłam. Oczywiście, jego koledzy tylko go w tym fakcie utwierdzają...jak
i jego rodzina (piją również).
Mam zamiar wytrwać, mam rodzinę, która mnie wspiera, czekali aż się ocknę,
byli przerażeni perspektywą ślubu, musiał mnie zmieszać z błotem,żebym
otrzeźwiała w końcu =/ mimo to boje się, nie wiem czy dam radę...