12malwina
13.06.10, 00:02
wymiotuje krwią, jest biało-żółty na twarzy i ciele. Pił dwa
tygodnie (chyba) do wczoraj. Stracił przytomność więc wezwałam. Pije
od kiedy pamiętam, zawsze potem tłumaczy, że jest chory, prosi o
pomoc, porównuje alkoholizm z grypą (choroba i to i to).
Wiem, jestem współuzależniona, bo jeszcze nie kopnęłam go w d... ale
ja psychicznie mocna chyba, staram się żyć obok ale ale jest mi i
będzie jeszcze trudniej, bo mam dziecko malutkie, powiedzcie (jeśli
wiecie) gdzie jest to dno od którego podobno można się odbić. Ja się
wstydzę świata,że z nim jestem i kryję (na razie się udaje), ale
jest jeden jedyny od zawsze. Jeżdziliśmy razem na terapię raz w tyg
potem raz na dwa potem raz na trzy i w końcu stwierdził: będę
jeżdził sam..do marca to trwało, wytzymał 3 miesiące z haczykiem w
niepiciu i puścił.
Nie mogę zasnąć choć cała sytuacja z pogotowiem nie wywołała
wielkich emocji. Zastanawiam się gdzie jest to dno...co musi się
stać by alkoholik wytrzźwiał SAM DLA SIEBIE?
Wzruszyła Was moja historia? Ta jedna na milion.