promocja1000
27.12.06, 22:36
Wiem, jestem zwykłą wspóluzależnioną a mój problem jest banalny.
Pokochałam człowieka, który uwielbia marihuanę. Jest jej wierny od przeszło
10 lat i daży ją niezwykłą miłością. W jego rozumieniu jest czymś co wynosi
go ponad przeciętnośc i sprawia, że jego myślenie jest wolne od zła. Jest
czymś co sprawia, że czuje się w zgodzie ze sobą i łatwiej jest mu znieśc ten
niezachwycający świat (po marihuanie jest spokojniejszy i stac go na większą
tolerancję wobec niefajnych rzeczy, na trzeźwo jest trochę bardziej nerwowy,
niestety).
To bardzo wyrafinowany cpun, nie ma w sobie nic niepięknego. Nie pali po to
by się nawalic, pali po to żeby czuc się lepszym człowiekiem. Nie przeszkadza
mu to w wykonywaniu swoich obowiązków: codziennie rano wstaje by stawic czoła
rzeczywistości, idzie do roboty, jest cennym i cenionym pracownikiem. Zarabia
i utrzymuje dom. Zajmuje się chorą narzeczoną, mną i kotem. Zapewnia nam
(swoim kotkom, jak mówi) poczucie stabilności i bezpieczeństwa. Obydwie
czujemy się kochane.
Zawdzięczam mu właściwie wszystko. Uratował mi życie. Wyciągnął z samego dna
upadku i pomógł powstac na tyle, że moje życie nabrało znów sensu. Odbudował
moje poczucie wartości i pomógł wyjśc z alkoholizmu. Odbudował kontakty z
Dzieckiem, wskazał drogę która jest dla mnie rozwiązaniem.
Nigdy nikt nie był dla mnie tak dobry.
No i co z tego? Ile w tym prawdy? Ile ułudy?
Co jest rzeczywistością, to co jest czy to co się wydaje?
Co będzie kiedy złamie rękę i nie będzie go stac na marihuanę?
Czy ja nagle wyzdrowieję i pójdę do fabryki, żeby zarobic na grama?
Oświadczył mi się po 5 latach wspólnych zmagań z masą poważnych problemów.
Mieliśmy sporo imponujących osiągnięc i wiele zmieniło się na lepsze.
Ale maryśka jest z nami zawsze.
To jego walka.