justynn
30.11.09, 15:25
Chińska metoda na niepłodność
dziecko.onet.pl/37053,0,0,chinska_metoda_na_nieplodnosc,1,arty
kul.html
Dr Xiao-Ping Zhai pomogła zajść w ciążę setkom niepłodnych kobiet,
stosując akupunkturę i ziołolecznictwo.
Kiedy w połowie lat 90. dr Xiao-Ping Zhai zaczęła stosować
tradycyjną medycynę chińską w leczeniu niepłodności, przyjmowała w
kilku maleńkich pokojach na Harley Street. Pacjenci pięli się po
czterech kondygnacjach schodów,
by w niewielkim korytarzyku przed gabinetem spocząć na twardych
krzesłach jak zagubione i przerażone dzieci, wezwane przez
dyrektorkę szkoły.
Oprócz skomplikowanych i paradoksalnych emocji, jakie zwykle
odczuwają kobiety rozpaczliwie starające się
o dzieci, miotające się od optymizmu („Tak – w tym miesiącu może się
udać!") po panikę („Nigdy nie będę miała dziecka. Czemu właśnie
ja?"), wiele z nich miało również poczucie, że Zhai jest ich
kolejnym - oprócz samej niepłodności – wstydliwym sekretem. Gdyby
czekające w korytarzu pacjentki zdradziły przyjaciołom i rodzinie,
a zwłaszcza swym ginekologom, że aby zajść w ciążę, sięgnęły po
akupunkturę i napary z ziół, byłby to ostateczny dowód, że w walce o
dziecko zupełnie straciły rozsądek.
Zhai spotkałam po raz pierwszy sześć lat temu, gdy Michael Dooley,
ginekolog i specjalista ds. niepłodności,
dawniej z londyńskiego szpitala Lister, a obecnie szef własnej
kliniki w Dorset, powiedział mi o jej niezwykłej skuteczności. W
latach 1995-2000 Zhai leczyła 224 pacjentek (średnio 37-letnich)
metodami tradycyjnej medycyny chińskiej. Po co najmniej półrocznej
kuracji 76 procent z nich zaszło w ciążę.
Z tego grona 77 procent urodziło, a spośród 23 procent, które
poroniły, 69 procent doczekało się dziecka nieco później. W 2000
roku najlepsza klinika leczenia niepłodności w Wielkiej Brytanii
chwaliła się sukcesem rzędu do 38,8 procent.
U Zhai szanse na sukces, czyli urodzenie dziecka, wynosiły około 70
procent.
- Nie wiem, co ona robi – mówił mi Dooley.
- Zupełnie tego nie rozumiem, ale ma niesamowite wyniki i pozostaję
na to otwarty.
Sam zaczął kierować do niej najtrudniejsze przypadki, z których
wiele nie nadawało się do zapłodnienia in vitro
z powodu wieku, liczby pozostałych komórek jajowych czy też stężenia
hormonu FSH (które wzrasta w czasie menopauzy). Były to kobiety, u
których - na podstawie tradycyjnej diagnozy - nie było źdźbła
nadziei na poczęcie naturalne lub dzięki metodom wspomaganego
rozrodu (w niektórych klinikach wiele z nich nie kwalifikowałoby się
do żadnej terapii). Zhai ze swoimi ziołami, akupunkturą i
dziwacznymi praktykami – oraz konsultacją w duchu tradycyjnej
medycyny chińskiej - była według Dooleya gabinetem ostatniej szansy.
Ale jak się potem okazało, był to zaledwie początek kariery Zhai.
Dziś, gdy siedzę naprzeciwko niej,
widzę tak samo drobną i uprzejmą kobietę, jaką pamiętam z pierwszego
spotkania. Zmieniły się tylko jej włosy.
Zamiast gładkiego, zaczesanego do góry koka ma dziś miękko
układające się, sięgające ramion loki. (...)
- Spotkałam tyle kobiet. Wiem, że to działa – mówi Zhai. Mało
powiedziane.
W ostatnich pięciu latach niemal podwoiła liczbę pacjentek. W ciągu
tygodnia przyjmuje ich od 50 do 80, niektóre z zagranicy. Ma teraz
dwie asystentki i pomoc medyczną; gabinety są pięć razy większe,
jest ich też więcej.
Pacjentki nadal dowiadują się o niej pocztą pantoflową, choć coraz
częściej trafiają z polecenia „oficjalnych” specjalistów, takich jak
Michael Dooley i Stuart Lavery, dyrektor oddziału in vitro w
szpitalu Hammersmith, który utrzymuje z Zhai stały zawodowy kontakt,
by maksymalnie zwiększyć szanse kobiet na skuteczne zapłodnienie.
Pomaga w tym fakt, że jeszcze przed przyjazdem do Wielkiej Brytanii,
pracując w Chinach jako pediatra Zhai
poznała medycynę zachodnią. Zna więc kliniczną terminologię medyczną.
- Zdarzały się u nas ciąże, w których sukcesie Zhai miała kluczowy
udział. Rzadko spotyka się kogoś,
kto stosuje terapie alternatywne z tak dużym stopniem wiarygodności,
ale siłą Zhai jest to, że nie hołduje ona wyłącznie własnej
filozofii. Pracuje z nami, a nie przeciwko nam, i właśnie to
zazębianie się z medycyną zachodnią czyni ją tak wyjątkową. Nie
wiem, czy jej sukces jest pochodną stosowania akupunktury, ziół czy
też tego, że po prostu jest bardzo, bardzo dobrym lekarzem – co ma
wielkie znaczenie – ale jej sukcesy robią wrażenie.
My, lekarze z kliniki, jesteśmy przekonani, że wnosi ona zupełnie
nową jakość – mówi Lavery.
Skala sukcesu Zhai pozostaje zjawiskowa. Na przykład w samym 2005
roku pomogła zajść w ciążę 61 kobietom
– było to 80,3 procent jej ówczesnych pacjentek; 45 z tych kobiet
urodziło w terminie.
Wieści o wyjątkowych talentach szybko się rozchodzą. Zhai regularnie
lata na międzynarodowe konferencje.
- Widziałem jej wystąpienie w sali pełnej specjalistów od
niepłodności z całego świata – mówi Dooley.
- Spotykałem ją na konferencjach medycznych i specjalistycznych
seminariach. Jest fantastyczna.
Z tego właśnie powodu Clare Lewis-Jones, szefowa Infertility Network
UK [brytyjska organizacja wspierająca
osoby z problemem niepłodności – przyp. Onet] wyznaczyła ją na
pierwszego mówcę zbliżającego się Fertility Show
w Londynie. Zhai ma też umowę z Centrum Leczenia Niepłodności w
Londynie (LFC), które pozwoliło jej korzystać
ze swego zaplecza medycznego do prowadzenia zabiegów unasienienia
domacicznego [inseminacji, IUI – przyp. Onet] w oparciu o cykl
naturalny, i to bez utraty kontroli nad leczeniem pacjentki. W
takich zabiegach nie stosuje się leków
ani procedur inwazyjnych – na początku owulacji nasienie umieszcza
się po prostu w pobliżu jajowodu. Zhai mówi,
że skorzysta z tego u pacjentek, u których jej zdaniem zapłodnienie
in vitro nie jest konieczne,
ale dla których liczy się czas.
Minusem medycyny chińskiej jest to, że to powolny proces – tłumaczy
Zhai.
- Zwykle doprowadzam do tego, że organizm kobiety staje się bardzo,
bardzo gotowy na ciążę i wtedy czekamy,
aż się uda. Takie kobiety nie potrzebują zapłodnienia in vitro, nie
wymagają inwazyjnych procedur ani drogich leków. Dawniej po coś tak
naturalnego jak inseminacja wysłałabym je do specjalisty, ale
wiedziałabym też,
że kobieta wróci do mnie z płaczem mówiąc, że klinika odmówiła
czegoś tak mało zaawansowanego technicznie
i że skierowano ją na in vitro albo mikromanipulację ICSI
[pozaustrojowa metoda bezpośredniego wprowadzenia plemnika do
komórki jajowej]. Bardzo mnie to frustrowało.
- Ta nowa umowa z Centrum Leczenia Niepłodności jest szalenie ważna -
dodaje. – Procedura IUI nie jest niezbędna każdej kobiecie i nie
będę jej wykorzystywać bez potrzeby, ale zyskuję kolejny sposób na
skrócenie cyklu terapii i zachowanie kontroli nad leczeniem
pacjentki.
Pierwsza – i dotąd jedyna – kobieta, którą Zhai odesłała do centrum
LFC, skutecznie poczęła przy drugiej próbie,
mając 43 lata. Amanda wyszła za mąż w wieku lat 40 i od razu zaczęła
próbować zajść w ciążę - bezskutecznie.
Teraz ma urodzić 1 stycznia i nie posiada się ze szczęścia.
- Mam 44 lata – mówi. - Nim trafiłam do Zhai, miałam trzy
inseminacje i in vitro, a prowadzący mnie lekarz nie dawał mi
żadnych szans mówiąc, że jestem za stara a moje komórki jajowe są
zbyt słabe. Przychodziłam do Zhai w 2008 roku, a potem poddałam się
inseminacji w centrum LFC - zaszłam w ciążę, ale poroniłam. Za
drugim razem, w kwietniu, udało się. Miałam 43 lata. Nadal nie mogę
w to uwierzyć. To mogło się zdarzyć tylko dzięki niej – nie tylko
poprawiła u mnie jakość komórek jajowych, ale też inseminacja w
Centrum pod jej nadzorem wyglądał