tak skwitował mój mąż moją dzisiejszą wizytę u lekarza ginekologa. Poszłam z
problemem spóźniającej sie już ponad 2 tygodnie @ (& wykluczona). Lekarz, o
którym piszę, to emerytowany ginekolog, pracujący w szpitalu na pół etatu i w
przychodni. Po raz pierwszy trafiłam do niego 6 lat temu, kiedy mimo,iż rok
byłąm mężatką, nie mogłam pozbyć się lęku przed współżyciem. Stwierdzono u
mnie pochwicę (okropna choroba polegająca na mimowolnym skurczu mięśni pochwy
uniemożliwiająca normalne współżycie, a tkwiąca gdzieś głęboko w głowie). Pan
O. był jedynym lekarzem, który nie kazał mi czekać i sie wyluzowywać tylko...
zaczął działać. Spędziłam w jego prywatnym gabinecie długie godziny, gdzie z
uporem maniaka "badał mnie", wkładał coraz to większe wzierniki, tłumaczył,
spojnie mówił jak mam sie wyluzowywać, jednym słowem, wyłaził z siebie, zeby
mi pomóc. Jeśli ktoś zetknął sie z problemem pochwicy, to wie, iż to
jest "podarunek od losu" na całe życie, jeśli nie trafi sie na kogoś, kto
faktycznie chce i może pomóc. Któregoś dnia w czasie "ćwiczeń" po prostu na
siłę wsadził palucha. Dostałam spazmów, uciekłam z gabinetu, przestraszyłam
sie okropnie. I to był mój "pierwszy raz" (dodam, że wcześniej nie byłam
dziewicą, bo błonę dziewiczą miałam przecinaną w narkozie w klinice Salve).
Po miesiacu nieudanych prób z mężem, znów do niego (gina) wróciłam. Powitał
mnie słowami "wiedziałem, ze wrócisz". I znów długie miesiące ćwiczeń, próśb,
błagań o wyluzowanie, rozkurczenie, itd. I znów bez efektu. Któegoś dnia,
wziął na "spytki" mojego M. Do dziś nei wiem, o czym rozmawiali, ale trwało
to ok. godziny, którą ja spędziłam w samochodzie. Następnie po tej rozmowie,
M. dostał od gina viagrę (żeby na pewno nie zawiódł w czasie starań, które
musiały być poczynione w konkretnym czasie), a ja... zastrzyki znieczulające
jak do szycia po porodzie. Po zastrzykach kazał nam jchać do domu,
przysi,agł, że jestem znieczulona, że nie będzie boleć. Viagra zadziałała
super

)) i już pierwsze podejście skończyło sie sukcesem. Zadzwoniłam potem
do dr O. i powiedziałam, ze udało się, wreszcie po 3 latach leczenia u niego.
Nie potrafiłam słowami wyrazic swojej wdzięczności. Zapytałam go, czy jeśli
zastrzyki przestaną działać, to też nie będzie już problemu. Zamilkł na
chwilę, a potem zapytal :" jakie zastrzyki??? Agniecha, ja ci wodę
destylowaną wstrzyknąłem. Gdybym dał faktycznie zastrzyki znieczulające, to
cała terapia minęłaby sie z celem". Zbaraniałam, ale i tak byłam szczęśliwa.
Różnie się to nasze "pożycie" układało. Nigdy nie było "w pełni normalnie",
tak mi sie wydaje. Potrafiłam i potrafię współżyć z mężem, ale... zawsze
wiąże się to dla mnie z panicznym strachem i wizją bólu. Nie mogłam zajść w
ciążę, miałam cykle bezowulacyjne (też efekt psychicznej blokady przed
współżyciem). Wreszcie po 6 latach leczenia hormonami zaszłam w upragnioną
ciążę w yniku 6 iui. Adaś urodził się 18 czerwca 2004r., przez cc, a my znów
rozpoczęliśmy starania o drugiego maluszka i nic. Znow mam za sobą 3 nieudane
iui, teraz przygotowuje się do hsg (jedno juz miałam, przed ciążą z Adasiem,
i, o dziwo, przeżyłąm je bez żadnego znieczulenia, co uważam za ogromny
sukces właśnie dr O.). 3 tygodnie spóźnia mi sie @, więc postanowilam wybrać
sie do lekarza. W lokalnej gazecie trafiłam na reklamę przychodni, w któej
jednym z lekarzy ginekologów jest dr O. Szczerze mówiąc baaaaardzo się
ucieszyłam, bo jakoś temu lekarzowi bezgranicznie ufam. Poszłąm dziś do
niego, i.... no właśnie. Najpierw rozmowa (długi, wyczerpujący wywiad), nie
tylko na temat daty ostatniej miesiaczki, ale także omówienie mojego problemu
pochwicy, pytanie o stosunki w tej chwili, czy sprawiają mi przyjemność, czy
potrafię sie wyluzować itd. potem badanie i wyrok "jeszcze dziecinko nie
wszystko z tobą w porządku, jeszcze długa droga przed nami, nie umiesz sie
wyluzować, jesteś spięta, nierozluźniona". Stwierdził, ze dalej
trzeba "ćwiczyć", a mnie się słabo zrobiło, bo wiem, jakie katusze
przeżywałam w związku z "ćwiczeniami". Myślałam, ze jest już ok., skoro
stosunki się udają i dają satysfakcje nam obydwojgu. Wtedy padła NIEMORALNA
PROPOZYCJA. Lekarz kazał mi... ZMIENIĆ PARTNERA (kazał, to może za dużo
powiedziane... zaproponował). Stwierdził, że może taka terapia byłaby
skuteczna, kazał rozejrzeć się wokół, czy jest jakiś facet, który pociąga
mnie na tyle, ze byłabym w stanie mu się oddać. Mało tego, wyraźnie
zasugerował, że... może to zrobić sam w swoim gabinecie. Stwierdził, ze poza
tym, ma jeszcze kolegów ginekologów, którzy uprawiają takie praktyki.
Stwierdził, że jeśli chcę dziecko, to... żebym wybrała sobie takiego troche
podobnego do mnie lub do meża, żeby w razie wpadki mąż sie nie domyślił.
Zdębiałam, dziewczyny. JAK ON MÓGŁ???????????!!!!!!!!!! Przecież on mnie
namawiał do .... zdrady

((((((. Przyszłam do domu i jeszce w butach i z
torebką na ramieniu niemal w drzwiach opowiedziałam wszystko M. Czułam sie,
jakbym JUŻ go zdradziła. M miał ochotę w tej samej chwili iść do niego i dać
mu w mordę. Zatrzymałam go, bo po co wywoływac skandale? Mój problem jest na
tyle wstydliwy, ze lepiej, aby nie wiedziało o nim pół miasta. Czuję sie
zbrukana, okropnie. Potraktował mnie jak k.... Jak on mógł????? Lekarz, do
którego miałam takie nieziemskie zaufanie, który tak mi pomógł... Staram sie
go zrozumieć, ale nie potrafię. Z taką metodą "leczenia" jeszcze w życiu sie
nie spotkałam

((. Przepraszam, musioałam to wywalić z siebie. Agnieszka.