Było tak, rok prob, dwoch lekarzy zalecajacych dalsze proby („bo teraz to po
dwoch latach dopiero się diagnozuje”

, wreszcie specjalista, badania
hormonalne, monitoring jajeczkowania i diagnoza „cykle bezowulacyjne|”, ale
zalecona jeszcze jena kontrola. Na nią już nie poszłam. Miałam się zaszczepić
przeciw żółtaczce i w planach laparoskopia, której się strasznie bałam. ( w
ten sposób mineło 5 miesięcy)
W miedzyczasie kryzys w małżeństwie i świadomość, ze walka będzie samotna. No
ale tak się złozyło, ze mąż dojrzał, zaczęło mu zależeć, pojął, ze to może
być nie jego wina (długo siebie obwiniał) no i w styczniu już razem byliśmy u
lekarza. Lekarz podjał decyzję, ze jeszcze raz mnie zmonitorujemy....No i
okazało się, ze jest ładny pecherzyk, ze najprawdopodobniej peknie (jutro mam
isc sprawdzic, czy to zrobił w weekend)
Oczywiście wszystko fajnie – tylko myslalam, ze już mam diagnoze, a tu się
może okazac, ze jednak to nie to...
A może ktos mnie pocieszy i powie, ze w ciagu tych kilku miesiecy moglam się
zwyczajnie „naprawic?”
Pragne tylko zanaczyc ze pewien znajomy, znajomych o pewnych
parapsychologicznych zdolnosciach nie znajac mnie powiedzial kuzynce, ze ja
bilogicznie mogę mieć dzieci, tylko psychicznie jestem zablokowana i mam dac
sobie czas, ze jak uwierze w swoja milosc i malzenstwo problemy się same
rozwiaza. Dziewczyny napiszcie czy można w to wierzyc? Czy ja już na glowe
upadlam?