Witajcie dziewczyny! Od siedmiu lat staraliśmy się z mężem o dziecko.
Przeszliśmy badania, które wykryły u mnie PCO, u męża raczej słabe parametry
nasienia. W 2004 i 2005 roku leczyłam się hormonalnie, miałam stymulowane
cykle - bez efektu. Na zakończenie podeszliśmy do inseminacji- bez efektu.
Odpuściliśmy sobie, a dwa lata temu adoptowaliśmy synusia (cudo facet

) żyłam
sobie spokojnie, uleczona z marzeń o brzuchu, ceniłam sobie nawet to, że nie
dane mi było nigdy poczuć, jak to jest być w ciąży. I nagle bum- okazało się,
że nieoczekiwanie, bez żadnego wspomagania ,"wpadłam"

Nie dane mi było
jednak dane długo cieszyć się ciążą, bo pojawiły się plamienia. Niestety,
poroniłam - to był 6 tydzień. W piątek mam być na kontroli w szpitalu, być
może czeka mnie laparoskopia (torbiele). Czy to był żart Pana Boga czy może
znak, ze powinnam znów podjąć leczenie? Mąż jest sceptycznie nastawiony, a ja
boje się przeżywać na nowo te ciągłe rozczarowana i łzy.Co o tym wszystkim
myśleć, moje kochane?