plmg1
09.09.07, 20:02
Witam wszystkich
Właśnie wróciłam z dwutygodniowego urlopu w Kotlinie Kłodzkiej i Sudetach.
Wstępnie miałam jechać do jakiegoś kraju śródziemnomorskiego (Egipt, Turcja,
Grecja), ale za namową koleżanki w końcu zdecydowałam się na wypoczynek w
polskich górach. Niestety urlopu nie mogę zaliczyć do udanych - niech ten
wątek będzie ostrzeżeniem dla innych osób, które być może w przyszłości staną
przed podobnym wyborem. Człowiek uczy się na błędach, ja z pewnością już nigdy
go nie popełnię.
W punktach postaram się opisać w skrócie rzeczy, które najbardziej mnie
zbulwersowały...
1) Fatalne oznakowanie szlaków w Górach Bystrzyckich. Odbyliśmy pieszą
wycieczkę z Polanicy do Dusznik właśnie przez to pasmo. Osoby wybierające się
bez mapy i kierujące się wyłącznie kolorem szlaku na bank tam się zgubią. My
na szczęście dysponowaliśmy mapą, ale mimo to nie raz schodziliśmy nieplanowo
z wcześnie ustalonej trasy. Nie wiedzieć czemu szlak w pewnym momencie ginie,
po czym pojawiają się na drzewach czerwone serduszka na białym tle... Jeżeli
to jakaś ścieżka dla zakochanych to miejscowi mogliby przynajmniej pokusić się
o jakieś źródełko miłości - niestety niczego takiego po drodze nie
zauważyłyśmy.... Szczęśliwie dotarłyśmy do celu naszej podróży, ale okupione
to było dość dużą dawką stresu i niepewności. Ale mogło być znacznie
gorzej.... Gdyby wydarzyło się coś nieoczekiwanego (zasłabnięcie itp.)
wezwanie pomocy okazałoby się niewykonalne - otóż wyobraźcie sobie, że w
przeważającej części nie ma tam zasięgu telefonii komórkowej! Wydawało się, że
w XXI wieku taka sytuacja jest mało prawdopodobna, okazuje się jednak, że w IV
Rzeczypospolitej jest to na porządku dziennym. Jakoś nie wyobrażam sobie, aby
w dzisiejszych czasach coś takiego spotkało mnie w normalnym, cywilizowanym
kraju...
Trasa, o której piszę jest dość długa (około 20km), ale dopiero na jej końcu
trafiamy do schroniska pod Muflonem. Uważam, że po drodze powinny znajdować
się przynajmniej dwa podobne obiekty, w których można by w spokoju usiąść i
napić się piwa... Jako zaletę wymienionego wcześniej schroniska napiszę, że
serwuje on znakomite dania regionalne - pierogi dusznickie i sudeckie. Jedne z
nich z soczewicą, drugie z kaszą gryczaną i mięsem. Jest też znakomity żurek.
Ale to tylko mała dygresja...
2) Wody mineralne - w okolicach jest pełno odwiertów i pijalni wód mineralnych
(Polanica, Duszniki, Kudowa, Lądek). W przewodniku wyczytałyśmy, że mają one
bardzo różnorodne działania lecznicze i mimo niezbyt dobrego smaku (delikatnie
powiedziane) działają zbawiennie na organizm. Będąc w Dusznikach
wypróbowałyśmy kilka źródeł (konkretnie zdroje: Jacek i Agatka), a mając w
pamięci ich dobroczynne działanie pokusiłyśmy się również o zapasy na następne
dni. Nazajutrz było tragicznie. Mimo ładnej pogody spędziłyśmy cały dzień na
zmianę w toalecie. Nic dziwnego - tego samego dnia w naszych butelkach
wytrącił się brunatny osad, który z pewnością był przyczyną naszych
żołądkowych dolegliwości. Ludzie - nie pijcie tych świństw, jeżeli Wam życie
miłe! Wydawało mi się, że pewne przepisy sanitarne obowiązują i źródła przed
ich udostępnieniem dla kuracjuszy poddawane są procesom filtracji i
oczyszczania... Wytrącony osad w naszych butelkach sprawił, że moje
przypuszczenia zostały w brutalny sposób zweryfikowane. Z pewną rezerwą będę
podchodzić od tej pory do wody butelkowanej, choć jak dotąd z osadem w nich
się nigdy nie spotkałam.... A może miałyśmy pecha i tylko Jacek i Agatka
okazały się tak feralnymi źródłami (ze zrozumiałych względów w trakcie pobytu
nie dokonywaliśmy kolejnych "degustacji", więc nasza wiedza jest w pewien
sposób ograniczona....)?
3) Śnieżnik - na widokówkach z okolicy na szczycie Śnieżnika figuruje wieża
widokowa, która skłoniła nas do zdobycia niniejszego szczytu. Wejście okupione
zostało dość dużym wysiłkiem. Uważam, że skandalem jest, iż nikt nie pomyślał
o zbudowaniu kolejki gondolowej (lub choć wyciągu krzesełkowego) na najwyższy
szczyt Sudetów Wschodnich, skróciło by to znacznie czas potrzebny na jego
zdobycie... Ale nie to jest w tym momencie istotne - po wejściu na rozległy
wierzchołek okazało się, że wieża widokowa została podobno wysadzona 30 lat
temu i ostały się jedynie gruzy. Szczerze mówiąc poczułyśmy się oszukane i
mimo całkiem fajnych widoków już do końca dnia miałyśmy minorowe nastroje.
Zostały one znacznie pogłębione po złożeniu wizyty w położonym nieopodal
Schronisku PTTK. Aby dostać upragniony posiłek należało odczekać w
półgodzinnej kolejce. Pot lał się z naszych ciał, gdyż pomimo wcale nie
niskiej temperatury na zewnątrz wszystkie otwory okienne były szczelnie
zamknięte. Ciepło wydobywające się z kuchni potęgowało duchotę. Gdyby taka
sytuacja spotkała nas w innym miejscu nie spędziłyśmy tam nawet chwili.
Niestety w pobliżu nie było żadnej alternatywy, prowiant się skończył, nie
miałyśmy też ze sobą zapasowych puszek piwa. A więc zmuszone byłyśmy do
skorzystania z usług lokalnego "monopolisty". Sądzę, że budowa nowego
schroniska w niewielkiej odległości wymusiłaby konkurencję i podobne
dantejskie sceny wcale nie musiałyby stać się naszym udziałem...