patman
12.09.09, 10:15
Wczoraj, jadąc sobie na rowerze byłem świadkiem następującej sytuacji na Włókniarzy w Łodzi: spod klapy Punto stojącego na skrzyżowaniu zaczyna się wydobywać dymek. Wystraszona kobieta wyskakuje z samochodu i prosi innych kierowców o pomoc. Po jakiejś minucie dobiega kierowca z gaśnicą samochodową, a spod maski pojawiają się pierwsze języki ognia. Użycie gaśnicy nic nie daje, możliwe, że trzeba było podnieść pokrywę silnika. Z każdą minutą płomienie robią się coraz większe, a nikt nawet już nie próbuje przyjść z pomocą płonącemu samochodowi, pomimo kilkuset samochodów stojących już w korku - wszyscy trzymają się na bezpieczną odległość. Dopiero pojawienie się straży pożarnej (po 10 minutach) załatwiło sprawę. Moje pytanie jest takie: czy ktoś zna precedens, żeby gaśnica samochodowa przydała się w przypadku pożaru auta? Bo mam wrażenie, że te gaśnice to tylko takie atrapy, które mogą narobić więcej szkód niż pożytku.