Dodaj do ulubionych

KAVALA i okolica ???

IP: *.chello.pl 25.05.05, 09:41
no wlasnie, jak tam jest ??? czy warto wybrac sie do np. hotelu Lucy, ktory
usytuowany jest ok 1.5 km od centrum czy moze raczej wybrac Thassos ???
Obserwuj wątek
    • Gość: ruzia Re: KAVALA i okolica ??? IP: *.crowley.pl 25.05.05, 10:56
      kavalla to mala miescina portowa, zdecydowanie ladniej jest na thassos bylam tam
      w zeszlym roku ,do kavalli trzeba pojechac na 1 dniowa wycieczke.
      • bebiak Re: KAVALA i okolica ??? 25.05.05, 15:33
        Cześć,
        ja tam bym Kavali małą mieściną portową akurat nie nazwała, ale to może kwestia
        własnego uznania:-)
        Miasto, jakich wiele, z ładną wg mnie starówką [Panagia], skąd z murów
        obronnych śliczne widoki na morze i dachy budynków w Kastro, nie pamietam
        dokładnie ale dość ciekawy dom... no właśnie.. kogo... ? [zapomniałam - dopiszę
        ewentualnie po długim weekendzie], z niezłym akweduktem, z wieloma
        sympatycznymi kafejkami nadmorskimi, z dużym portem skąd można popłynąć i na
        Thasoss, ale i na niedalekie stosunkowo Limnos albo Samothrake (ja tak
        płynęłam), i z dużym dworcem KTEL-u (taki nasz PKS), skąd można się wybrać do
        Salonik, do Fillippi oczywiście, ale i do Tracji (np. piękna starówka w
        Xanthi), czy Porto Lagos.

        Co do zasady jednak wolałabym mieszkać na Thassos (i tak mieszkałam), a do
        Kavali sobie pływać kiedy potrzeba (a nie odwrotnie).

        Acha, o hotelu Lucy od zaprzyjaźnionych ze mną Greków z Aten słyszałam sporo
        dobrego, ale nie nocowałam.
        Pozdrowienia. B.
        • metnia Re: KAVALA i okolica ??? 23.07.05, 14:48
          a jaka jest tam woda w morzu? czysta? wybieram sie do hotelu tosca beach, może cos o nim slyszalas? :) pozdrawiam!
          • kocoor.com Re: KAVALA i okolica ??? 23.07.05, 18:42
            Plaża ładna i piasek, woda przejrzysta, ale kiedyś przypłynęła da nas duża
            (większa niż dwie pięści granatowo-kremowa meduza). W wodzie możesz spotkać
            rozgwiazdy i różne rybki. Byliśmy na kempingu, więc nic o hotelach nie wiem.
            Warto skorzystać z bepłatnej kolejki (przystanek na głównym placu, pod bankiem
            naroowym, na wprost informacji turystycznej (broszury nawet po polsku) i
            podjechać na zamek (widok!!!)i pomyszkować po wąskich uliczkach. Warto też
            zobaczyć akwedukt. Pozdrowienia. K.
            • metnia Hotel Tosca Beach / ITAKA 24.07.05, 01:03
              dzieki!! :) a wiesz moze ile tam kosztuja autobusy? bo hotel na ktory mam chrapke jest oddalony od centrum 6 km i mozna dojechac autobusem miejskim. czy tam jest bardzo gorzyscie? i jakie sa ceny? butelka wody 2 Euro?! Pozdrawiam!
              • kocoor.com Re: Hotel Tosca Beach / ITAKA 24.07.05, 10:59
                Niestety, nie potrafię Ci pomóc, byliśmy własnym samochodem. Co do cen, jest
                przynajmniej jeden duży sklep w centrum MATSOPOULOS (lub coś w tym stylu-
                mieliśmy problem z zapłatą kartą BPH!!!), dwupiętowy dom handlowy, ceny
                przyzwoite, również owoców. Woda na pewno tańsza niż 2 Euro. Zamek jest
                położony na stromej górze. Kavala ma swoją stronę:
                www.detakav.gr/indexen.htm,
                ale panie z informacji turystycznej na pewno udzielą Ci wszelkiej pomocy
                (jeżeli akurat nie pomylą Was z Węgrami (jak im to się zdarzyło z nami :-)))
                • Gość: A.E. Re: Hotel Tosca Beach / ITAKA IP: *.tauzen.net 24.07.05, 13:47
                  www.detakav.gr/indexen.htm
              • Gość: kawala Wszystko o Hotelu Tosca Beach / ITAKA IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.07.05, 04:41
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=203&w=25342240&a=27030281
          • Gość: ate Re: KAVALA i okolica ??? IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 31.07.05, 13:43
            Też byłam zainteresowana tym hotelem, ale negatywne opinie na róznych forach i
            w końcu potwierdzenie ich w samym biurze Itaki skutecznie mnie zniechęciły.
            Otóż bungalowy,które są na zdjęciu w katalogu są i owszem 4 gwiazdkowe, jednak
            są one przeznaczone dla gosci z zachodu i Polacy mogą co najwyzej pooglądac je
            z zewnątrz. Za to są zakwaterowani w wyżej położonych pawilonach wg jednaj z
            forumowiczek przypominających ośrodki Funduszu Wczasów Pracowniczych...
    • sandra00 Re: KAVALA i okolica ??? 25.07.05, 10:36
      2 tygodnie temu byłam w Kavali i na wyspie Thassos , jeżeli chodzi o Kavalę to
      nie mała mieścina tylko normalne miasto z portem , nazywają je greckim Monte
      Carlo jest ładne ale raczej nie nadaje się na wakacje , jeżeli chodzi o wyspę
      Thassos jest przepiękna , ja akurat byłam w Stolicy wyspy , napewno jest to
      miejsce na wakacje , pełno sklepów i knajp , piękna czysta woda w morzu itd.
      • Gość: q3a Re: KAVALA i okolica ??? IP: 62.233.201.* 27.07.05, 10:57


        Tutaj znajdziesz pare (dosłownie 3:) ) zdjęcia z kavali:
        www.pbase.com/q3a/halkidiki_2004&page=2
        Bylismy tam jeden dzień na wycieczce z Ouranopoli. Fajna droga...w pewnym
        momencie gdy pojaiwa się zarys Thasos, poniżej drogi pojawia się rajska błękitna
        plaża. Tam potkaliśmy kolegę żółwia :)

        Miasto jest bardzo sympatyczne i małe to ono nie jest na pewno. Sympatyczna
        starówka. Ale 1,5 km od centrum to jest normalne miasto. Tak więc jak ktoś lubi
        spędzać wakacje w mieście to tam jest ok...
        • antidotumm Re: KAVALA i okolica ??? 27.07.05, 11:29
          Polecam Thassos, i - upieram sie - z zamieszkaniem w stolicy: pieknie,
          nastrojowo, grecko, dobra komunikacja.
          Bylam w Grecji.... 11 razy, ale Thassos byl najpiekniejszy!
          • Gość: martyna Re: KAVALA i okolica ??? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.07.05, 12:34
            Bardzo proszę o info odnośnie Limenas, będę mieszkała ok 3.5 km od stolicy, w
            hotelu Esperides, czy ktoś wie jakie plaże warte uwagi są w okolicy?
            Pozdrawiam
            • Gość: elski Re: KAVALA i okolica ??? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.08.05, 17:40
              wlasnie wrocilam z esperides; hotel ok, kameralnie, spokojnie; do limenas
              autobusem albo piechota (po asfalcie!), albo taksowka (5 euro); plaze:
              "hotelowa": skrawek piasku, piasek,lezaki i parasole, woda pzrezyta, na
              wieczoran kapiel swietna; na dluzsze plazowanie autobusem za 1 E Pachis beach
              (tu tez bdbra tawerna), albo z pzresiadkami Golden beach; mozna pojsc w gory:
              200 m od wyjscia z esperides w strone limenas droga gruntowa w las i w gore;
              piewrsze wieksze 'skrzyzowanie": w lewoo limenas, w prawo rachoni. uwaga!
              koniecznie bardzo duzop wody, bo na gorze susza; robilismy tez inne wycieczki w
              gory, mimo ze wszyscy straszyli weami; widzielimy jednego, rozjechanego przez
              samochod.pzdr.
              • bebiak Re: KAVALA i okolica ??? 02.08.05, 19:07
                Gość portalu: elski napisał(a):

                > robilismy tez inne wycieczki w gory, mimo ze wszyscy straszyli weami;
                >widzielimy jednego, rozjechanego przez samochod

                Przepraszam Elski, nie obraź się na mnie - nigdy nie czepiam się literówek ani
                takich innych ale tutaj nie rozumiem (a to dla mnie ważne): czym Was
                straszyli?
                Wiesz, tak pytam na przyszłość, bo Thasoss to ja z synem na piechotę złaziłam,
                hmmm, nawet ku zaskoczeniu większości do Kastro z wioski Theologos wybraliśmy
                się na piechotę przez góry (błądząc zresztą nieźle i raniąc łydki niemożliwie o
                niskie krzewy, ale jakoś dotarliśmy). Spotykaliśmy tylko kozy, całe stada kóz i
                żadnego człowieka - tak mi jakoś na wspomnienie ale w sumie wrażenia wielkie.
                Pytam, bo co do zasady łazikuję bo jakichś takich dziwnych terenach w Helladzie
                i wolałabym wiedzieć.
                Przepraszam, ale dopytam: czym Was straszyli?
                Wybacz jeśli Cię to uraziło (daleka jestem od czepiania się).
                Pozdrowienia serdeczne. B.
                • Gość: A.E. Re: KAVALA i okolica ??? IP: *.tauzen.net 02.08.05, 19:19
                  bebiak napisała:
                  Przepraszam, ale dopytam: czym Was straszyli?

                  Wydaje mi się, że chodziło o węże, ale nie jestem pewna.
                  Słyszałam od "moich" Greków, którzy mieszkają w Kavali, że na Thassos w górach
                  można spotkać żmije:-( i może o to chodziło. Ale też jestem ciekawa
                  potwierdzenia czy o to chodzi, zwłaszcza że się tam wybieram:-)
                  Pozdrawiam, Ania.
                  • bebiak Re: KAVALA i okolica ??? 02.08.05, 19:25
                    Gość portalu: A.E. napisał(a):

                    > Wydaje mi się, że chodziło o węże, ale nie jestem pewna.

                    Hmmm, nie wiem dlaczego ale pomyślałam o wilkach (pewnie bzdura).
                    Węża to spotkałam raz - na Kos, na wiejskiej drodze pomiędzy jakimiś polami.
                    Śmignęło mi to dość kobylaste bydlę (myślę, że ok. metra - wiło się stąd
                    dokładnie nie wiem) tuż przed przednim kołem roweru. Alem się strachu wtedy
                    najadła (dobrze, że z synem byłam - wzajemnie się uspokajaliśmy), zwłaszcza, że
                    wyobraźnia zaczęła działać: co by się stało jakby nie zdążył uciec i
                    wjechałabym na cielsko. Ech, Hellada:-)
                    Pozdrowienia. B.
                    • aska2000 Re: KAVALA i okolica ??? 02.08.05, 19:46
                      bebiak napisała:

                      > Gość portalu: A.E. napisał(a):
                      >
                      > > Wydaje mi się, że chodziło o węże, ale nie jestem pewna.

                      > wyobraźnia zaczęła działać: co by się stało jakby nie zdążył uciec i
                      > wjechałabym na cielsko. Ech, Hellada:-)
                      > Pozdrowienia. B.

                      Łożesz ty...!
                      Bebiaku drogi- gęsią skórkę poczułam czytając..:-((
                      Spotęgowaną zresztą przez skojarzenia "literackie"...- "Homo Faber" Maxa
                      Frischa mi się przypomniał...;-(((

                      pzdr (brrrr..!)
                • Gość: elski Re: KAVALA i okolica ??? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.08.05, 13:57
                  sorry, nie poprawilam literowek... straszono nas wezami i zmijami. ustnie. w
                  ksiazeczce "walking on thassos" (legendarna, nigdzie jej nie moglam kupic, w
                  miescie thassos odsylano mnie do kavali, w kavali proponowano tylko opracowania
                  archeologow; dostalam wreszcie kserokopie od rezydentki) rozniez przed nimi
                  ostrzegano, doradzajac trzymanie sie drog, na ktorych widac, po czym sie chodzi.
                  starym zwyczajem mielismy kij i nim postukiwalismy po trawie, kiedy trzeba bylo
                  gdzies na poboczu przysiasc. ale weza nie spotkalismy, tylko liczne jaszczurki,
                  ktore bardziej baly sie nas i niz my ich.
                  mh tez spotykalismy tylko kozy, albo slady po nich, i odciski kol samochodowych
                  - poza tym totalne bezludzie. w theologos popytywalismy o droge do kastro, ale
                  robiono tylko okragle oczy i wyrazano zdziwienie; wiec nie dotarlismy tam :(((
                  ale generalnie jest gdzie pochodzic, tylko zadnej mapy porzadnej jeszce nikt nie
                  zrobil i trzeba "na czuja".
                  • bebiak Jak doszłam z Theologos do Kastro przez góry cz. 1 04.08.05, 15:12
                    Gość portalu: elski napisał(a):

                    > w theologos popytywalismy o droge do kastro, ale robiono tylko okragle oczy
                    >i wyrazano zdziwienie; wiec nie dotarlismy tam :(((

                    To ja napiszę jak doszłam, choć - przyznam - chyba nie jestem z tego dumna:(
                    Ponieważ chyba to dość długie (przyniesione z moich wspomnień)- w kilku
                    częściach (zobaczymy jak się zmieści).
                    Rzecz miała miejsce w lipcu (druga połowa) 2002 roku, a szwędałam się z synem,
                    wówczas 17-letnim.

                    Tutaj początek:

                    Przed napisaniem wspomnień dotyczących dzisiejszego dnia muszę zamieścić tu
                    kilka słów moich przemyśleń, szczególnych przemyśleń. Kiedy nasza dzisiejsza
                    wycieczka dobiegła końca i znalazłam się w naszym hotelu w Limenas – byłam
                    doprawdy cholernie szczęśliwa, że taki dzień nam się zdarzył. I z tego powodu
                    szczęśliwa będę już zawsze. Jednak w trakcie trwania tej wycieczki byłam
                    momentami przerażona i bezradna. Pierwszy raz zdarzyły mi się w moim raju
                    takie chwile, kiedy wcale nie byłam pewna, że w moim raju nic złego stać mi się
                    nie może. Byłam wewnętrznie lekko zrozpaczona, bo nie widziałam wyjścia z
                    miejsca, w którym się znalazłam. To okrutne odczucie i pamiętam je świetnie do
                    dziś, pamiętam świetnie jak je odbierałam. Tego się na da zapomnieć tak łatwo,
                    a najgorsze jest to, że nie umiem tego przelać na papier, bo to bardzo trudne,
                    ba, chyba nawet niemożliwe. Postaram się napisać to najlepiej jak potrafię,
                    choć tak ciężko czasami jest pisać o tym, co odczuwałam wówczas. Podobny
                    dzień zdarzył mi się w ubiegłym roku na Krecie, w czasie naszego rajdu
                    rowerowego po górach, ale tam cała sytuacja była znacznie prostsza z uwagi na
                    rejony, w których się znajdowaliśmy. A tutaj? A tutaj było tak jak było i
                    cieszę się, że wszystko skończyło się w porządku, choć nie musiało. Traktuję to
                    jako pewnego rodzaju ostrzeżenie przed moimi następnymi poczynaniami. Kiedy
                    teraz przypominam sobie tamten dzień – popadam w zadumę, ale nie umiem szczerze
                    i stanowczo odpowiedzieć sobie na pytanie, czy gdybym miała raz jeszcze to
                    zrobić to nie zrobiłabym na pewno. Tak powiedzieć nie umiem. To był w końcu
                    piękny, kolejny przepiękny dzień spędzony w mojej kochanej Helladzie.
                    Wracam do tamtego czwartku.

                    c.d.n.
                    • bebiak Jak doszłam z Theologos do Kastro przez góry cz.2 04.08.05, 15:16
                      Bardzo chciałam przyjechać do wioski Theologos, bo czytałam, że warto w niej
                      zobaczyć domki pokryte takimi łupkowatymi dachami. Wkrótce znaleźliśmy się w
                      tej wiosce, bo chyba raptem tylko 15 kilometrów jechaliśmy z Potosu. Autobus
                      na takim małym placyku zawrócił i tyle go było widać. Theologos to niewielka
                      wioska, która w czasach tureckich była stolicą Thassos. Po obu stronach jedynej
                      w sumie takiej głównej drogi posadowione są z rządku niewielkie domki, a oprócz
                      łupkowych dachów zwracają uwagę ... kominy. Takie zupełnie inne niż
                      gdziekolwiek indziej: jakieś takie daszki mają te kominy, no, coś takiego. W
                      każdym bądź razie wygląda to uroczo. Wlazłam sobie po jakichś schodkach lekko
                      na górę i spojrzałam na wnętrze wyspy, górzyste, kamienne, a dachy sąsiednich
                      domków położone niżej niż ja teraz stałam – zachwycały.
                      Życie w Theologos toczy się powoli, bardzo powoli. Nie ma tego całego szumu
                      spowodowanego najazdem turystów, o, jak w Limenas. Turystów tu w ogóle chyba
                      jak na lekarstwo. No tak, ale i najbliższa plaża jest chyba dopiero w Potos, a
                      to spory kawał, a przecież przeciętny człowiek jedzie do Grecji myśląc głównie
                      o plażach (nie oznacza to wcale, że uważam się za istotę ponadprzeciętną).
                      Obeszliśmy jeszcze kościół dokoła (do środka nie weszliśmy bo był zamknięty –
                      dziwne) i klapnęliśmy w kafeterii na frappe. Siedzieli tu starsi Grecy i z
                      ciekawością, ale i z sympatią nam się przyglądali. Nikt tu nie mówił po
                      angielsku, więc znów musiałam kaleczyć piękny grecki język. Kaleczyć, to znaczy
                      dogadywać się w tym języku popełniając mnóstwo błędów (a wiem, że popełniam). A
                      dogadywać się musiałam, bo potrzebowaliśmy wskazówek, jak dojść do Kastro, jak
                      to daleko i tego typu szczegóły. Poszło mi generalnie nieźle choć nie do
                      końca, ale nic to. Jeden z Greków narysował mi plan zgodnie z innymi
                      twierdząc, że do Kastro będziemy szli około godziny. Trzy razy zwracano nam
                      uwagę na to, że przy kapliczce, którą spotkamy, a którą wyraźnie nam na planie
                      zaznaczono - mamy pójść prosto.
                      Obok kafeterii, w której właśnie siedzieliśmy, otwarto niewielki sklepik,
                      gdzie były między innymi kartki, ale niestety kartek z uroczej wioski Theologos
                      nie było. Nic wielkiego się nie stało - zrobiłam przecież zdjęcia, choć lubię
                      mieć kartki z miejsc, w których byłam. Poszliśmy sobie jeszcze tak prawie do
                      końca wioski oglądając niekiedy doprawdy piękne zakątki, a kiedy opuszczaliśmy
                      już Theologos Grecy siedzący nadal w pełnym lenistwie w naszej kafeterii,
                      pomachali nam na pożegnanie. Już przy końcu wioski wdepnęliśmy do małego
                      sklepiku, żeby zapytać gdzie mamy w tej drogi skręcić aby dojść do Kastro, a
                      młoda kasjerka wskazując nam ten skręt wielce się zdziwiła, że chcemy iść tam
                      na piechotę.
                      Poszliśmy. Początkowo nasza droga do sympatycznych nie należała, bo cały czas
                      po naszej lewej stronie znajdowało się jakieś wielkie wysypisko śmieci. Czyżby
                      tu zwożono odpadki z całej Thassos? Trochę nie chciało mi się w to wierzyć,
                      ale ilość tych śmieci była przeogromna, więc to bardzo prawdopodobne. Nad tym
                      ciągnącym się wysypiskiem fruwało mnóstwo ptaków wydających nieprzyjemne
                      dźwięki zbliżone do krakania. Tutaj, zaraz na początku tego wysypiska minął nas
                      jadący do Theologos samochód (taki zdezelowany pick-up), jedyny, jaki na naszej
                      drodze spotkaliśmy. Szło się łatwo, bo teren był w miarę płaski (mówię o
                      drodze), a sama droga posypana była jakimś żwirem czy czymś takim. Wioska
                      Theologos szybko zniknęła nam z oczu, bo droga nasza była kręta, a poza tym już
                      zasłoniły ją góry. Żadnych domostw po drodze nie było, nic, tylko te ptaki.
                      Słońce chwilowo nie tak bardzo piekło, bo od czasu do czasu zasłaniały je
                      chmury, co trochę nam życie ułatwiało. Nastroje mieliśmy dobre, choć dokąd nasz
                      wzrok sięgał dotąd nie było widać nic oprócz gór, dolin i tej drogi.
                      Minęliśmy stojący po naszej prawej stronie barak (nie sposób nazwać tego czegoś
                      domkiem), ale tam nikogo nie było. Zupełnie bezludne tereny ale droga była, a
                      jak wiadomo wszystkie drogi gdzieś prowadzą.

                      c.d.n.
                      • bebiak Jak doszłam z Theologos do Kastro przez góry cz.3 04.08.05, 15:18
                        Po jakimś czasie (nie umiem określić po jakim) dotarliśmy do małej kapliczki,
                        która mieliśmy zaznaczoną na planie. Wyjęłam ten planik i zrobił nam się
                        problem: w prawo droga była, w lewo droga była, ale prosto nie było nic, poza
                        dość ostrym zejściem do czegoś co przypominało wąwóz. Zejściem – to nie
                        znaczy, że tam była jakaś ścieżka czy coś takiego. Nie, tam nic nie było:
                        ściana wąwozu. Zdecydowaliśmy wobec tego, że pójdziemy tą drogą w lewo i tak
                        zrobiliśmy. I to był nasz błąd, och, jaki wielki błąd! A stary Grek trzy razy
                        powtarzał: przy kapliczce prosto, co nawet narysował. Boże, dlaczego wymyśliłam
                        sobie, że to jego „prosto” to musi być, no jeśli nie droga to chociaż jakaś
                        ścieżka? Tego nie zrozumiem już nigdy. Znów szliśmy, szliśmy i szliśmy, teraz
                        już drogą wśród gór, ogromnie krętą, i to co widzieliśmy, to jest gdzieś tam
                        wijącą się tę drogę nie nastrajało nas szczególnie optymistycznie. Pojawiły
                        się kozy, całe stada kóz, jako jedyne żywe (poza nami) istoty. Od czasu do
                        czasu stał sobie jakiś baraczek pasterski, ale wszystko to było puste. Pewnie
                        dopiero na jesieni ktoś tutaj przybywa i te kozy zabiera. Kiedy wzrok mój
                        dostrzegał gdzieś tam w oddali jakiś domek to wciąż mialam nadzieję, ze będą
                        jacyś ludzie, ale niestety. Idąc tak i idąc byliśmy zupełnie sami i zdani
                        tylko na własne siły. Znaleźliśmy się na rozwidleniu drogi: znów w prawo i w
                        lewo. Tu w tym miejscu leżała taka tablica z namalowanym farbą
                        napisem „Kastro”, ale wyglądało to małoczytelnie. Wychodziło nam na to, że
                        stoimy tak w linii prostej w kierunku Kastro, gdzie trzeba iść albo drogą w
                        lewo albo droga w prawo (prosto się nie dało – była skała, którą trzeba było
                        obejść) . Obok stały ule, dużo uli, co wcale tak bardzo mi się nie podobało.
                        Byliśmy już bardzo daleko od jakichkolwiek ludzi, tj. od wioski Theologos, i
                        wcale nie miałam ochoty na tym pustkowiu spotkać większej ilości os czy tam
                        pszczół.
                        Wybraliśmy drogę w lewo. Znów szliśmy i szliśmy, i znów rozwidlenie. Pośrodku
                        tablica z napisem: „Jeep safari”. No dobrze, ale dokąd, w którą stronę -
                        doprawdy trudno było zgadnąć. Tak na logikę (pamiętając o tym, że te strzałki
                        na tej tablicy tworzyły jakby okrąg) zdecydowaliśmy pójść w prawo.

                        c.d.n.
                        • bebiak Jak doszłam z Theologos do Kastro przez góry cz.4 04.08.05, 15:19
                          Przed nami wędrowalo stado kóz, a ja najadłam się strachu, bo nagle stado się
                          zatrzymało i kozy zaczęły nieprzyjaźnie beczeć. Na stoku małej górki, za nami,
                          stało małe koźlątko płacząc okrutnie. Nie chcieliśmy zrobić mu krzywdy, ale czy
                          kozy o tym wiedziały? Tygrys stwierdził, że jakoś przypadkowo znaleźliśmy się
                          pomiędzy tym stadem a małym koźlątkiem i póki ono nie dołączy do stada – kozy
                          się nie uspokoją. Kurczę, od tylu lat przyjeżdżam do Grecji, gdzie kóz
                          przecież cała masa i nie wiedziałam (i nadal nie wiem) czy kozy potrafią
                          zaatakować. Jednej kozy bym się nie bała, ale całego stada? Chryste Panie, ich
                          tam było ponad 20, w tym takie brunatno-czarne z dużymi rogami, a wokół nie
                          było nawet przyzwoitego patyka. Bardzo powoli, żeby nie stwarzać wrażenia
                          ruchu, zaczęliśmy się cofać. Najbardziej bałam się o to, żeby to koźlątko
                          nie czmychnęło w drugą stronę bo wtedy to stado mogłoby ruszyć za nim, a
                          przecież my tu staliśmy. Zupełnie nie znam się na kozach i nie wiedziałam czego
                          można się po nich spodziewać. Wycofaliśmy się na tyle daleko, że to koźlątko na
                          swojej górce stało teraz przed nami. Zaczęłam mówić: „No idź, no idź do swoich,
                          do cholery”, a ono stało i stało a tamte darły pyski i darły. Wreszcie małe
                          ruszyło biegiem, dogoniło stado, kozy odwróciły się do nas ogonami i poszły
                          dalej. Zaczęły znikać z tej drogi w małych grupkach (po dwie-trzy), skacząc
                          na lewą stronę drogi, po kamieniach, do doliny. Taaak, znów zostaliśmy sami, a
                          nasza droga przestała być drogą, stała się ścieżką, a potem i ta zniknęła.
                          Zapytałam nawet Tygrysa gdzie tu mają niby te jeepy jeździć, ale ten tego też
                          nie wiedział. Teraz po lewo mieliśmy wąwóz, albo coś co na przykład na jesieni
                          jest rzeką, tyle, że teraz jest to tylko koryto. Skakały tam sobie kozy ale te
                          mnie nie wzruszały, bo my byliśmy na górze. Nawet nie zauważyłam, w którym
                          momencie zaczęliśmy się wspinać po górach, ale myślę, że było to właśnie gdzieś
                          tutaj. Kiedy wdrapaliśmy się na szczyt i odwrócilam się – widok mnie
                          przeraził! Gdzie wzrok mój sięgał tylko góry i góry, doliny i doliny, żadnych
                          dróg, ścieżek, nic, absolutnie nic. Zapytałam Tygrysa czy w ogóle pamięta
                          drogę powrotną tj. dojście do tej tzw. żwirówki ale nie pamiętał. Myśmy tak
                          krążyli, takie koła żeśmy zataczali szukając łatwiejszych podejść, że już
                          zupełnie straciłam orientację. Sprawdziłam tak na wszelki wypadek czy w tych
                          górach komórka ma zasięg. Miała i to mi dodawało otuchy. Nie miałam przy sobie
                          numeru telefonu ani do rezydenta ani do hotelu, ale Ioannis był w Atenach i
                          miałam nadzieję, że gdyby „coś” to sprowadzi tu jakąś pomoc.
                          Dziś myślę, że było to nierozsądne wybrać się na tę wędrówkę. Kiedy potem o
                          niej opowiadaliśmy padały pytania: „A kompas mieliście?”. No, nie. „A chociaż
                          mapę gór mieliście?”. No, też nie. Mieliśmy tylko ten rysunek. Tak nierozsądnie
                          narażałam nie tylko siebie, ale i swoje dziecko.

                          c.d.n.
                          • bebiak Jak doszłam z Theologos do Kastro przez góry cz.5 04.08.05, 15:21
                            Twardo zdecydowaliśmy iść do przodu, gdziekolwiek by to nie było. My po prostu
                            nie mieliśmy już wyboru. Ogarniało mnie przerażenie: gdziekolwiek nie
                            spojrzałam, w którakolwiek stronę się nie odwróciłam kręcąc się dokoła własnej
                            osi, to dolina i kolejna góra i nic innego w zasięgu wzroku. Boże, to jest mój
                            raj, który mnie kiedyś zgubi – tak wtedy myślałam. Zapas wody nam topniał, a to
                            co zostało było już ugotowane. Czasami stok góry był porośnięty takimi
                            krzewami, dość niskimi, przez które trzeba było się przedzierać. Może to taki
                            gatunek, a może od tego, że były wypalone przez słońce, były strasznie sztywne.
                            Podrapałam nogi (głównie łydki) jak diabli. Od czasu do czasu napotykaliśmy
                            oliwkę. Czułam, że słabnę, choć nic nie mówiłam Tygrysowi. Mówiłam tylko, że
                            muszę chwilkę odsapnąć w półcieniu tej czy innej oliwki. Czasem udało mi się
                            usiąść w takim miejscu gdzie wiał lekki wiaterek. Chwilowy relaks. Byłam
                            przerażona, bo nie widziałam szansy wydostania się z tych gór. Najgorsze dla
                            mojej wyobraźni było to, że Kastro według mnie powinno być usytuowane na
                            górze, a ja na żadnej z otaczających nas gór nic nie widziałam. Bezradność
                            moja mnie dobijała i sama nie rozumiem dlaczego chciało mi się płakać (nie
                            chciałam jednak stanu mojej duszy okazywać Tygrysowi). Fatalne było też to, że
                            droga nasza nam się strasznie wydłużała, bo rzadko kiedy dało się iść w linii
                            prostej. Trzeba było wciąż omijać jakieś głazy czy większe krzaki. W pewnym
                            momencie na sąsiednim wzgórzu dostrzegliśmy mur. Odsapnęłam z wielką ulgą, choć
                            żeby się tam dostać trzeba było jeszcze zejść do doliny i znów wspiąć się na
                            górę. Póki co spotkałam kolejną oliwkę i zasiadłam w jej półcieniu. Nie byłam
                            pewna, ale wymyśliłam sobie, że ten widoczny stąd mur to Kastro. Za moment
                            doznałam szoku i przyznam szczerze, że nie bylam pewna, czy to nie jakieś
                            przewidzenie: tuż obok mnie, jakieś może 5 metrów ode mnie, szedł człowiek!
                            Zerwałam się spod tej oliwki, dopadłam tego człowieka i z błaganiem w głosie
                            pytałam prawie krzycząc (po grecku, po grecku oczywiście): „Gdzie jest Kastro,
                            gdzie jest Kastro??!! Czy ten mur, który widzę to Kastro??!!”. Chyba nie
                            wyglądałam najlepiej bo ten dość młody człowiek (pewnie pasterz kóz)
                            przyglądał mi się z takim niedowierzaniem w oczach jakby chciał zapytać skąd ja
                            się tu w ogóle wzięłam. Ja też nie dowierzałam, że go tu widzę. Okazało się,
                            że za tym wzgórzem z murem będzie dolina, potem następne wzgórze i już na nim
                            Kastro. Ocenił to na jakieś 45 minut. Nowy duch we mnie wstąpił: niech będzie i
                            trochę więcej, ale to nasz cel i jest już blisko. Ruszyliśmy. Co jakiś czas
                            widzieliśmy jakąś kozę, a od czasu do czasu - leżącą czaszkę kozy, już taką
                            obgryzioną przez inne zwierzaki czy ptaki i wysuszoną przez słońce. Jedną z
                            takich czaszek Tygrys wrzucił do plecaczka mówiąc, że będzie to jego
                            najwspanialsze trofeum. Czaszka ma zęby, a nawet różki, jest doprawdy śliczna,
                            stoi u nas na głośniku w dużym pokoju i żywo przypomina o naszym czwartku,
                            tamtym czwartku.
                            Czytając w przewodnikach wcześniej o Kastro wiedziałam, że mieszka tam raptem
                            6 osób i nie ma nawet elektryczności. Teraz zmierzając w to miejsce obsesyjne
                            myślałam tylko o tym, żeby tam ktokolwiek w ogóle był. Jak ja chciałam się
                            napić czegoś zimnego i to tak do pełna! Trudno sobie wyobrazić jak bardzo tego
                            pragnęłam. Tygrys szedł teraz w znacznej odległości przede mną. Kiedy
                            widziałam gdzie on już jest, a co jeszcze przede mną – dostawałam dreszczy, i
                            to wcale nie rozkoszy.
                            Tygrys zdobył Kastro, a ja ten ostatni odcinek pokonałam resztkami sił. Ja po
                            prostu dalej już bym nie poszła, nie byłabym w stanie, bez względu na wszystko.
                            Wcześniej zastanawiałam się nawet czy nie będę się bała spać w tych górach w
                            nocy, gdyby zaszła taka konieczność. Do nocy było jeszcze kilka godzin, ale
                            przecież były takie chwile, że nie widziałam stąd wyjścia. Teraz wyjście już
                            widziałam. Kiedy znalazłam się wreszcie koło pierwszego przy mnie z domków
                            Kastro – to położyłam się, ległam, po prostu padłam. Nic nie było w stanie
                            mnie stąd podnieść w tej chwili. Nic i nikt, nawet Tygrys, który z pewnej
                            odległości krzyknął: chodź, tu jest tawerna!

                            c.d.n
                            • bebiak Jak doszłam z Theologos do Kastro przez góry cz.6 04.08.05, 15:23
                              Podniosłam się, obejrzałam kilka domków, w tej części nikt w nich nie mieszkał,
                              a wszystkie wyglądały na opuszczone. Ale dostrzegłam wiszące przewody: to
                              znaczyło, że zelektryfikowano już Kastro. „Wioska” ta leży na wysokości 500
                              metrów npm., a założona została w XV wieku. W jednym z moich przewodników
                              wyczytałam, że była z uwagi na swoje położenie (z trzech stron urwiska, z
                              czwartej - droga polna) dobrze zabezpieczona przed piratami. Tygrys teraz
                              zasadnie podniósł czy ktokolwiek wówczas pomyślał o takich ludkach jak my w
                              ramach zabezpieczeń.
                              Dotarliśmy do tawerny. Siedział sobie tu na kamieniu jej właściciel, przy
                              jednym ze stolików - trójka Niemców, a obok stały ich motocykle. Klapnęlismy
                              przy stoliku a ten właściciel zaczął nas wypytywać (po angielsku) skąd myśmy
                              się tu znaleźli. No to powiedziałam, że przez parę godzin plątaliśmy się po
                              tych dzikich górach, ale jakoś doszliśmy. Oczy miał okrągłe ze zdumienia,
                              nagle odszedł coś tam powiedział do tych Niemców, ci się na nas jakoś tak
                              dziwnie zaczęli patrzeć, a ten przyniósł taki gruby zeszyt i powiedział, że to
                              jego pamiątkowa księga gości, mam w niej napisać, ża dotarłam tu przez te
                              dzikie góry, a ja mu na to: „Człowieku, wody, wody i frappe! Przecież widzisz,
                              że ledwo żyję!” Mnóstwo wody, zimnej, pysznej wlałam w siebie, frappe wypiłam
                              prawie jednym haustem i poprosiłam o drugą, co nie zdziwiło nikogo. Przyszło
                              jeszcze dwóch Greków i Greczynka. Wszyscy przyglądali nam się z uznaniem, bo
                              tamten oczywiście od razu przekazał w jaki sposób żeśmy tu dotarli. Zrobiłam
                              im zdjęcia i obiecałam, że wyślę. Właściciel tawerny napisał mi adres do
                              siebie: miał na imię Kostas i mieszkał w Limenarii. Pytali jak zamierzamy stąd
                              wrócić. No jak to: jak? Oczywiście tą polną drogą do Limenarii – przecież nie
                              przez góry. Na co Grecy zapytali czy my wiemy, że to 15 kilometrów. Jasne, że
                              wiedzieliśmy, bo czytaliśmy o tym wcześniej w przewodniku. Znów nam się
                              dziwnie przyglądali, ale z uznaniem i wielką sympatią. Wpisałam się do księgi
                              pamiątkowej oczywiście pisząc jak tu doszliśmy. Chyba nie musze wspominać, że
                              musiałam odpowiedzieć na mnóstwo zadawanych mi pytań. Mieliśmy oboje z Tygrysem
                              wrażenie, że jesteśmy jakimś zjawiskiem. Kosta kazał nam poczekać do
                              wieczora, bo wtedy zamyka tawernę i zwiezie nas samochodem do Limenarii.
                              Zdecydowaliśmy, że powędrujemy a on nas z tej drogi po prostu zabierze jak
                              będzie zjeżdżał w dół.
                              Cholernie miło wspominam ten krótki pobyt w Kastro, bo choć czułam się jak
                              jakieś zjawisko to było tam niesamowicie sympatycznie. Rozmawiałam z Grekami,
                              Tygrys mnie poganiał przypominając jaka droga przed nami, a Kosta powiedział,
                              że jak kiedyś jeszcze raz wybiorę się tutaj to on w tej swojej tawernie zrobi
                              specjalnie dla mnie najwspanialsze danie jakie tylko potrafi, tylko wcześniej
                              mam napisać kiedy przybędę. A ja, cielę, zapomniałam go zapytać, czy żeby
                              zasłużyć na to danie muszę przyjść tu znowu przez góry czy wystarczy tą polną
                              drogą.
                              Rozstaliśmy się z Grekami, tawerną i Kastro kierując się do polnej drogi, która
                              po przejściu 15 kilometrów miała nas zaprowadzić do Limenarii na południu
                              naszej wyspy. Jednak raj jest rajem i rajem zawsze będzie, a my czasem mamy
                              więcej szczęścia niż rozumu.

                              c.d.n.
                              • bebiak Jak doszłam z Theologos do Kastro przez góry cz.7 04.08.05, 15:24
                                Wkrótce po opuszczeniu przez nas Kastro minął nas jadący na górę mały busik.
                                Może 500 metrów przeszliśmy, a może nawet nie tyle, gdy busik wracał i
                                zatrzymał się przy nas. Wyskoczyła z niego jakaś dziewczyna (jak się potem
                                okazało –Dunka) i zapytała czy my zamierzamy tak wędrować do Limenarii.
                                Pytanie było trochę śmieszne zwłaszcza, że wyboru nie mieliśmy; ta droga
                                prowadziła tylko do Limenarii. Zaproponowała, że mogą nas zabrać bo mają w
                                busiku dwa wolne miejsca. Nie wierzyliśmy własnemu szczęściu! Busik był
                                wynajęty, prowadził go starszy Grek, a tych Duńczyków było sześcioro.
                                Usiedliśmy przy kierowcy strasznie przez wszystkich zapraszani. Pytali jak tu
                                dotarliśmy i kiedy się dowiedzieli to z pełnym uznaniem na nas patrzyli. A ta
                                droga, którą jechaliśmy teraz, była koszmarna! To tak generalnie. Wąska,
                                piaszczysta, strasznie kręta, niczym nie zabezpieczona, niektóre zakręty
                                kierowca musiał pokonywać na dwa razy, a nie przekraczał 10 km na godzinę. Ale
                                za to jakie piękne były tu widoki na góry, doliny i wąwozy. Jak tak sunęliśmy
                                po tym pustkowiu w dół to wyobrażałam sobie jak na piechotę pokonujemy tę
                                trasę i coraz mocniej dziękowałam losowi, że zesłał nam tego busika.
                                Wysiedliśmy w Limenarii i chcieliśmy dorzucić się do kosztów wynajęcia tego
                                busika ale Duńczycy nie chcieli o tym nawet słuchać. Życząc sobie wzajemnie
                                wielkich wrażeń na wakacjach tu się rozstaliśmy. Pierwszym pytaniem, które
                                zadało mi moje dziecko było: ”Czy ty masz świadomość, że my byśmy dzisiaj tej
                                drogi na nogach nie pokonali?” Jezu, tak, miałam tę świadomość, teraz ją
                                miałam.

                                KONIEC - tak właśnie z moim synem doszłam z Theologos do Kastro przez góry:-))))
                                Pozdrowienia. B.
                                • Gość: MareK Re: Jak doszłam z Theologos do Kastro przez góry IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.08.05, 23:45
                                  no cóz....
                                  www.thassos-island.com/explore/maps/ ;-)
                                  Pozdrawiam
                                  Marek
                                  • bebiak Re: Jak doszłam z Theologos do Kastro przez góry 21.08.05, 15:11
                                    Gość portalu: MareK napisał(a):

                                    > no cóz....
                                    > www.thassos-island.com/explore/maps/ ;-)

                                    No wiem, wiem Marku, to nie było rozsądne, ale ... w sumie doprawdy nie
                                    żałowaliśmy :-)
                                    Oczywiście jak doszliśmy już do Kastro to nie żałowaliśmy, bo w czasie wędrówki
                                    to... cóż, pisałam:)
                                    Zawsze jakieś nowe doświadczenie.
                                    Pozdrowienia. B.
                                    • Gość: MareK Re: Jak doszłam z Theologos do Kastro przez góry IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.09.05, 17:55
                                      Hm... nie ganię, a wręcz podziwiam. A tak na marginesie patrzyłem na tę mapę,
                                      patrzyłem i za czorta nie wiem jak pobłądziłaś. Musi diabieł ogonem drogę
                                      przykrył ;)
                                      Tak na marginesie to właśnie wróciłem z Tassos ;)
                                      Pozdrawiam
                                      Marek
    • xyhu007 KAVALA Tosca Beach ITAKA - 15.08.2005 01.08.05, 13:02
      Czy ktoś się wybiera z itaki do tosca beach jeżeli tak dajcie znać
      wybieram się z żoną i synkiem

      Krzysiek

      glied@poczta.onet.pl

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka