dziewczyna_mickiewicza
22.12.04, 10:22
no niby jeszcze dwa tygodnie do konca roku, ale ja juz wiem, co bylo moim
odkryciem roku 2004 - tego roku wlasnie, choc muzyk ten "dziala" muzycznie
juz dobrych kilka lat. zaczal w dziwnym zespole, pseudo-glam-rockowym, lekko
punkujacym - d-generation. nastepnie zespol rozwiazal sie a jesse malin, bo o
nim mowa, nagral swoje demo i puscil je swojemu kumplowi (zeby aimarek nie
dostal bialej goraczki, nie bede wspominac tego nazwiska;))) ). ow kumpel,
zachwycony melodyjnymi, nieco sentymentalnymi, kawalkami, zaoferowal swa
pomoc w produkcji plyty i tak powstal swietny krazek "the fine art of self
destruction". album pelen smutnych i czasem przerazajacych historii zyciowych
(jesse jest naprawde niezly, jesli idzie o warstwe tekstowa) - jego
bohaterowie sa zagubieni, czasem zalosni, a czasem godni podziwu. wokal,
jeszcze nie przyzwyczajony do innego rodzaju spiewania, niz wczesniejsze
darcie mordy, troche jeszcze sie czai za melodia, ale brzmi calkiem niezle,
jest dosyc charakterystyczny. tegoroczna plyta malina jest juz bardziej
rock'n'rollowa, bardziej wpadajaca w ucho. "the heat" wyprodukowal juz sam
(poczatkowo producentem mial byc, tak jak na solowym debiucie, adams, ale
rozwalil sobie reke na jednym z koncertow i plyta musial zajac sie jesse).
moim absolutnie ulubionym kawalkiem na tym krazku jest "hotel columbia" -
wesoly, radosny rytm, melodia wpadajaca w ucho, przyjemna gitarowa aranzacja.
ale zaraz potem puszczam "scars of love" i moglabym napisac o niej to samo.
ta plyta jest niesamowicie rowna, melodyjna (ale chyba sie powtarzam) i pelna
po prostu ladnych, ciekawych kawalkow. swoim, teraz juz pewniejszym, lepiej
brzmiacym glosem, jesse nie zmieni swiata, ani oblicza muzyki rozrywkowej,
ale ma szanse na znalezienie sobie wlasnego miejsca, indywidualnego kacika
dla siebie i swojej tworczosci. szkoda, ze tak trudno w polsce o jego plyty.