braineater
30.09.08, 13:07
Pisać to już o muzyce piszemy tu coraz rzadziej, ale chyba dalej czytamy, jeśli czytaliśmy.
I tak mnie zaczęło gnębić - czego tak właściwie szukam w recenzjach, jeśli już zdarzy mi się szukać? Upraszczając, przy miliardzie ludzi, którzy częściej lub rzadziej dochodzą do wniosku, że coś mogliby na temat jakiejś płyty/zespołu napisać, wytworzyły się dwa dość wyraźne tryndy i style - dla uproszczenia określone w tytule wątku, jako emo i wiki.
Zdefiniowałem je sobie tak:
recenzja typu wiki, to atak encyklopedyczny, mnożenie nazw, stylów, wspominanie 376 kapel, w których artycha grał wcześniej, albo zagra później, tworzenie jakiejś tam sieci powiązań i próba zrozumienia muzyki poprzez biografię twórcy. Fragment przykładowej recenzji typu wiki:
"Massacre trudno porównać z jakimkolwiek stylem, Frith dopiero co skończył grać w Henry Cow i Art Bears, lecz wpływów art-rocka na tej płycie nie ma wcale. Laswell, znany z fascynacji mega-funkiem, nie zdradza jej jeszcze w Massacre, Maher po prostu łoi bębny. Stylistycznego pokrewieństwa można się doszukiwać jedynie w twórczości zespołu DNA, który w tym samym okresie grywał w klubie CBGB, gdzie Masakra nagrała kilka utworów na ten album. Pomimo ulokowania Massacre pomiędzy tak poważnymi zespołami," (EMD)
Co nam daje taka recenzja? Wiedzę? Chyba zbędną, jeśli nie planujemy wziąć udziału w reaktywacji Wielkiej Gry z tematu niujorkerska avangarda jazzowa. Wgląd w historię? Pewnie tak, tylko po co? Znaczy, jakie to ma znaczenie, w odniesieniu do tego, co aktualnie mieli winamp i dlaczego ta wiedza miałaby coś zmieniać w naszym odbiorze?
Recenzja emo, to, jak łatwo się domyslić, zupełne przeciwieństwo - nie dowiadujemy się z niej nawet podstawowych informacji o tym, kto dana płytę nagrał, jakie są tytuły piosenek. Przykład:
"1998 to dla Francji Mistrzostwa Świata, „Moon Safari”, „Cząstki elementarne”, zamachy bombowe, coś jeszcze? France’ 98 – impreza wzorcowa, przypadająca na apogeum zainteresowania piłka nożną większości chłopców i dziewcząt urodzonych w latach 80., pozostaje do dziś dla mnie jednym z większych społecznych przeżyć, a wyobrażam sobie co musiało się dziać na miejscu. Wspaniałe gole, klasyczni zawodnicy, emocjonujące mecze, wszystko ukoronowane pięknym, zasłużonym tryumfem gospodarzy i dwoma golami czarodziejskiego Zidane’a (kudy brazylijskiemu koniowi do genialnego Berbera). Francja była na fali/ French Touch przeżywało chwile chwały. W tych okolicznościach powstają kontrowersyjne „Cząstki elementarne” i nie chcę pisać, jakie to ważne i jak bezlitośnie antycypuje pornografię w MTV. „Moon Safari” wywodzi się z tych samych źródeł co okrzyczane dzieło Houellebecqua: pokolenie ’68. Świat Air to też świat Houellebecqua – rozciąga się pomiędzy futurystycznymi, sterylnymi laboratoriami a popkulturowymi fantomami. Podczas gdy „Cząstki” są drzazgą pod paznokciem oświeconego Europejczyka, „Moon Safari” oznaczało nielimitowaną, hedonistyczną przyjemność dla wszystkich. Air miało styl, miało klasę, obiecywało rozkosz" (screenagers, mam podejrzenia, że znajomego autora, ale nie chodzi o czepialstwo, tylko o przykład).
Cechy charakterystyczne widoczne na pierwszy rzut oka - silne spersonalizowanie wypowiedzi, odniesienia do rzeczywistości pozamuzycznej, nacisk położony na wrażenia słuchacza, a nie wysiłki muzyków, zdecydowana przewaga emo nad wiedzą (nie, że tej wiedzy nie ma, tylko po prostu jest nieistotna).
No i teraz pytanie, skoro to ankieta - jakie style pisania o muzyce podchodzą wam bardziej? Wolicie lekcję historii, mielenie nazw i dat czyli coś, co jakby bardziej kojarzy się z tzw 'dziennikarstwem muzycznym (po mojemu obok sportowego, chyba najnudniejszą formą dziennikarstwa, nie wymagająca cienia talentu w pisaniu), czy raczej wypowiedzi blogoidalne, naładowane emocją i subiektywnym stosunkiem do muzyki, z których może się nie dowiecie, kiedy dana płyta powstała i po co, ale dają wam jakiś wgląd w procesy myslowe i uczuciowe, które towarzyszą odsłuchiwaniu danych dźwięków?