Dodaj do ulubionych

CIEKAWY TEXT O OBZARSTWIE

02.05.04, 12:59

Text wkleilam ze strony http://psychotekst.com/strona.php?nr=230


Plasterek szynki na zranioną duszę :

Strup na ranie chroni zranione, wrażliwe miejsce przed szkodliwymi, zbyt
agresywnymi czynnikami świata zewnętrznego. Zdrapanie strupa jest bolesne -
zatem czuję lęk przed naruszeniem go. Jedzenie jest takim moim strupem.
Wyeliminowanie lub ograniczenie jedzenia spowoduje, że zabraknie pocieszenia,
które koiło mój ból. Moje słabości i moja wrażliwość zostaną wystawione - bez
bariery ochronnej - na działanie negatywnych czynników. Wydaje mi się, że bez
jedzenia nie zniosę cierpienia.

Co to znaczy, że jestem żarłokiem? Straciłem kontrolę nad jedzeniem: nad
ilością oraz nad tym co, kiedy i w jaki sposób jem. Często zajadam emocje.
Jem dużo więcej niż przeciętny człowiek. Poza tym, niemal bez przerwy walczę
z pragnieniem jedzenia. Od pewnego też czasu walczę ze sporą nadwagą. Ilekroć
uda mi się zrzucić nieco kilogramów, w krótkim czasie powracam do tej samej,
a często wyższej wagi. Czuję, że nie mam na to żadnego wpływu. Straciłem w
związku z tym kontrolę nad swoim życiem.

Nie pamiętam początków swojej choroby, ponieważ moją uwagę zwróciła dopiero
nadwaga, która pojawiła się już dużo później. Jednak zdaję sobie sprawę z
tego, że poszukując rzeczywistych przyczyn muszę przede wszystkim odgruzować
swoje dzieciństwo.

ZA TATUSIA

Mój ojciec zmarł jak miałem 12 lat. Nie jestem pewien na ile to, co zapisało
się w mojej pamięci, wiernie oddaje rzeczywistość z czasów, kiedy jeszcze
żył. Tato prowadził swoją firmę, w domu panował dostatek, niczego nam nie
brakowało pod względem materialnym. Wiem, że był alkoholikiem, a mimo to we
wspomnieniach wraca do mnie jako ktoś, kto potrafił pokazywać mi, że jestem
potrzebny, dostrzegał i chwalił za osiągnięcia.

Na podobne zainteresowanie ze strony mamy nie mogłem liczyć. Zamiast tego, od
kiedy pamiętam, mama miała potrzebę karmienia mnie. To był jej sposób
wyrażania miłości. Nigdy nie potrafiła okazać jej wprost. Teraz rozumiem, że
była zaganiana, wiele obowiązków ojca przejmowała na siebie.
Słyszałem kiedyś określenie, które bardzo mi tu pasuje: dzieci nie
wychowywane, tylko hodowane. Tak można było o nas powiedzieć: nakarmione,
umyte, dobrze wyglądają i na tym koniec. Nic im więcej do szczęścia nie
trzeba. Rozwój emocjonalny, intelektualny, duchowy, pielęgnowanie więzi
rodzinnych - tego gdzieś zabrakło.

Wydaje mi się, że już wtedy (mogłem mieć wówczas jakieś osiem lat) pojawiły
się u mnie pierwsze symptomy choroby. Gdy w domu wybuchała awantura
spowodowana piciem ojca - uciekałem w jedzenie. To mogło mi się utrwalić.

ZA MAMUSIĘ

Podejrzewam, że decydującą rolę w rozwoju choroby odegrała jednak niezłomna
wola mojej mamy. Mama wprost faszerowała mnie jedzeniem. Ja jej odmawiałem -
ona nalegała. Jako 18-latek chciałem o sobie stanowić, choćby w tej kwestii.
Mama zdecydowanie odbierała mi to prawo, urządzała godzinne dyskusje.
Dochodziło między nami wówczas do ostrych konfliktów na tym tle. Mama nie
pytała mnie czy jestem głodny - ona sama najlepiej to wiedziała. W głowie jej
się nie mogło pomieścić, że mogę nie zjeść. Wzbudzała we mnie poczucie winy
za to, że nie jedząc, robię jej przykrość lub marnuję jedzenie. Uciekała się
do różnych sztuczek i sposobów, żebym tylko jadł i ja w końcu uległem presji,
ale jednocześnie odrzuciłem odpowiedzialność za to. Mogę brać
odpowiedzialność za coś, na co mam wpływ, jeżeli pozostawia mi się jakiś
wybór. W tym wypadku wyboru nie miałem - musiałem jeść, żeby nie zrobić mamie
przykrości. Zrezygnowałem więc z odpowiedzialności za kontrolowanie jedzenia.

SZCZYPTA TYTONIU, KROPELKA KONIAKU I OKRYSZYNKA CHLEBA

W miarę dorastania pojawiły się inne nałogi: palenie, alkoholizm. Większa
świadomość społeczna o ich szkodliwości spowodowała, że łatwiej mi było
zauważyć konieczność walki z tymi nałogami. Jednak długo jeszcze nie
dostrzegłem problemu w moim sposobie odżywiania się.

W toku terapii uświadomiłem sobie, że mam tendencję do uciekania przed
problemami. Poznałem też mechanizmy uzależnień. Teraz wiem, że kompulsywne
jedzenie było u mnie wcześniejsze niż alkoholizm. Gdy pojawił się alkoholizm,
moje problemy z jedzeniem nasiliły się. W zmienionym pod wpływem alkoholu
stanie świadomości, więcej paliłem i więcej jadłem. Tak jakby odblokowanie
jednego, uwalniało też hamulce innym nałogom. Z drugiej zaś strony, podjęcie
abstynencji - najpierw alkoholowej, a następnie nikotynowej - spowodowało, że
zastąpiłem sobie te środki jedzeniem.

Powszechną sugestią dla trzeźwiejących alkoholików jest, żeby pozwalali
sobie, zwłaszcza w trudnych chwilach głodu alkoholowego, na podjadanie
słodyczy. Alkoholicy mają w zwyczaju nagradzanie się cukierkami, więc ja
również obficie się nagradzałem. W pewnym jednak momencie zauważyłem, że
nabrało to niepokojących znamion mechanizmu nałogowej regulacji uczuć:
zajadałem każdy lęk. To mnie zaniepokoiło, doszedłem do wniosku, że to już
żyje własnym życiem, że nie mam nad tym kontroli.

Podobnie było u mnie z rzucaniem palenia. Efekt był taki, że zamieniłem 20
papierosów dziennie na 20 posiłków. Nie były to za każdym razem pełne
posiłki - czasem po prostu drobna przekąska, w postaci plasterka kiełbasy czy
sera. Chodzi o fakt automatycznego zastąpienia sobie papierosów jedzeniem.

Znamienne, że uświadomiłem sobie to dopiero po latach - tak wiele zaprzeczeń
było we mnie. Wypierałem świadomość tego problemu tak silnie, że pomimo
uczestnictwa w terapii alkoholowej, dopiero niedawno dotarło do mnie, że
jestem uzależniony również od jedzenia. Nie wiązałem wcześniej bulimii z
nałogiem, a de facto, działają tu dokładnie te same mechanizmy.

Dzisiaj już wiem, że wszystkie te nałogi są po prostu różnymi obliczami
jednej choroby. Choć podejrzewam, że najbardziej pierwotnym jest uzależnienie
od jedzenia, to dopiero biorąc pod obserwację część wspólną wszystkich tych
nałogów, mam wgląd w naturę swoich problemów. Mogę wówczas znaleźć odpowiedź
na pytanie, dlaczego uciekam i odreagowuję w ten sposób. Myślę, że rzetelna
analiza problemu jedzeniowego- dla mnie podstawowego - jest niezbędnym
warunkiem do rozpracowania moich trudności.

ZAPASY GŁODU Z GŁODÓWKĄ

Przez wiele lat dostrzegałem tylko problem nadmiaru wagi. Nie uświadamiałem
sobie w ogóle faktu uzależnienia. Koncentrowałem się wyłącznie na wadze i do
problemu nadwagi sprowadzałem swoje trudności jedzeniowe. Moje działania
ograniczały się zatem do stosowania rad i diet z kolorowych czasopism. Nie
szukałem innych sposobów ani tłumaczeń. Do przyczyny swoich skłonności nawet
nie próbowałem docierać. Teraz zmieniłem sposób patrzenia na problem i nie
nadmiar wagi mi przeszkadza, ale istota choroby, to w jakim stopniu deformuje
ona człowieka: nie cielesność, tylko jego wnętrze.

Najgorsze w niej jest to, że jak sobie zjem, to obojętnieje mi wszystko:
obowiązki, moje plany życiowe, itd. Wtedy najchętniej leżałbym bezczynnie.
Nie mam przez to czasu na życie.

Całe szczęście, że pamiętam jeszcze okres, kiedy byłem szczupły - wiem do
czego chcę wrócić. To były czasy, gdy jedzenie nie było dla mnie największą
wartością. Wartością były wówczas ruch, zabawa. Lubiłem pograć sobie w piłkę,
pobiegać. Byłem aktywny, lubiłem poznawać nowych ludzi, ciekawiły mnie
nieznane rzeczy.

Obecnie to wszystko zastąpiłem sobie jedzeniem. Trudno przywołać mi w pamięci
moment, w którym ta zmiana nastąpiła - był to niezauważalny proces. Bardzo
długo uspokajałem w sobie niepokój, przeczucie podpowiadające, że coś jest
nie w porządku. W chwili, kiedy nie sposób było już ukrywać tego przed sobą,
puściła jakby jakaś tama, oczy otworzyły mi się nagle. Zacząłem wychodzić z
tego zakłamania.

Sama nadwaga nie jest dla mnie problemem, choć niewątpliwie jest przyczyną
mojej ociężałości, mniejszej sprawności fizycznej. Jest jednak prze
Obserwuj wątek
    • planasana cd. 02.05.04, 13:01
      Sama nadwaga nie jest dla mnie problemem, choć niewątpliwie jest przyczyną
      mojej ociężałości, mniejszej sprawności fizycznej. Jest jednak przede wszystkim
      odzwierciedleniem mojej wewnętrznej kondycji a niepowodzenia w walce z
      jedzeniem przekładają się również na poczucie braku wpływu w innych dziedzinach
      życia. Tym, co najbardziej mi przeszkadza w tej chorobie to moja bierność i
      niezaradność życiowa, przez co "stanąłem w miejscu". Nic nie planuję, bo nie
      umiem realizować swoich planów.

      Tkwi we mnie przekonanie, że nie mam siły, żeby zrobić cokolwiek: w pracy, w
      domu, czy choćby zadbać o siebie. Paradoks polega na tym, że to poczucie dopada
      mnie czasami nawet podczas jazdy na rowerze - czynności będącej dla mnie
      niewątpliwą przyjemnością. Mam wrażenie, że cała energia, którą przyjmuję wraz
      z jedzeniem odkłada mi się w tłuszczu pod skórą i nie korzystam z niej, nie
      jest dla mnie dostępna podczas wysiłku.

      Nie znajduję w sobie nieraz motywacji, żeby ruszyć się z domu. Zwyciężają we
      mnie tendencje ucieczkowe, unikam większego wysiłku, zaangażowania, nie
      podejmuję wyzwań jakie niesie ze sobą życie. Stronię od nowych rzeczy, bo nie
      wiadomo co ze sobą przyniosą. Nowe to stres, a stres to zajadanie. Nie są to
      decyzje podejmowane świadomie, tylko coś w rodzaju odruchu. Jakbym
      instynktownie wybierał stare - nawet złe - sposoby, byleby uchronić się przed
      ryzykiem czegoś nowego, niepewnego.



      WSZYSCY POTRZEBUJEMY CHWILOWEGO ZAPOMNIENIA

      Czasami życie wydaje się zbyt ciężkim obowiązkiem. Potrzebujemy na chwilę
      wyłączyć się z niego, nie robić nic, ale to zupełnie nic, przez pół godziny.
      Nie czuć się odpowiedzialnymi za swoich przyjaciół i rodzinę, nie być dobrą
      żoną, matką, córką, przyjaciółką, pracownikiem, kolegą. Chcemy, żeby świat
      zadbał o nas.

      Jednym z kroków w stronę zapobieżenia objadaniu się, jest znalezienie swoich
      sposobów na zapomnienie i zatracenie się, które nie są jedzeniem lub piciem, i
      robienie tego choć 15 minut dziennie.

      W naszej kulturze "tracenie czasu" jest nieakceptowane, dlatego tak wiele osób
      woli objadać się. Bo jeść trzeba i nikt z zewnątrz nie wie, czy jesz dlatego,
      że jesteś głodna, czy dlatego, że potrzebujesz chwili dla siebie.

      Godząc się na to, aby przez cały dzień robić tylko to, co niezbędne i
      konieczne, narażamy się na sytuacje, kiedy organizm wymusza na nas "chwilę
      zapomnienia" w kompulsywnym jedzeniu.

      Napad objadania się to krzyk wewnętrznego JA, które nie zamierza tolerować ani
      minuty dłużej mojego odmawiania sobie tego, co ONO uważa za niezbędne, a ja
      uważam za lenistwo lub uleganie słabości.

      Objadanie się jest sygnałem, że potrzebujesz WIĘCEJ, A NIE MNIEJ - więcej
      jedzenia, uwagi, miłości, odpoczynku, itp. Niestety, jest to sprzeczne z
      powszechnym przekonaniem, że objadanie się jest wyrazem lenistwa i ulegania
      słabostkom.

    • planasana CD. CD. 02.05.04, 13:02
      PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA

      Przed przykrą świadomością stanu, w którym tkwię, uciekam w jedzenie i w ten
      sposób zamyka się błędne koło. Wytworzył się we mnie nawyk reagowania poczuciem
      patologicznego głodu na wszelkie stany emocjonalne. Jeżeli pojawią się u mnie
      emocje o słabym nasileniu, niezbyt ewidentne, to ja, nie potrafiąc ich
      rozpoznać, automatycznie kojarzę je i odczytuję jako głód. W jedzenie uciekam
      także w obawie przed konfrontacją z silnymi, zwłaszcza negatywnymi uczuciami.
      Szukam w nim pocieszenia, ale i nagrody. Należy mi się, zwłaszcza jak coś
      zrobię. Jeżeli w takiej chwili nie zjem - czuję pustkę. To działa u mnie
      automatycznie, to odruch.

      Głód podszywa się pod wszelkie moje uczucia. To tak jakby wymieszały mi się
      wszystkie emocje z odczuciem głodu i nie mógłbym ich rozróżnić. Być może wpływ
      na to miała moja mama, która nie potrafiła okazać swej miłości inaczej niż
      poprzez karmienie. Ja również obecnie swoje emocje zajadam zamiast wyrazić, czy
      poradzić sobie z nimi. Czuję głód, nie próbując w nim rozpoznać rzeczywistego
      uczucia.

      Wiem, że głód, który odczuwam jest oszustwem, manipulacją mojego uzależnionego
      organizmu. Towarzyszy mi niemal bez przerwy a to najlepszy dowód, że nie jest
      normalnym, fizjologicznym stanem. Po podjęciu abstynencji - zacząłem wtedy
      systematycznie i mniej jeść - dopiero po kilku dniach poczułem prawdziwy głód.
      Zdałem sobie sprawę, że ten wcześniejszy był fikcją. Jednak wiele jeszcze czasu
      upłynie, zanim nauczę się je rozróżniać.

      PROFESJONALIŚCI

      Próbowałem szukać pomocy u terapeutów i za każdym razem miałem poczucie
      niezrozumienia. Twierdzili, że wmawiam sobie, że mam z tym problem. Psychiatra
      z kolei, stwierdził u mnie depresję i zaproponował tabletki. Pytałem też, czy
      działają gdziekolwiek we Wrocławiu grupy terapeutyczne, bądź grupy wsparcia dla
      bulimików, ale nikt nie potrafił udzielić mi takich informacji. Zorientowałem
      się, że nie znajdę żadnej profesjonalnej pomocy. Pozostała mi zatem terapia
      alkoholowa - łudziłem się, że sam będę w stanie dopasowywać ją do swoich
      potrzeb. Szybko okazało się, że to jednak nie do końca to samo.

      Z drugiej strony, gdy oceniam to z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że
      nawet dobrze się stało, iż nie było mi dane wtedy dobrać się do tego nałogu. Za
      dużo na raz chciałem wówczas zrobić. Poza tym, dopiero teraz to widzę, żeby
      sobie z tym poradzić - trzeba mieć dużą wiedzę. I z tego choćby względu dobrze
      było nie ruszać tego wtedy. Mogłem sobie poważnie zaszkodzić.

      POSKRAMIANIE ŻARŁOKA

      Po raz pierwszy usłyszałem o AŻ w Radio Krzysztof - audycji nadawanej co
      niedzielę w TOK FM. Prowadzący zaprosił kiedyś do audycji Anonimowych Żarłoków
      z Warszawy. Potem dostałem od znajomego 12 Kroków AŻ i inne materiały.

      Postanowiłem sam założyć grupę AŻ, ale szybko zniechęcił mnie nikły odzew.
      Później spotkałem dziewczynę, która, jak się okazało, niezależnie ode mnie
      również od kilku miesięcy próbowała taką samą grupę założyć. W czasie wymiany
      doświadczeń okazało się, że nasze wysiłki natykały się na te same wewnętrzne
      bariery. Np. oboje wielokrotnie uciekaliśmy sprzed drzwi zakrystii, za którymi
      czekała nas rozmowa z księdzem w sprawie wynajęcia salki. Uświadomiliśmy sobie
      oboje, że powodowały nami podobne lęki przed tym, żeby ruszyć tę chorobę.
      Ostatecznie wspólnymi siłami pokonaliśmy paraliżujący lęk. Wynajęliśmy salkę, w
      której już od pewnego czasu odbywają się mityngi AŻ.

      Właściwie uczymy się wszystkiego od nowa. Nie ma nikogo, kto mógłby pochwalić
      się większym doświadczeniem, ale pomimo tego, staramy się rzetelnie pracować
      nad chorobą. Do pewnego stopnia mogłem bazować na wiedzy, którą wyniosłem z
      terapii alkoholowej. Lecz dopiero podobieństwo problemu u innych pomogło mi
      uświadomić sobie, że mam do czynienia z chorobą. Zauważyłem również, że na
      błędach innych osób uczę się łatwiej, niż na swoich. Łatwiej też dostrzec i
      wychwycić je z pozycji obiektywnego słuchacza, niż w swoim postępowaniu. Warto
      zatem opowiedzieć komuś o swoich zmaganiach z chorobą, by mieć możliwość
      przyjrzenia się sobie jego oczami. Niewątpliwie, w grupie łatwiej walczy się z
      chorobą niż samemu.

      Jednak tym, co jest w takich spotkaniach dla mnie najważniejsze, to kontakt z
      osobami zmagającymi się z tym samym, co ja problemem. Tylko one w
      rzeczywistości potrafią mnie zrozumieć, a zatem tylko z ich strony mogę liczyć
      na prawdziwe wsparcie. Owo wsparcie grupy, zwłaszcza przy tym zaburzeniu,
      wiążącym się często z problemami z poczuciem własnej wartości, jest niezmiernie
      ważne. Bywają trudne chwile, kiedy mi się już nie chce, nie zależy mi, nie
      wierzę, że można coś z tym zrobić. Wówczas rozmowa z kimś, komu udało się
      zrobić choćby mały kroczek w walce z chorobą i przychodzi na mityng podzielić
      się z innymi tą radością, ponownie wlewa we mnie nadzieję.

    • planasana I JESZCZE NIE KONIEC 02.05.04, 13:03
      Przyznam, że dziwi mnie tak nikłe zainteresowanie mityngami AŻ. Jestem
      przekonany, że ludzi, którzy mogliby skorzystać ze spotkań jest wielu. Już
      choćby w swoim otoczeniu dostrzegam sporo osób mających problemy z jedzeniem.
      Wiem, że powodem dla jakiego ludzie nie rozpoznają ich w sobie jest zbyt mała
      wiedza o tej chorobie i o tym, że można sobie z nią radzić. Poza tym, ze
      swojego doświadczenia wiem, że leczenie uzależnienia od alkoholu było dla mnie
      takim wysiłkiem, że długo nie miałem ochoty robić czegokolwiek w innych
      sprawach. To niezwykle trudne: dać sobie wewnętrzną zgodę na cierpienie.

      BOMBONIERKA Z LIKIEREM

      W takiej sytuacji niezwykle kuszącą dla mnie perspektywą było poprzestać na
      mityngach alkoholowych. Dostaję tam wsparcie, mogę się "odgadać" ze swoich
      problemów, przynoszą mi ulgę. Tam mogę liczyć na aprobatę. Z tak długim stażem
      abstynenckim w AA jestem już kimś. W AŻ muszę zaczynać od nowa, od zera. AA to
      już w tej chwili potężna siła - w razie potrzeby o każdej porze dnia znajdę
      jakiś mityng, ludzi gotowych podzielić się ze mną swoją mądrością i
      doświadczeniem. AŻ we Wrocławiu dopiero raczkuje - dużo jeszcze czasu upłynie
      zanim urośnie w siłę podobną wspólnocie AA.

      Z drugiej jednak strony, nie mógłbym w oparciu o AA zwalczyć problemu jedzenia.
      Nie dotarłbym do przyczyny moich trudności życiowych, a więc pozostałbym
      zaledwie na poziomie walki z objawami choroby. Jednym słowem: uśmierzyłbym co
      najwyżej cierpienie, nie usuwając jego źródła. Obecnie, kiedy staram się
      poradzić sobie z uzależnieniem od jedzenia, moje przychodzenie na mityngi AA
      jest podobne do sytuacji alkoholika, który przychodzi do baru pochwalić się
      kolegom, że rzucił właśnie picie. Jak już wcześniej wspominałem, jedną ze
      wskazówek dla trzeźwiejących alkoholików jest nagradzanie się słodyczami - stąd
      na mityngach wszyscy częstują się nimi i bez przerwy podjadają. Ja natomiast
      chcę skończyć z nawykiem nagradzania się jedzeniem. Jest to wielce zagrażająca
      dla mnie sytuacja. Stanąłem zatem wobec dylematu: czy nie zaprzestać, lub
      przynajmniej znacznie ograniczyć, uczestnictwa w ruchu AA.

      STRUP

      Rozpoczęcie abstynencji, dojście do prawdziwego głodu jest dużym wysiłkiem i
      wymaga specjalnego przygotowania. Dojrzewanie do decyzji o abstynencji trwało u
      mnie bardzo długo. Mam na to prywatną teorię. Strup na ranie chroni zranione,
      wrażliwe miejsce przed szkodliwymi, zbyt agresywnymi czynnikami świata
      zewnętrznego. Zdrapanie strupa jest bolesne - zatem czuję lęk przed naruszeniem
      go. Jedzenie jest takim moim strupem. Wyeliminowanie lub ograniczenie jedzenia
      spowoduje, że zabraknie mi pocieszenia, które koiło mój ból. Moje słabości i
      moja wrażliwość zostanie wystawiona, bez bariery ochronnej, na działanie
      negatywnych czynników. Wydaje mi się, że ja nie zniosę cierpienia bez jedzenia.
      Nie poradzę sobie też z wieloma rzeczami, których muszę się od początku uczyć.
      Stąd lęk przed decyzją o podjęciu abstynencji.

    • planasana cd. CZYM ROZNI SIE ABSTYNENCJA OD DIETY 02.05.04, 13:04
      CZYM RÓŻNI SIĘ ABSTYNENCJA OD DIETY?

      Dietę wprowadza się okresowo, na pewien czas. Są to z reguły bardzo drastyczne
      ograniczenia żywieniowe, których przestrzeganie wiąże się z przymusem i
      wyrzeczeniami, dlatego trudno byłoby przyjąć je na stałe. Poszcząc, zawsze
      wyczekiwałem końca diety, z myślą o normalnej wyżerce.

      Abstynencję z kolei wprowadza się do końca życia, a więc: żeby realne było
      utrzymanie jej, nie może ona polegać na zbyt radykalnych ograniczeniach.
      Ponadto powinna być dokładnie wyważona pod względem zdrowotnym. Jej celem nie
      jest zrzucenie zbędnych kilogramów, tylko zaprowadzenie ładu żywieniowego.
      Doświadczenia osób podejmujących abstynencję pokazują, że jednym z jej efektów
      jest również powrót do optymalnej sylwetki.

      W AŻ przyjmuje się, że każdy sam ustala sobie abstynencję. Ja przyjąłem
      spożywanie trzech sytych posiłków dziennie, bez podjadania pomiędzy nimi.
      Wcześniej każdy z moich 20 posiłków był walką emocjonalną. Wprowadzenie
      abstynencji uregulowało moje życie. Zyskałem między posiłkami 5 godz. spokoju.
      Był to czas, który trawiłem do tej pory na toczenie bitew z fikcyjnym głodem
      lub oddawanie się w niewolę poczuciu niemocy po przejedzeniu. Wprowadzenie ładu
      żywieniowego, wpłynęło na uporządkowanie życia również w innych dziedzinach.
      Wreszcie miałem 5 godzin do zagospodarowania - to mnóstwo czasu! Mogę coś
      robić, planować, pracować! To było niesamowite odkrycie!

      Na tym też polega różnica między dietą a abstynencją. Diety angażują uwagę
      człowieka w kontrolowanie tego, co i ile się zjada - drobiazgowe przeliczanie
      posiłków na gramy i kalorie. W ten sposób bardzo łatwo kontrola przeradza się w
      obsesję. Moim celem nie jest kontrolowanie jedzenia i nie może być. Abstynencja
      to przyjęcie zasady: od dzisiaj, do końca życia, jem zdrowo. Nie chodzi o
      skupianie uwagi na jedzeniu. Wręcz przeciwnie. Chodzi o oderwanie wreszcie
      uwagi od jedzenia między posiłkami.

      Owszem, zasadą jest by posiłki spożywać powoli, bez pośpiechu, skupiając się na
      walorach smakowych i estetycznych potraw. Po każdym posiłku staram się głośno
      go pochwalić, podkreślając fakt, że czuję się po nim w pełni najedzony. Cały
      ten ceremoniał ma wywołać we mnie przekonanie, że po tak dobrym i sytym
      posiłku, bez problemów jestem w stanie wytrzymać 5 godzin, a uczucie głodu
      jakie odezwie się we mnie w międzyczasie, będzie nawykową reakcją wynikającą z
      choroby. Chcę w ten sposób obudzić w sobie na nowo umiejętność rozpoznawania
      poczucia sytości.

      Stwierdziłem ze zdziwieniem, że rzeczywiście działa to na moją podświadomość.
      Zapisuje się w niej informacja, że obiad był dobry i tak go zapamiętuję.
      Efektem tego jest fakt, że długo po obiedzie nie odczuwam głodu, wytrzymuję
      wówczas do kolacji.

      Ważnym też okazało się wyrobienie w sobie nawyku ustalania: co i ile zjem,
      jeszcze przed rozpoczęciem posiłku. Ze swego doświadczenia wiem, że na jednej
      dokładce nigdy się u mnie nie kończyło. Powodowała ona zazwyczaj zwolnienie
      hamulców. Nie popuszczam sobie obecnie nawet z jabłkami.

      W gruncie rzeczy niepotrzebnym okazało się w moim przypadku wprowadzanie bardzo
      drastycznych ograniczeń w diecie. Wystarczyło wyeliminowanie kilku produktów,
      do których wcześniej czułem największą słabość - one wywoływały u mnie
      zazwyczaj uruchomienie niekontrolowanego obżarstwa.

      Unikam też słodyczy - cukier to nie przefermentowany alkohol. Zmienia, poprawia
      nastrój, bardzo szybko dostaje się do krwi i reguluje emocje, dlatego należy
      się go wystrzegać. Słodzik traktowany jest w AŻ jak piwo bezalkoholowe przez
      alkoholików.



      PO SESJI OBJADANIA SIĘ

      Musisz być dla siebie dobra i miła. To bardzo ważne. Najczęściej wtedy właśnie
      nienawidzisz siebie i chcesz się ukarać. W ten sposób tworzysz w sobie kolejne
      poczucie braku i niedostatku, co w rezultacie może prowadzić do dalszego
      objadania.

      Po złym dniu pełnym wpadek - KONIECZNIE potrzebujesz zrobić sobie jakąś
      przyjemność. Pokazać w ten sposób, że mimo porażek wierzysz w siebie, że
      rozumiesz, iż napady jedzenia były wynikiem tego, że czegoś nie dostawałaś -
      teraz chcesz sobie to dać.

    • planasana i cd. ostatni 02.05.04, 13:05
      APETYT NA ZDROWIE

      Z uczestnictwa w AŻ może skorzystać każdy, kto ma problem z jedzeniem.
      Niekoniecznie musi sie to objawiać widocznym nadmiarem lub niedomiarem wagi.
      Można bowiem mieć normalną wagę i jednocześnie zmagać się z obsesją jedzeniową.

      Czekamy na każdego, kogo z jakichkolwiek względów niepokoi sposób w jaki się
      odżywia. Nie musi przy tym uświadamiać sobie istoty swojego problemu.
      Świadomość przychodzi zazwyczaj dopiero w zaawansowanym stadium choroby. Żeby
      ją uchwycić, należy spojrzeć na nią z odpowiedniej perspektywy.

      Nałóg ten bowiem rozwija się wiele lat i, tak jak inne uzależnienia, zaprzęga
      umysł w swoją służbę - działa mechanizm iluzji i zaprzeczenia. Chory świetnie
      wypiera ze świadomości fakt istnienia problemu. Można z tym żyć, nawet bardzo
      długo, powtarzając sobie: "a jakoś to będzie, jakoś do tej pory sobie z tym
      radzę". Jestem najlepszym przykładem tego, ile czasu można uciekać przed
      konfrontacją z rzeczywistością. Wiem, jak łatwo jest pozostawać w stanie
      lenistwa i spokoju - byleby nie widzieć faktów. Bagatelizowałem je sprowadzając
      do 5-ciu, czy 10-ciu kilogramów nadwagi. Choroba pozwalała mi na to rozwijając
      się podstępnie, nie ujawniając początkowo swoich skutków. W chwili, gdy ją
      wreszcie wypuściłem z mroków swojej nieświadomości - poraziła mnie jak gromem.
      Świat się dosłownie zawalił, bo odezwała się naraz we wszystkich sferach mojego
      życia. Gdybym wcześniej zareagował, nie musiałbym aż tyle naprawiać...

      Ale teraz wiem, że jednak było warto podjąć wyzwanie walki z nałogiem. To
      niewiarygodne, jak diametralnie taka decyzja potrafi odmienić życie! Ile
      spokoju zyskałem nie musząc już zmagać się z tym obłędem: jeść, czy nie jeść?
      Okres abstynencji uświadomił mi, że jest o co walczyć. Dawno nie było mi tak
      dobrze. Już choćby sam fakt, że podjąłem ten wysiłek i udało się. Odzyskałem
      poczucie kontroli nad jedzeniem, co miało swoje przełożenie na poczucie wpływu
      na inne sfery życia. To w mojej sytuacji bardzo budujące uczucie.

      Zachęcam każdego, kto zmaga się z jakąkolwiek postacią obsesji jedzeniowej, do
      przyjścia na mityng. Razem przyjrzymy się trudnościom ,wspólnie spróbujemy
      stawić im czoła.

      opracowała Karolina Hajek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka