planasana
02.05.04, 12:59
Text wkleilam ze strony http://psychotekst.com/strona.php?nr=230
Plasterek szynki na zranioną duszę :
Strup na ranie chroni zranione, wrażliwe miejsce przed szkodliwymi, zbyt
agresywnymi czynnikami świata zewnętrznego. Zdrapanie strupa jest bolesne -
zatem czuję lęk przed naruszeniem go. Jedzenie jest takim moim strupem.
Wyeliminowanie lub ograniczenie jedzenia spowoduje, że zabraknie pocieszenia,
które koiło mój ból. Moje słabości i moja wrażliwość zostaną wystawione - bez
bariery ochronnej - na działanie negatywnych czynników. Wydaje mi się, że bez
jedzenia nie zniosę cierpienia.
Co to znaczy, że jestem żarłokiem? Straciłem kontrolę nad jedzeniem: nad
ilością oraz nad tym co, kiedy i w jaki sposób jem. Często zajadam emocje.
Jem dużo więcej niż przeciętny człowiek. Poza tym, niemal bez przerwy walczę
z pragnieniem jedzenia. Od pewnego też czasu walczę ze sporą nadwagą. Ilekroć
uda mi się zrzucić nieco kilogramów, w krótkim czasie powracam do tej samej,
a często wyższej wagi. Czuję, że nie mam na to żadnego wpływu. Straciłem w
związku z tym kontrolę nad swoim życiem.
Nie pamiętam początków swojej choroby, ponieważ moją uwagę zwróciła dopiero
nadwaga, która pojawiła się już dużo później. Jednak zdaję sobie sprawę z
tego, że poszukując rzeczywistych przyczyn muszę przede wszystkim odgruzować
swoje dzieciństwo.
ZA TATUSIA
Mój ojciec zmarł jak miałem 12 lat. Nie jestem pewien na ile to, co zapisało
się w mojej pamięci, wiernie oddaje rzeczywistość z czasów, kiedy jeszcze
żył. Tato prowadził swoją firmę, w domu panował dostatek, niczego nam nie
brakowało pod względem materialnym. Wiem, że był alkoholikiem, a mimo to we
wspomnieniach wraca do mnie jako ktoś, kto potrafił pokazywać mi, że jestem
potrzebny, dostrzegał i chwalił za osiągnięcia.
Na podobne zainteresowanie ze strony mamy nie mogłem liczyć. Zamiast tego, od
kiedy pamiętam, mama miała potrzebę karmienia mnie. To był jej sposób
wyrażania miłości. Nigdy nie potrafiła okazać jej wprost. Teraz rozumiem, że
była zaganiana, wiele obowiązków ojca przejmowała na siebie.
Słyszałem kiedyś określenie, które bardzo mi tu pasuje: dzieci nie
wychowywane, tylko hodowane. Tak można było o nas powiedzieć: nakarmione,
umyte, dobrze wyglądają i na tym koniec. Nic im więcej do szczęścia nie
trzeba. Rozwój emocjonalny, intelektualny, duchowy, pielęgnowanie więzi
rodzinnych - tego gdzieś zabrakło.
Wydaje mi się, że już wtedy (mogłem mieć wówczas jakieś osiem lat) pojawiły
się u mnie pierwsze symptomy choroby. Gdy w domu wybuchała awantura
spowodowana piciem ojca - uciekałem w jedzenie. To mogło mi się utrwalić.
ZA MAMUSIĘ
Podejrzewam, że decydującą rolę w rozwoju choroby odegrała jednak niezłomna
wola mojej mamy. Mama wprost faszerowała mnie jedzeniem. Ja jej odmawiałem -
ona nalegała. Jako 18-latek chciałem o sobie stanowić, choćby w tej kwestii.
Mama zdecydowanie odbierała mi to prawo, urządzała godzinne dyskusje.
Dochodziło między nami wówczas do ostrych konfliktów na tym tle. Mama nie
pytała mnie czy jestem głodny - ona sama najlepiej to wiedziała. W głowie jej
się nie mogło pomieścić, że mogę nie zjeść. Wzbudzała we mnie poczucie winy
za to, że nie jedząc, robię jej przykrość lub marnuję jedzenie. Uciekała się
do różnych sztuczek i sposobów, żebym tylko jadł i ja w końcu uległem presji,
ale jednocześnie odrzuciłem odpowiedzialność za to. Mogę brać
odpowiedzialność za coś, na co mam wpływ, jeżeli pozostawia mi się jakiś
wybór. W tym wypadku wyboru nie miałem - musiałem jeść, żeby nie zrobić mamie
przykrości. Zrezygnowałem więc z odpowiedzialności za kontrolowanie jedzenia.
SZCZYPTA TYTONIU, KROPELKA KONIAKU I OKRYSZYNKA CHLEBA
W miarę dorastania pojawiły się inne nałogi: palenie, alkoholizm. Większa
świadomość społeczna o ich szkodliwości spowodowała, że łatwiej mi było
zauważyć konieczność walki z tymi nałogami. Jednak długo jeszcze nie
dostrzegłem problemu w moim sposobie odżywiania się.
W toku terapii uświadomiłem sobie, że mam tendencję do uciekania przed
problemami. Poznałem też mechanizmy uzależnień. Teraz wiem, że kompulsywne
jedzenie było u mnie wcześniejsze niż alkoholizm. Gdy pojawił się alkoholizm,
moje problemy z jedzeniem nasiliły się. W zmienionym pod wpływem alkoholu
stanie świadomości, więcej paliłem i więcej jadłem. Tak jakby odblokowanie
jednego, uwalniało też hamulce innym nałogom. Z drugiej zaś strony, podjęcie
abstynencji - najpierw alkoholowej, a następnie nikotynowej - spowodowało, że
zastąpiłem sobie te środki jedzeniem.
Powszechną sugestią dla trzeźwiejących alkoholików jest, żeby pozwalali
sobie, zwłaszcza w trudnych chwilach głodu alkoholowego, na podjadanie
słodyczy. Alkoholicy mają w zwyczaju nagradzanie się cukierkami, więc ja
również obficie się nagradzałem. W pewnym jednak momencie zauważyłem, że
nabrało to niepokojących znamion mechanizmu nałogowej regulacji uczuć:
zajadałem każdy lęk. To mnie zaniepokoiło, doszedłem do wniosku, że to już
żyje własnym życiem, że nie mam nad tym kontroli.
Podobnie było u mnie z rzucaniem palenia. Efekt był taki, że zamieniłem 20
papierosów dziennie na 20 posiłków. Nie były to za każdym razem pełne
posiłki - czasem po prostu drobna przekąska, w postaci plasterka kiełbasy czy
sera. Chodzi o fakt automatycznego zastąpienia sobie papierosów jedzeniem.
Znamienne, że uświadomiłem sobie to dopiero po latach - tak wiele zaprzeczeń
było we mnie. Wypierałem świadomość tego problemu tak silnie, że pomimo
uczestnictwa w terapii alkoholowej, dopiero niedawno dotarło do mnie, że
jestem uzależniony również od jedzenia. Nie wiązałem wcześniej bulimii z
nałogiem, a de facto, działają tu dokładnie te same mechanizmy.
Dzisiaj już wiem, że wszystkie te nałogi są po prostu różnymi obliczami
jednej choroby. Choć podejrzewam, że najbardziej pierwotnym jest uzależnienie
od jedzenia, to dopiero biorąc pod obserwację część wspólną wszystkich tych
nałogów, mam wgląd w naturę swoich problemów. Mogę wówczas znaleźć odpowiedź
na pytanie, dlaczego uciekam i odreagowuję w ten sposób. Myślę, że rzetelna
analiza problemu jedzeniowego- dla mnie podstawowego - jest niezbędnym
warunkiem do rozpracowania moich trudności.
ZAPASY GŁODU Z GŁODÓWKĄ
Przez wiele lat dostrzegałem tylko problem nadmiaru wagi. Nie uświadamiałem
sobie w ogóle faktu uzależnienia. Koncentrowałem się wyłącznie na wadze i do
problemu nadwagi sprowadzałem swoje trudności jedzeniowe. Moje działania
ograniczały się zatem do stosowania rad i diet z kolorowych czasopism. Nie
szukałem innych sposobów ani tłumaczeń. Do przyczyny swoich skłonności nawet
nie próbowałem docierać. Teraz zmieniłem sposób patrzenia na problem i nie
nadmiar wagi mi przeszkadza, ale istota choroby, to w jakim stopniu deformuje
ona człowieka: nie cielesność, tylko jego wnętrze.
Najgorsze w niej jest to, że jak sobie zjem, to obojętnieje mi wszystko:
obowiązki, moje plany życiowe, itd. Wtedy najchętniej leżałbym bezczynnie.
Nie mam przez to czasu na życie.
Całe szczęście, że pamiętam jeszcze okres, kiedy byłem szczupły - wiem do
czego chcę wrócić. To były czasy, gdy jedzenie nie było dla mnie największą
wartością. Wartością były wówczas ruch, zabawa. Lubiłem pograć sobie w piłkę,
pobiegać. Byłem aktywny, lubiłem poznawać nowych ludzi, ciekawiły mnie
nieznane rzeczy.
Obecnie to wszystko zastąpiłem sobie jedzeniem. Trudno przywołać mi w pamięci
moment, w którym ta zmiana nastąpiła - był to niezauważalny proces. Bardzo
długo uspokajałem w sobie niepokój, przeczucie podpowiadające, że coś jest
nie w porządku. W chwili, kiedy nie sposób było już ukrywać tego przed sobą,
puściła jakby jakaś tama, oczy otworzyły mi się nagle. Zacząłem wychodzić z
tego zakłamania.
Sama nadwaga nie jest dla mnie problemem, choć niewątpliwie jest przyczyną
mojej ociężałości, mniejszej sprawności fizycznej. Jest jednak prze