olek13
25.04.02, 17:58
Drodzy forumowicze,
Piszecie o swoich kłopotach, problemach, troskach, chorobach, niekiedy tragediach. Piszecie, prosząc o słowa otuchy, szukając rady czy rozwiązania. Na co jesteście gotowi, aby rozwiązać problem, niekiedy przecież chodzi o sprawę życia lub śmierci. Co gotowi jesteście poświęcić, z czego zrezygnować, co porzucić. Jaką cenę gotowi jesteście zapłacić za powodzenie, sukces, zdrowie a niekiedy za życie.
Obserwuję ludzi i widzę, jak niekiedy trudno jest zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń. A najtrudniej jest przyznać się przed sobą do własnych urojeń, uważanych za najświętsze prawdy.
Niedawno słyszałem w radiu taką historię, opowiadaną przez psychologa:
Pewien doradca giełdowy przez chybione decyzje wpadł w kłopoty. Zamiast się przyznać i wycofać dokonał kolejnych złych operacji, aby niejako pokazać światu, że w jego sytuacji nie istniało dobre rozwiązanie. W rezultacie trafił do więzienia, co dla niego było mniej dotkliwą karą, niż posądzenie o niekompetencję.
Czy my wszyscy nie czynimy złych wyborów, obawiając się stanąć twarzą w twarz z sobą samym? Czy nie działamy często na własną szkodę, rezygnując z rozwiązań problemów tylko dlatego, że musielibyśmy przewartościować długo ugruntowywane przekonania?
Co o tym myślicie?
Pozdrawiam wszystkich serdecznie