Coś we mnie pękło

11.05.02, 06:48
Obudziłam się o 5.00 rano jak nigdy. Nie mogłam już zasnąć. Nie wiem dlaczego,
ale akurat właśnie dziś dotarło do mnie, że moje życie to pasmo nieudanych
związków. Takie myśli nachodzą człowieka przecież nocą, dopadają znienacka,
kiedy szczęśliwi ludzie idą spać wtuleni w siebie. A do mnie przyszły rano. Czy
to znak, żebym zrobiła coś ze swoim życiem w końcu?
Mam 31 lat. Ładna, niebanalna kobieta. Jeden związek - 5 lat, drugi 4 lata...
potem byl ktos, kto mnie kochal jak nikt... ja go nie. Skrzywdziłam go,
prosilam o wybaczenie. I wybaczył. Potem jakiś romans przez miesiąc -
kompletnie bez sensu. Potem szarpanina z jakimś popaprańcem przez rok. A
teraz... od 2 miesięcy ktoś, kto nie umie się określić. Porządny, uczciwy
facet, nie mogę być na niego zła, bo na to nie zasługuje. Pakuje się z jednych
ramion w drugie, daje z siebie wszystko... spalam się do cna. A kiedy dobita
permamentną szarpaniną zaczynam się wycofywać - on zaczyna się starać. Tylko ja
już nie mam siły i nie chce. Zawsze odchodze ja... och, jak silna, bo potrafie
zerwać!
Szukam miłości po pmacku, na oślep, bez zastanowienia. Robię kalkę raz po raz.
Oni są inni... za to moje zachowanie zawsze takie samo: serce na talerzu, łzy,
uczucie bycia niekochaną i odwrót, nawet wówczas, gdy on zaczyna naprawde chceć.
Wiem, że to we mnie tkwi błąd, jakiś błąd w pliku, z którym sobie nie radzę.
Chcę mieć rodzinę, dzieci. I to nie w sferze życzeń, ale naprawdę tego pragnę i
gotowa jestem dużo dla tego poświęcić. Mam gdzieś moją pracę, karierę i
pieniądze, które moge zarobić. Chcę tego, co jest dla mnie nieosiągalne, czego
nie umiem od życia wziąć.

Przepraszam za tak ekshibicjonistyczny list. Nie wiem nawet, czy oczekuję od
Was rad, choć jesteście naprawdę mądrzy i wspaniali.
Piszę pod innym nickiem, bo mi wstyd za siebie, nawet za siebie anonimową.
Czytam co napisałam i jestem przerażona. Pzerażona sobą przed 7 rano.
    • kwieto Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 08:50
      hm...
      W sumie, tak naprawde najwazniejszy krok wlasnie zrobilas. Bo dostrzeglas, ze
      cos jest nie tak, i ze to Ty musisz sie tym zajac... A to bardzo duzo. Bo
      mozesz "innym okiem" spojrzec na swoje dotychczasowe zachowania. Swoja droga,
      ja zawsze gdzies intuicyjnie czulem, ze poki nie naucze sie byc szczesliwy sam
      ze soba, nie bede sie nadawal do zadnego zwiazku. I w sumie tak bylo, do
      pewnego momentu wszystkie moje uklady damsko-meskie byly jednym wielkim pasmem
      porazek, dosc bolesnych. Moze sprobuj zajac sie zapewnieniem sobie szczescia w
      ramach siebie samej, a dopiero potem szukaj wspanialego zwiazku? Bo to moze byc
      takie kolko:
      Im bardziej czegos pragniesz, tym bardziej Ci zalezy. Im bardziej Ci zalezy,
      tym bardziej sie starasz. Im bardziej sie starasz, tym mniej rzeczy jestes w
      stanie zauwazyc "na trzezwo", chlodnym okiem, z dystansem. Im mniej sie
      potrafisz zdystansowac do tego co robisz, tym gorzej Ci wychodzi... Im gorzej
      wychodzi tym bardziej pragniesz itd.
      • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 09:33
        Dziękuje Kwieto. Zdawałam sobie sprawę z tego wcześniej, że to pewnie moja
        wina, ale nic z tym nie robiłam. Było jak było, nie zastanawiałam się zbyt. Po
        prostu płynęłam sobie bez większych postanowień, choć przemyślenia tej sytuacji
        były, nawet głębokie.
        Próbowałam coś z tym teraz zrobić, bo człowiek, z którym teraz sie czasem
        spotykam, jest tego wart. Ale nie dam sama rady. Książki, rozmowy, przyjaciele -
        na nic. Można być wspaniałym teoretykiem, znać każdy błędny ruch. To na nic,
        nie przekłada sie na praktykę, jeśli problem jest naprawde głęboki. A dziś
        dotarło do mnie, że jest głębszy niz przypuszczałam.
        • kwieto Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 09:42
          Proponuje porozmawiac o tym z psychologiem. To moze wiele pomoc. Albo z kims,
          komu mozesz zaufac, mozesz sie pozwierzac, i o kim wiesz, ze oprocz pocieszania
          Cie, bedzie w stanie wytknac, uswiadomic Ci bledy, nawet te bardzo bolesne.

          W sumie delikatne rozmowy na ten temat z Twoim obecnym partnerem tez moga wiele
          przyniesc. Tylko tu mala uwaga - mimo ze ludzie lubia innym pomagac, ciagle
          mowienie o swoich problemach moze po prostu zmeczyc i odstraszyc. Bo niewiele
          osob nie ma ochoty byc z kims, kto ciagle rozmawia o swoich problemach, nie
          dostrzegajac pozytywnych stron zycia. Dlatego lepiej ze swoich cierpien
          zwierzac sie "w kawalkach", kilku roznym osobom niz jednej "najzaufanszej".
          Tutaj trzeba uwazac :")))
          • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 09:53
            Rozważam rozmowę z psychologiem, nie wiem, może pokusze się o dłuższą terapię.
            Przyjacielowi boje sie o tym mówić. Nie wiem, czy nie zrazi go to do mnie. Choć
            przecież jeśli mu zależy na mnie, to nie powinno, prawda? Zresztą, ona ma swoje
            duchy i nie obarcza mnie nimi.
            • kwieto Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 10:00
              Dlatego mowie, przyjaciel ma sens jesli np. z jednym "popracujesz" nad tym
              kawalkiem siebie, z drugim nad tamtym... kazdy z nich po prostu innym okiem
              spojrzy na Twoje sprawy. Wlasciwie podobnie robi psycholog, tylko on ma po temu
              jakas baze wyksztalcenia, no i nie zniecheci sie do Ciebie jesli wyplaczesz mu
              wszystko co Cie gryzie...
              • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 10:05
                Rozmawiałam o tym z przyjaciółką, zna mnie długo i myślę, że dobrze...
                Rozmawiałam w tych "kawałkach" także z innymi osobami. To nic nie daje. Poza
                tym, przyjaciele to ludzie, którzy nie mają mimo wszystko obiektywnego
                nastawienia do Twojej osoby. Czasem po prostu chcą, by Ci było dobrze, ale
                pomóc nie mogą. Spróbuję pójść z tym gdzie indziej. To juz za długo trwa. Chce
                coś z tym radykalnie zrobić.
                • kwieto Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 10:43
                  Pamietaj jednak, ze to jest proces. I nawet radykalne zmiany moga trwac
                  miesiace, lata... I nie zniechecaj sie jesli nie uda sie wszystkiego zmienic
                  zaraz, natychmiast. Wiecej, nawet nie probuj zabierac sie za wszystko od razu -
                  bo to moze przyniesc wiecej szkody, trudno jest sprawdzic czy jest lepiej czy
                  gorzej, jesli przewracasz cale zycie do gory nogami
                  • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 12:22
                    Przede wszystkim chcę zrozumieć, gdzie tkwi błąd. Jeśli mi to zajmie dużo
                    czasu - nie szkodzi. Więcej go zmarnowałam! I nie chce ani jednego dnia więcej.
                    Bronię się przed etykietką "neurotyczka"... staram się uciekać od niej jak
                    najdalej, ale jak długo? O tym, że jestem workiem kompleksów - wiem od dawna.
                    Domyślam sie dlaczego, ale nie umiem sama, czy przy pomocy bliskich mi osób
                    dojść ze soba do ładu.
                    Trudno mi było przyjąć na przykład do wiadomości, że jestem inteligentna.
                    Mówią: umysł-brzytwa. Ja pukam sie w czoło. To tylko mikroskopijny wycinek. A
                    gdzie reszta? Nie jest łatwo tak żyć.
                    • kwieto Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 15:29
                      No tak, wyzbycie sie kompleksow to dlugi proces. Ale, jak mowia medrcy "nawet
                      100 milowa podroz rozpoczyna sie od pierwszego kroku". A Ty juz ten krok
                      uczynilas. Nawet jak nie zawsze bedzie lepiej, nawet jesli czasem uznasz, ze
                      sie cofasz - to i tak w gruncie rzeczy podazasz w dobrym kierunku, a to tu sie
                      liczy najbardziej :"))
                      • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 16:01
                        Dziękuje Kwieto za tę rozmowę. Już zrobiłam pierwszy krok, przede wszystkim w
                        swojej głowie. Cieszę się, że to właśnie z Tobą spędziłam ten mój pierwszy
                        dzień. Czytam Ciebie czasem. Miłego weekendu.
                        • kwieto Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 16:07
                          Tobie rowniez i powodzenia!
                          Odezwij sie czasem, jak idzie :"))
                          • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 11.05.02, 16:12
                            Odezwę.:)
                    • Gość: Martyna Re: Coś we mnie pękło IP: *.proxy.aol.com 12.05.02, 03:25
                      zuzanna31 napisał(a):

                      > Przede wszystkim chcę zrozumieć, gdzie tkwi błąd. Jeśli mi to zajmie dużo
                      > czasu - nie szkodzi. Więcej go zmarnowałam! I nie chce ani jednego dnia więcej.
                      >
                      > Bronię się przed etykietką "neurotyczka"... staram się uciekać od niej jak
                      > najdalej, ale jak długo? O tym, że jestem workiem kompleksów - wiem od dawna.
                      > Domyślam sie dlaczego, ale nie umiem sama, czy przy pomocy bliskich mi osób
                      > dojść ze soba do ładu.
                      > Trudno mi było przyjąć na przykład do wiadomości, że jestem inteligentna.
                      > Mówią: umysł-brzytwa. Ja pukam sie w czoło. To tylko mikroskopijny wycinek. A
                      > gdzie reszta? Nie jest łatwo tak żyć.

                      Droga Zuzanno!

                      Nawet sobie nie wyobrazasz jak bardzo Cie rozumiem moze dlatego,ze mamy czy
                      mialysmy podobne doswiadczenia . Poplatane zwiazki, niskie poczucie wartosci i
                      to , ze milosc jest dla nas tak wazna. Powiem Ci , ze naprawde potrzebujesz
                      dobrej terapii bo nie wierzac w siebie przekazujesz nieswiadomie informacje, ze
                      nie jestes wiele warta. Ja jestem w polowie drogi wierze i akceptuje siebie i
                      wierze w to, ze jestem wyjatkowa bo jesli nie pokochasz siebie samej jak maja to
                      zrobic inni.
                      Mi tez mowiono, ze jestem zdolna , madra itp ale jako jedyna dostalam 5 z pewnego
                      trudnego egzaminu u faceta, ktory nie postawil 5 od 3 lat i dotego oblewal 70
                      procent studentow to moja 1 mysl pewnie nie zdalam bo to niemozliwe zebym dodtala
                      5 i "zmusilam" jego sekretarke aby zagladnela do jego prywatnej teczki , ktora
                      zostawil w jego zamknietym pokoju i jeszcze raz siegnela do arkusza
                      egzaminacyjnego itp.

                      Moja zmiana byla wynikiem doswiadczen zyciowych pewnych przezyc a zreszta caly
                      czas nad soba pracuje aby poczucie wartosci i akceptacje utrzymac bo naprawde
                      warto .

                      Pozdrawiam
                      • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 12.05.02, 15:39
                        >Powiem Ci , ze naprawde potrzebujesz
                        >dobrej terapii bo nie wierzac w siebie przekazujesz nieswiadomie informacje,
                        >ze nie jestes wiele warta.

                        Dokładnie tak jest.
      • Gość: Martyna Re: Coś we mnie pękło do Kwieto IP: *.proxy.aol.com 12.05.02, 03:34

        Kwieto rozumiejacy a jesli nie to strajacy sie zrozumiec innych, trzymajacy w
        kieszeniach madre rady a czasami jak trzeba inteligentne riposty naprawde
        imponujesz mi . A co do Twojego zdania ,ze najpierw trzeba byc szczesliwym
        samemu zeby mozna bylo byc szczesliwym z innym czlowiekiem - to wlasnie z
        przerazeniem zauwazylam , ze najszczesliwsza to czuje sie wlasnie sama .
        • kwieto Re: Coś we mnie pękło do Kwieto 12.05.02, 15:50
          A dlaczego z przerazeniem? Chyba ze masz na mysli taki stan, ze jakakolwiek
          bliskosc rodzi w Tobie leki, frustracje itd... To moze byc objaw jakichs
          kompleksow, ale dajmy spokoj - przeciez nie kazdy czlowiek musi sie spelniac w
          partnerstwie, malzenstwie, miec dzieci...

          • Gość: Martyna Re: do Kwieto IP: *.proxy.aol.com 14.05.02, 20:15
            kwieto napisał(a):

            > A dlaczego z przerazeniem? Chyba ze masz na mysli taki stan, ze jakakolwiek
            > bliskosc rodzi w Tobie leki, frustracje itd... To moze byc objaw jakichs
            > kompleksow, ale dajmy spokoj - przeciez nie kazdy czlowiek musi sie spelniac w
            > partnerstwie, malzenstwie, miec dzieci...
            >

            Nie ja kocham dzieci i partnerstwo ale coraz mniej spotykam ludzi , z ktorymi
            moge nawiazac porozumienie nie chodzi mi oczywiscie o rozmowy te te te ale takie
            prawdziwe zrozumienie bo takie znajomosci cenie . Mam kilku przyjaciol, z ktorymi
            rozumiem sie bez slow i moge im powiedziec rozne dziwne rzeczy i te nie dziwne
            tez i poza tym ludzie przestali mnie interesowac a ja zawsze myslalam, ze w
            kazdym mozna znalezc cos ciekawego i zawsze bylam otwarta na spotkanie nowych
            ludzi..Teraz tak nie mysle i to mnie przeraza.
            Teraz jestem w stalym zwiazku ale powiedzmy kilka miesiecy temu dzwoni do mnie
            facet nie przyjaciel ale facet, ktorego lubie chcial wyjsc gdzies razem a ja mu
            powiedzialam, ze jstem zajeta bo czytam ksiazke.
            • kwieto Re: do Kwieto 14.05.02, 21:04
              Odpowiem Ci nieco "dookola":

              Swego czasu poszukiwalem takich "prawdziwych" relacji. Takich gdzie mozna
              pogadac o rzeczach glebokich, waznych, wazkich... Chcialem znalezc ludzi ktorym
              moglbym sie zwierzac, mowic o swoich najbardziej skrytych przemysleniach...
              Podobnie jak Ty, stwierdzalem, ze takich ludzi nie ma wokol mnie, jest tylko
              przerazliwa pustka.
              Tylko ze... nie znajdziesz takich ludzi po prostu! Bo takich ludzi nie ma.
              Owszem, zdarzaja sie tacy z ktorymi mozna podyskutowac, zwierzac sie z
              najintymniejszych rzeczy... ale z takimi ludzmi najczesciej nie pojdziesz na
              rower, nie wybierzesz sie na zagle... Innymi slowy - cos za cos. Jeden nadaje
              sie do tego, inny do czego innego. Ja w kazdym razie nadal twierdze, ze w
              kazdym znajdzie sie cos wyjatkowego. Tylko ze w jednym bedzie to wspanialy
              intelekt, w innym wyczyny sportowe, a w jeszcze innym... piekne granie na
              grzebieniu (kiedys spotkalem staruszke, ktora na nosie potrafila zagrac "Tango
              Milonga").

              Ale nie o tym chcialem mowic. Mi to pragnienie znajdowania "prawdziwych
              relacji" powoli przeszlo. Mysle, ze takie poszukiwania sa swego rodzaju
              "choroba" ludzi zamknietych w sobie. Albo inaczej. takich ktorzy sa albo
              generalnie niesmiali, zamknieci lub... takich co prowadza swego rodzaju
              "podwojne zycie" - czyli sa otwarci jesli chodzi o sprawy ogolne, maja jednak
              taki obszar, taka czesc siebie, do ktorej dopuszczaja tylko nielicznych.
              Dokladnie taki problem mialem ja.

              Rozwiazalem go "dwutorowo". Po pierwsze - zaczalem doceniac te "nic nie
              przynoszace" znajomosci - pojscie na piwo i gadanie o niczym. Dosc czesto
              okazywalo sie, ze... moi rozmowcy maja ten sam problem! Ze chcieliby pogadac o
              "rzeczach istotnych" ale oceniaja rozmowcow jako takich, z ktorymi nie da sie
              na ten temat rozmawiac - i narzekaja na pustke... Ale swoja droga, takie
              znajomosci ktore polegaja wylacznie na ploteczkach tez bardzo duzo daja.
              Naprawde, nie wytrzymalbym nerwowo, gdybym mial ciagle rozmawiac o "rzeczach
              waznych" :"))
              Druga sprawa to podejscie do siebie z wiekszym dystansem. Nagle sie okazuje, ze
              wielu nie chce uprawiac "glebokich znajomosci" bo po prostu ten etap juz
              przeszli. I zrozumieli, ze zamiast zajmowac sie gadaniem o zyciu, lepiej po
              prostu zyc i sie tym zyciem cieszyc!
              Glebokie przemyslenia mozesz tak naprawde wymieniac z sasiadka na ulicy.
              Wystarczy tylko sprobowac... A tak naprawde, im wiecej znajdziesz w sobie
              otwartosci, im mniej rzeczy bedziesz w sobie traktowala jako "tabu" -
              dostepnych tylko nielicznym wybrancom - tym mniej pustki bedziesz odczuwala
              wokol. Zwroc uwage, jak to przebiega na forum - magia polega na tym, ze wszyscy
              otwieraja sie tutaj bardziej niz zazwyczaj. No bo i tak jest marna szansa, ze
              ktos nas zobaczy, oceni - wiec mozna sie zwierzac ze swoich najglebszych
              przemyslen zupelnie bez stresu, bez ryzyka, ze sie zostanie wysmianym i
              "naznaczonym". Jesli juz - tak sie stanie z bytem forumowym, ale wystarczy
              zmienic nicka aby zmienic skore i miec znowu "czyste" konto.
              Im mniej boisz sie smiesznosci, im bardziej wierzysz w siebie na codzien, w
              codziennym zyciu... tym mniej takich "glebokich relacji" potrzebujesz! Im
              bardziej jestes w stanie zdystansowac do samej siebie, "wyluzowac", udostepnic
              cale swoje wnetrze, zarazem nie przejmujac sie komentarzami, nie bojac sie
              ich... tym latwiej sie zyje, i tym bardziej docenia sie zwykle gadanie o
              niczym...

              Dlugie to co pisze, ale na sam koniec powiem jak to wygladalo u mnie, jesli
              chodzi o podejscie na przyklad do dziewczyn. Przez bardzo dlugi czas szukalem
              dziewczyny ktorej wlasnie moglbym sie zwierzac, udostepnic cale swoje
              jestestwo, odkryc, zaufac... Ostatnio praktycznie takiej osoby nie potrzebuje,
              a od partnerki oczekuje przede wszystkim... wspolnego bycia, radosci, cieszenia
              sie soba. Nie czuje potrzeby zwierzania sie ze swoich "glebokich" przemyslen,
              bo owe przemyslenia po prostu zaczalem traktowac na rowni ze zwyklym
              plotkowaniem. Rozmowy "glebokie" wychodza same, spontanicznie. Albo nie
              wychodza, ale... zamiast rozmawiac o istocie bytu, naprawde lepiej jest pogapic
              sie w niebo :")))

              Troszke metne to co pisze i dlugawe. Jesli nie masz nic przeciwko, to dalsza
              dyskusje moze przeniesmy na priv., bo to w sumie temat rzeka :"))

              kwieto@poczta.gazeta.pl
    • Gość: Kulka Re: Przepraszam że sie wtrącam IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 11.05.02, 16:44
      Przepraszam Was że sie wtrącam do tej właściwie całkiem prywatnej rozmowy
      ...
      zuzanna31 napisał(a):

      .
      > Oni są inni... za to moje zachowanie zawsze takie samo: serce na talerzu, łzy,
      > uczucie bycia niekochaną i odwrót, nawet wówczas, gdy on zaczyna naprawde chceć
      > .
      > Wiem, że to we mnie tkwi błąd, jakiś błąd w pliku, z którym sobie nie radzę.
      > Chcę mieć rodzinę, dzieci. I to nie w sferze życzeń, ale naprawdę tego pragnę i
      >
      > gotowa jestem dużo dla tego poświęcić. Mam gdzieś moją pracę, karierę i
      > pieniądze, które moge zarobić. Chcę tego, co jest dla mnie nieosiągalne, czego
      > nie umiem od życia wziąć.
      >
      > ...ale chciałabym rzec, że śmiem watpic, czy oni są inni, jak się dobrze
      zastanowisz, może się okazać że sa zawsze tacy sami:starający sie tylko wtedy gdy
      odchodzisz. Pomoc psychologa? hm...powiedziałabym że kosztowna rozrywka, do
      niczego nie prowadząca, ale pewnie cie na to stac, więc sobie poużywaj póki
      możesz, bo gdy rzucisz karierę i pieniądze jak piszesz dla rodziny, to swego
      umysłu jak brzytwa będziesz używac do odpowiedzi na pytanie czym nakramic
      dzieci.I wtedy z rozrzewnieniem będziesz wspominac czasy gdy w pogardzie miałaś
      kariere i pieniądze.
      Od razu chcę powiedzieć,że sie nie czepiam,nie zazdroszcze i nikogo nie chce
      obrazić, bo cos ostatnio stale mi się trafia całkiem niezamierzenie.
      Pzdr i życze powodzenia
      • zuzanna31 Re: Przepraszam że sie wtrącam 11.05.02, 18:22
        :)Kulko przesympatyczna,
        W żadnym wypadku nie wtrącasz się nieproszona (nie piszę przecież z Kwieto e-
        maili). Czytając Twój post uśmiechnęłam się pod nosem. Przemawia przez Ciebie
        doświadczenie życiowe i uwierz, to jest takie doświadczenie, jakie bardzo
        chciałabym mieć.:)
        • Gość: Kulka Re: Przepraszam że sie wtrącam IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 11.05.02, 20:16
          Wierze, bo zawsze jakos pragniemy tego czego nie mamy, widac już taka ludzka
          natura :) Jak to mówią wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, a jak się już tam
          znajdziemy to się okazuje że to nie to i tak w koło Macieju. Powoli dochodzę do
          wniosku,że szczęście polega na zaniku pragnień.
          • zuzanna31 Re: Przepraszam że sie wtrącam 11.05.02, 22:30
            Ale są takie pragnienia, których nie można się wyrzec. Są w nas biologicznie
            wpisane i nie sposób je zagłuszać całe życie.
            Oczywiście, że trawa w ogrodzie sąsiada jest bardziej zielona. O ile u nas w
            ogóle trwa rośnie.
            • Gość: Kulka Re: Przepraszam że sie wtrącam IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 15:47
              wszystkiego mozna się wyrzec,mam nadzieję, inaczej pozostaje tylko sie
              powiesić,czy tez skoczyc z mostu, czego zrobić nie można ,bo jest jeszcze
              poczucie odpowiedzialności i obowiązku.
              • kwieto Re: Przepraszam że sie wtrącam 12.05.02, 15:51
                Gość portalu: Kulka napisał(a):

                > wszystkiego mozna się wyrzec,mam nadzieję,

                Jedzenia, picia, spania tez? Przeciez to potrzeby jak kazde inne...
                • pastwa Re: Przepraszam że sie wtrącam 12.05.02, 15:58
                  kwieto napisał(a):

                  > Gość portalu: Kulka napisał(a):
                  >
                  > > wszystkiego mozna się wyrzec,mam nadzieję,
                  >
                  > Jedzenia, picia, spania tez? Przeciez to potrzeby jak kazde inne...

                  Niestety, tylko na krótko można się tych potrzeb wyrzec.

                  • Gość: Kulka Re: Przepraszam że sie wtrącam IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 16:01
                    Rozrózniam potrzeby /picie,jedzenie,spanie/ od pragnień /szczęście, rodzina,
                    przyjażń,miłość wreszcie/.A na marginesie gdybym nie musiała jeść życie byłoby
                    znacznie prostsze :)))
                    • kwieto Re: Przepraszam że sie wtrącam 12.05.02, 16:23
                      A jakie oszczednosci!

                      Swoja droga, zbaczajac nieco z tematu: czy pragnienie to potrzeba czy
                      pragnienie?
                      • Gość: Kulka Re: Przepraszam że sie wtrącam IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 16:28
                        kwieto napisał(a):

                        > A jakie oszczednosci!
                        >
                        > Swoja droga, zbaczajac nieco z tematu: czy pragnienie to potrzeba czy
                        > pragnienie?

                        W zasadzie akademickie rozważania.Potrzeba - cos czego nie można się wyzbyć,
                        pragnienie - cos co skutecznie cię unieszczęśliwia ale jak trochę popracujesz to
                        możesz pozbyć sie tego jeża:)


                        • kwieto Re: Przepraszam że sie wtrącam 12.05.02, 16:30
                          Ale ja nie rozumiem po co sie wyzbywac pragnien. Nie lepiej zlapac do nich
                          dystans i przestac wierzyc, ze tylko ich realizacja nas uszczesliwi? Wiesz,
                          dojsc do takiej sytuacji, ze owszem, chetnie bys pojechala dookola swiata, ale
                          fakt, ze jest to akurat w danej chwili niewykonalne nie sprawia ze jestes
                          nieszczesliwa
                          • Gość: Kulka Re: Przepraszam że sie wtrącam IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 16:35
                            Bo kiedy nie masz pragnień, to cię one nie uwierają,możesz zyc chwilą i nawet
                            jesli to nie jest szczęście to przynajmnie święty spokój.Podróz dookoła swiata
                            nie jest dla mnie pragnieniem ale marzeniem raczej z marnym widokiem na
                            realizację, co mi nie przeszkadza spać. Pragnienie budzi cie w nocy,sprawia że
                            płaczesz i nie chce ci rano wstać.Dlatego lepsze jest życie bez pragnień.
                          • Gość: inayat Re: Przepraszam że sie wtrącam IP: *.torun.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 16:43
                            Kwieto bardzo czesto powtarzasz w swoich postach ze tak wlasciwie to ci nic do
                            szczescia nie brakuje, ze zycie nie ma celu itd. "Raz jest dobrze, raz jest zle,
                            a tak naprawde: dobrze, zle- co za roznica?" to twoje slowa ktore zapamietalem do
                            dzis. Dla mnie ma to zwiazek z wyzbyciem sie pragnien i przyjmowaniem zycia
                            takiego jakie jest. Jesli cieszy cie wszystko co dostajesz od zycia to
                            automatycznie mniej rzeczy jest ci do szczescia potrzebnych.
                            • Gość: Kulka Re: Przepraszam że sie wtrącam IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 16:47
                              Własnie o to mi chodziło,tylko nie umiałam tego tak ładnie sformułować:)))
                            • kwieto Re: Przepraszam że sie wtrącam 12.05.02, 17:10
                              Zgoda. Natomiast to nie jest tak, ze te pragnienia trzeba tlumic, raczej
                              uzyskiwac do nich dystans. Czyli pragnienia znikna same, wystarczy zajac sie
                              pewna umiejetnoscia trzezwego patrzenia na swiat i samego siebie. Samo wyzbycie
                              sie pragnien to nie jest dobry pomysl - wiecej, im bardziej ktos sie bedzie
                              staral ich pozbyc, tym bardziej one beda go gryzly!
                              • Gość: Kulka Re: Przepraszam że sie wtrącam IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 17:18
                                A kto powiedział,że wyzbycie sie pragnień oznacza ich stłumienie? Stłumienie,
                                sciśnięcie ,zduszenie oznacza tylko tyle że ryzykujemy potencjalny
                                wybuch,zwykle w najmniej odpowiednim momencie.I najczęściej takie stłumienie
                                daje skutki uboczne,zwykle mało przyjemnie w postaci nerwic, natręctw i
                                innych "przyjemności".Wyzbyć się pragnienia można wtedy gdy sobie je całkowicie
                                uświadomimy a potem przekonamy samych siebie że nie jest nam wcale potrzebny
                                ten nasz obiekt pożądania.Proste? tak w teorii...w praktyce niestety nie :(
                                • kwieto Re: Przepraszam że sie wtrącam 12.05.02, 17:28
                                  E, nie to ja wole inna droge. Bo przekonywanie siebie samego, ze cos nie jest
                                  potrzebne, to troche na sile. Ja bym raczej staral sie zajac innymi rzeczami, i
                                  stwierdzic, ze poki jest ono nierealizowalne po prostu odkladac je na bok (ale
                                  bez stwierdzenia ze jest zbedne) i zajac sie innymi rzeczami, bierzacymi.
                                  Pozniej sie dosc czesto okazuje, ze ten kuferek do ktorego "tylko na chwile"
                                  odlozylismy pragnienia, zarasta kurzem a my wcale nie czujemy potrzeby by tam
                                  zagladac...
                                  • Gość: Kulka Re: Przepraszam że sie wtrącam IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 17:50
                                    no tak, ale spece od psychologii motywacji /np.prof.Wieczorkowska,niech mi
                                    wybaczy że tu ją wspomnę/ twierdzą ,że takie odłożone na bok pragnienia bardzo
                                    nas obciążają emocjonalnie i prowadza do depresji... i co ty na to?
                                    • kwieto Re: Przepraszam że sie wtrącam 12.05.02, 19:24
                                      Nie wiem, to chyba zalezy z jakim nastawieniem je odlozysz na bok. Ja w koncu
                                      psychologiem nie jestem :")
                                      Ale wiem, ze u mnie pewien przelom w zyciu nastapil dokladnie w momencie, gdy
                                      stwierdzilem, ze mam to gdzies, nie bede sie zajmowal pogonia za realizacja
                                      wlasnych pragnien (ktore nie sa mozliwe do spelnienia), tylko zajme sie tym, co
                                      mi akurat w danej chwili sprawia radosc. I tym sie bede kierowal, "zapominajac"
                                      o tych wszystkich pragnieniach i innych
    • re_ne Re: Coś we mnie pękło 12.05.02, 09:47
      Dosc dziwne zdaje mi sie Zuzanno to, ze masz za soba dwa dlugoletnie bezowocne
      zwiazki. Czyzby Twoj biologiczny zegar dal o sobie znac dopiero teraz?
      Jestes ladna, inteligentna kobieta i mimo to nic? Moze powinnas troche skupic
      sie i popracowac nad swoim charakterem. Popros kolegow ktorzy dobrze Cie znaja,
      by smialo powiedzieli co im sie w Tobie nie podoba.

      Pozdrawiam,
      Rene
      • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 12.05.02, 15:36
        Mój zegar biologiczny jest bardzo opóźniony... tak, dopiero teraz dał o sobie
        znać. Zaś co do moich długoletnich związków, tak jak wcześniej pisałam: to ja
        odchodziłam. Do dziś mamy dobre ze soba kontakty, jako ludzie, których łączyło
        coś głębokiego, lecz siłą rzeczy, przecież życie toczy się nadal, nie spotykamy
        się i nie podtrzymujemy tych kontaktów.
        To nie jest tak, że ze mną trudno wytrzymać, że mam fobie, czepiam się, marudzę
        i generalnie mozna mieć mnie dość. Z tego, co widzę, to wręcz przeciwnie.
        Problem jest w moim podejściu do siebie, nie w moim charakterze jako takim...
        przynajmniej nie na tyle, by sądzić, że ze mną nie mozna wytrzymać. Bo w sumie
        to ja nie wytrzymuję ciśnienia, jakie mam w sobie i odchodzę.
    • Gość: re_ne Re: Coś we mnie pękło IP: *.dip.t-dialin.net 12.05.02, 16:54
      Mysle Zuzanno ze nie urazilem Ciebie swoim postem.
      Skoro twierdzisz ze jestes ladna i nieprzecietnie inteligentna, jestes moze
      rowniez gleboko przekonana o tym, ze masz zloty charakter. Ale przewaznie jest
      tak, ze swoich wad nie dostrzegamy, nie indyfikujemy sie z nimi. Powiedz ktora
      kobieta przyzna sie do tego ze jest np zlosliwa czy zaborcza, pomimo tego ze
      istotnie jest urodziwa i inteligetna?
      Zeby zalozyc rodzine, nie trzeba byc modelka i miec mozg Einsteina!
      Wazna jest Twoja aura ktora sie odbiera! To co z Ciebie emanuje!

      Powinnas wyjsc z zalozenia, i byc o tym gleboko przekonana, ze jesli kogos
      szukasz, to jest rowniez ktos na tym swiecie, kto szuka wlasnie Ciebie.

      I to zdanie powinno byc dla Ciebie impulsem do dzialania, wiedz ze wszystko na
      swiecie jest ze soba powiazane. Sa samotne matki np z 3 dzieci, ale i sa tez
      mezczyzni ktorzy wlasnie kogos takiego szukaja.
      Zastanow sie Zuzanno, co mozesz zaoferowac swojemu przyszlemu mezczyznie, czym
      mozesz go do siebie zwabic, i staraj sie to z siebie wyeksponowac.

      Zanim go spotkasz w realu, sprobuj troche popracowac nad tym mentalnie, sprobuj
      odnalezc go i nawiazac z nim kontakt w swiecie duchowym, w ktorym przeciez i on
      juz istnieje. Niech on stanie sie Twoim odbiornikiem, a Ty nadajnikiem
      wysylajacym w eter wiadomosc: Witaj moj jedyny, tutaj jestem, zamelduj sie!!!
      Kazdego poranka mow cos do niego, np dzis koncze prace o 17, potem musze cos
      jeszcze zalatwic i o 20 bede w knajpie siedziala w kaciku, jesli masz ochote ze
      mna sie spotkac moj idealny partnerze, to teraz juz wiesz gdzie mozesz mnie
      znalezc. Badz przekonana o tym, ze to co Ty wysylasz - tylko on odbiera, bo
      tylko Wy pracujecie na tej sam frekfencji i tylko Wy nalezycie do siebie.

      Uwierz mi Zuzanno - to funkcjonuje!!! Ta wlasnie metoda mozesz wczesniej juz
      nawiazac z nim kontakt mentalny i pozniej na pewno spotkasz go w realu.


      Zycze Ci powodzenia,
      Rene


      • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 12.05.02, 17:15

        Przeczytałam Twój post i wybacz, ale ogarnęła mnie, delikatnie mówiąc, mała
        konfuzja. :)
        Rad Ci u nas dostatek, ale i te przyjmę...:)

      • Gość: Rene Re: Coś we mnie pękło IP: *.dip.t-dialin.net 12.05.02, 17:16
        Zuzanno sorry, napisalem swojego posta nie przeczytawszy uprzednio Twojego -
        przegladarka cos mi dzisiaj nawala, wiec tak troche nie na temat.

        R
      • Gość: gawrona rene IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 17:22
        Gość portalu: re_ne napisał(a):
        > Powiedz ktora kobieta przyzna sie do tego ze jest np zlosliwa czy zaborcza,
        > pomimo tego ze istotnie jest urodziwa i inteligetna?

        chyba malo wiesz o kobietach, rene, albo za bardzo starasz sie uogolniac
        jestem niezbyt urodziwa, bardzo inteligentna, dosc zlozliwa i ogromnie zaborcza
        co ty na to, rene?




        • Gość: Rene gawrona IP: *.dip.t-dialin.net 12.05.02, 17:38
          W takim razie Gawrona jestes chyba JEDYNA kobieta, ktora do tak brzydkich cech
          sie przyznaje!!! :))) A co sprawia ze w stosunku do mezczyzn jestes wlasnie
          taka??? Nie wolalabys byc mila i ulegla? Moze masz za soba dlugoletni staz
          malzenski, jestes zawiedziona, zrospaczona i chcesz swojego jedynego
          zagnebic??????


          R
          • Gość: gawrona rene IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 17:43
            Gość portalu: Rene napisał(a):
            > W takim razie Gawrona jestes chyba JEDYNA kobieta, ktora do tak brzydkich cech
            > sie przyznaje!!! :))) A co sprawia ze w stosunku do mezczyzn jestes wlasnie
            > taka??? Nie wolalabys byc mila i ulegla? Moze masz za soba dlugoletni staz
            > malzenski, jestes zawiedziona, zrospaczona i chcesz swojego jedynego
            > zagnebic??????

            nie jestem jedyna taka kobieta
            taka jestem do wszystkich, nie tylko do mezczyzn
            mila tez potrafie byc
            ulegla? nie, nie interesuje mnie to
            nie jestem zawiedziona, ani zrozpaczona, ani nie chce nikogo pognebic
            a z moim jedynym jest mi dobrze i jemu ze mna tez
          • kwieto Re: gawrona 12.05.02, 19:26
            Heh, to co powiesz na to, ze ja sie bardzo czesto przyznaje ze jestem snobem,
            mam kaprysny charakter i dosc czesto jestem apodyktyczny (np. usiluje narzucic
            wlasne zdanie grupie)
            • Gość: Kulka Re: gawrona IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 19:33
              ...że kochasz kiedy temu przeczą:)))
            • Gość: gawrona Re: gawrona IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 20:10
              kwieto napisał(a):
              > Heh, to co powiesz na to, ze ja sie bardzo czesto przyznaje ze jestem snobem,
              > mam kaprysny charakter i dosc czesto jestem apodyktyczny (np. usiluje narzucic
              > wlasne zdanie grupie)

              kwieto, to pytanie do mnie? czy do rene?
              ???

              • kwieto Re: gawrona 12.05.02, 20:20
                Do Rene, nie zmienilem tematu (upss)
                • Gość: gawrona kwieto IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 12.05.02, 20:26
                  kwieto napisał(a):
                  > nie zmienilem tematu (upss)

                  co dowodzi, ze temat postu jest wazny? he

                  • kwieto Re: kwieto 12.05.02, 20:27
                    no wlasnie tak, bo wzbudzil niepotrzebny zamet :"PP
            • Gość: Martyna Re:wady do Kwieto IP: *.proxy.aol.com 14.05.02, 20:20
              kwieto napisał(a):

              > Heh, to co powiesz na to, ze ja sie bardzo czesto przyznaje ze jestem snobem,
              > mam kaprysny charakter i dosc czesto jestem apodyktyczny (np. usiluje narzucic
              > wlasne zdanie grupie)

              O mnie tez niektorzy mysla, ze jestem apodyktyczna ale to nie prawda a tak na
              marginesie to jak rozumiesz, ze jestes snobem, bo ja ostatnio sie zastanawialam
              co to znaczy byc snobem?

    • Gość: Gabi Re: Coś we mnie pękło IP: *.sympatico.ca 13.05.02, 01:32
      Droga Zuzanno
      a czy Ty przypadkiem nie zostalas zraniona w latach swojego dziecinstwa?czy
      wychowywalas sie w pelnej rodzinie?czy nie spotkala Cie krzywda ze strony
      mezczyzny??
      Jezeli tak to wlasnie tj przyczyna Twojej szamotaniny w relacjach damsko-
      meskich
      Musisz isc do dobrego psychoanalityka i zrobic"pranie mozgu"jest to czasanmi
      b.bolesne ale bedziesz sie czula jak nowo narodzona.Zabiera to b duzo
      czasu,energii alez jaka wielka satysfakcja poznania siebie,swojej
      psychiki.Uczynilas juz Wielki Krok poniewaz masz juz swiadomosc ze cos jest
      nie tak...a teraz do dziela,zrob nastepny krok..robisz to dla Siebie i tego
      Kogos w przyszlosci.Psycholog Cie ukierunkuje i bedziesz pozniej wiedziala z
      jakiej literatury czerpac.Osrodki Gestalt sa wspaniale .
      Ja np bylam zraniona przez swojego Ojca ktory odszedl jak bylam malenka i b
      tesknilam b.cierpialam ze niemam ojca ...i tez pozniej ranilam mezczyzn i
      odchodzilam aby oni mnie nie zranili/uraz /az do momentu jak poznalam przyczyne
      Przeszlam swietna psychoanalize,mialam kilku psych poniewaz kazdy inaczej
      prowadzil zajecia i NARODZILAM sie na nowo,czuje sie swietnie a
      przedewszystkim Kocham sama siebie!!!
      Zycze Ci tego samego i zachecam
      • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 13.05.02, 09:19
        Gabi,
        Na niektóre z tych pytań, a może i na wszystkie, mogłabym odpowiedzieć
        twierdząco. Historia jest dosyć banalna, ale to mój banał, z którym sobie nie
        radzę. Mam pytanie do Ciebie: ile czasu trwało, zanim odczułaś wyraźne efekty
        terapii?
        • Gość: soso Re: Coś we mnie pękło IP: 195.41.66.* 13.05.02, 13:29
          Nie jestem taki madry jak Wy ale raczej optuje za spokojniejsza wersja. Zadnych
          tam terapii u analitykow. Po zakonczeniu jest sie ponownie w tym samym punkcie
          a rzeczy tak naprawde tkwia w nas samych i sa bardzo dobrze wrosniete w nasze
          ja.

          Mam za soba rozne doswiadczenia zyciowe i to najrozmaitszej masci. Mi wychodzi
          raczej na to, ze jak ktos popada w zwiazki i nie tkwi w nich dlugo to znaczy,
          ze 'ten typ tak ma'. Ja bym raczej probowal z tym zyc wraz z calymi
          konsekwencjami czy zaletami takiego bycia soba. Dlaczego? Ano dlatego, ze
          powoli czasami do czegos dojrzewamy i zmieniamy sie w zyciu ale nie powinnismy
          samych siebie probowac przeskoczyc. Niech nowe samo przyjdzie w odpowiednim
          czasie i niech juz tak bedzie. Nic poprzez terapie, na sile, itd. W zyciu sami
          okreslamy nasze priorytety i jak sie cos uksztaltuje na 100% to i sposob na
          realizacje sie znajdzie. Bardzo chcesz miec rodzine i dzieci to w koncu
          doprowadzisz do tego, ze zwiazek bedzie trwaly. Jezeli nigdy nie stanie sie dla
          ciebie priorytetem absolutnym trwaly zwiazek to takze i mozliwosc kolejnego
          pozegnania sie jawi. Ale nie walczylbym z tym a raczej staral sie z tym zyc tak
          jak to jest. Kwieto ladnie napisal, ze zauwazenie sprawy jest pierwszym
          krokiem, to cos w rodzaju dojrzewania. Ale nie stresujmy sie naciskami
          spolecznymi, wlasnymi oczekiwaniami wobec siebie czy innymi 'musze'. Niech sie
          najpierw zmienia w 'chce' i reszta jakos sie pojawi. Moze jestem starej daty
          ale uwazam psychoanalityczna pomoc za swego rodzaju przyjemnosc, ktora sobie
          fundujemy za pieniadze ale potem i tak problemy musimy rozwiazywac sami a
          psychologiczna pomoc warta jest moze cos doraznie bo pozniej i tak nasze 'ja'
          da o sobie znac ze zdwojana sila i tyle z tej terapii zostanie. W koncu
          trafilas na problem typowy, calkowicie z kregu zdrowia psychicznego i wedlug
          mnie nie wymagajacy naglej i uzasadnionej pomocy.

          pzdrw

          soso
          • Gość: masza Re: Coś we mnie pękło IP: 195.136.95.* 13.05.02, 13:58
            Moze jestem starej daty
            > ale uwazam psychoanalityczna pomoc za swego rodzaju przyjemnosc, ktora sobie
            > fundujemy za pieniadze ale potem i tak problemy musimy rozwiazywac sami a
            > psychologiczna pomoc warta jest moze cos doraznie bo pozniej i tak nasze 'ja'
            > da o sobie znac ze zdwojana sila i tyle z tej terapii zostanie. W koncu
            > trafilas na problem typowy, calkowicie z kregu zdrowia psychicznego i wedlug
            > mnie nie wymagajacy naglej i uzasadnionej pomocy.


            soso, ze pozwole sie wtracic, zaskakuje mnie twoja ocena psychoterapii. Wynika to
            z mojego bardzo osobistego punktu widzenia, gdyz wlasnie moja terapia dobiega
            konca (zreszta kiedys zwierzalam sie na Forum z moich 'przygod' z terapeuta,
            pamietam, ze wypowiadales sie w tej kwestii ;)). Nie wiem, jak bedzie wygladalo
            moje zycie po terapii, ale jestem jak najlepszej mysli. Tyle razy musialam
            pokanac siebie, przejsc przez etapy, przez ktore w rzeczywistosci
            pozaterapeutycznej nie przeszlabym, bo zwyczajnie poddalabym sie, ucieklabym
            itp., tak jak to zwyklam zawsze robic. A tu, mimo ogromnego niekiedy bolu,
            zostawalam i mialam okazje sprawdzic, co stanie sie ze mna potem. Mysle, ze
            terapia zmienila mnie i trudno mi sobie wyobrazic, aby "ze zdwojona sila"
            powrocily dawne kompleksy. Mysle, ze dotknelam ich zrodla. Rozumiem Zuzanne -
            rowniez odchodzilam, gdy ktos zaczynal mnie wreszcie kochac. Pragnelam,
            potrzebowalam, a nie umialam przyjac - to na dluzsza mete prowadzi jeszcze
            radykalniejszego obnizenia wlasnej samooceny i autodestrukcji. Tak jak w moim
            przypadku. Nie odradzalabym zatem tak smialo terapii.
            Pozdrawiam
            masza

          • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 13.05.02, 14:15
            Gość portalu: soso napisał(a):

            > a rzeczy tak naprawde tkwia w nas samych i sa bardzo dobrze wrosniete w nasze
            > ja.

            Właśnie. Bardzo wrośnięte. Dlatego nawet, kiedy chcemy coś zrobić - nie udaje
            się... i tu nie chodzi o motywacje i priorytety, ale o coś w nas, co nie daje się
            przezwyciężyć tylko "chceniem", nawet ogromnym, by te priorytety realizować.
            Nie czuję żaden presji środowiska ani przymusu. Po prostu jest mi ze soba źle i
            to od dłuższego czasu. Fakt, że wcześniej tego nie zauważyłam, było swoistym
            chowaniem głowy w piasek. Zresztą, czy nie można spróbować, jeśli innym to
            pomogło? Nic się nie dzieje samo i nie liczę, że ktoś za mnie rozwiąże problemy.
            Ma mi jedynie wskazać, jak mam sobie z nimi poradzić. To różnica zasadnicza. Nie
            liczę za prowadzenie przez rączkę przez całe życie. Sceptycyzmu u mnie aż nadto i
            do tej formy radzenia sobie z sobą. Ale podejmę tę próbę.

            Pozdrawiam
        • Gość: Gabi Re: Coś we mnie pękło IP: *.sympatico.ca 13.05.02, 14:08
          powiem szczerze ,ze zalezy od psychologa..jak Ciebie bedzie prowadzil na ile
          Ty bedziesz chciala z nim wspolpracowac na ile Ty bedziesz do tego
          przygotowana,bo to nie jest tak,ze on tzn psych da Ci wytyczne i juz masz
          recepte na zycie.Nie ..madry psycholog slucha i Ty sama sobie wybierasz
          sciezki a on tylko je reguluje b dyskretnie.
          Ja od pierwszej wizzyty czulam sie juz dobrze a to dlatego,ze tego b
          chcialam,bylam do tego przygotowana/tzn doroslam do faktu/oraz zaufalam psych .
          A cala moja kuracja trwala moze 2 lata a pozniej sie rodzisz i sama szukasz
          roznych zainteresowan dotyczacych poprawy stylu zycia poprzez np ja
          Yoge,medytacje/zadne religie.sekty..prosze tego nie mylic/nawet powrot do Boga
          znalezienie stylu zycia odp dla mnie
          i tak to juz trwa ponad 10 lat i jest super.
          Np codziennie sie budzialam i cos mnie bolalo a od ponad 10 lat NIC!!!!
          czuje sie fizycznie i mentalnie cudownie a jak mnie jakis dolek dopadnie to
          juz wiem jak sobie poradzic a czasami nawet pozwalam sobie na luksus
          przezywaniatego nastroju a ja sobie obserwuje siebie z boczku.
          Ale zaznaczam czeka cie ciezka ale pasjonujaca droga w siebie.
          Ludzie normalnie nie rozumieja tego w Polsce ta metoda niestety nie jest
          jeszcze zbyt popularna ale pomalenku zamiast siegac po leki psychotropowe
          ludzie zaczynaja szukac alternatywnych sposobow wyjscia z tego marazmu.
          Chetnie sluze doswiadczeniem
          pozdrawiam
          • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 13.05.02, 14:22
            Dziękuję Gabi.:)
            Jak dobrze, że jest to forum! Naprawdę.
            • Gość: masza Re: Coś we mnie pękło IP: 195.136.95.* 13.05.02, 14:41
              Mnie na poczatku bolalo, i to bardzo, bo powedrowalam wlasnymi, bardzo
              bolesnymi sciezkami, ale czulam, ze tedy droga do naprawy swojego zycia.
              Wlasciwie byla to jedyna droga, ktora moglam dostrzec. Pozniej niejednokrotnie
              bywalo bardzo ciezko, ale tak chyba musi byc. Trzeba to jednak pokonac, zdobyc
              sie na wytrwalosc, az w najmniej oczekiwanym momencie przyjdzie ogromna ulga i
              poczucie swiadomego istnienia. Tak naprawde tylko my sami jestesmy w stanie
              siebie uleczyc, ale bez cudzej akceptacji, zrozumienia nie zdzialamy wiele
              Zycze powodzenia Zuzanno
              masza
              • Gość: Gabi Re: Coś we mnie pękło IP: *.sympatico.ca 13.05.02, 15:49
                poczytaj na forum era przed-psychologiczna
                tez tak uwazam,ja niedawno odkrylam forum naprawde swietna sprawa
                Zuzanno....zatrzymaj sie na moment ....postaraj sie pomyslec co w tym oto
                momencie czujesz...jaki jest Twoj oddech..jak pracuja Twoje miesnie...jakie
                mysli przelatuja Ci przez glowe...co widzisz...zatrzymaj wzrok na jakims
                przedmiocie...postaraj sie jemu pryjrzec...dostrzec cos czego nie mialas
                czasu wczesniej...czuj wszystko naookolo siebie
                i wyslij pare usmiechow do swoich zranionych miejsc...tj szybka forma medytacji
                Jest tego multum i tj wspaniale
                zasylam mase usmiechow do Ciebie...usmiechnij sie rowniez do mnie :-))))
                • Gość: soso w takim razie dokladniej IP: 195.41.66.* 14.05.02, 07:47


                  W takim razie wyraze sie dokladniej. Nie neguje przyjemnych stron
                  psychoterapii. Mysle, ze pokazywanie pewnych 'technik' czy 'technicznych'
                  sposobow radzenia sobie w zyciu jest przydatne, szczegolnie kiedy potrzebujemy
                  pomocnej reki. Zgoda i okay.
                  Mam na mysli cos innego. Psychoterapeuci radzacy parom jak przetrwac kryzysy sa
                  sami czesto wielokrotnymi rozwodnikami. Seksuolodzy uznani i praktykujacy
                  latami mowia czy pisza, ze pewni ludzie mimo bardzo wielkiej woli pozostawania
                  w trwalych zwiazkach zwyczajnie nie sa w stanie podolac temu i predzej czy
                  pozniej popadaja w nowe. Szanse na wielka zmiane postawy zyciowej w tej materii
                  sa male. To wykazuja badania i jest to pewna obiektywna prawda, wprawdzie
                  statystyczna ale cos mowiaca. Stad wniosek jest dosc oczywisty. Nie oczekumy
                  zbyt wiele 'od otoczenia'. Nikt za nas jakas terapia nie poprzestawia
                  przelacznikow w mozgu. To tylko mam na mysli.
                  Psychoterapeuta ma takz przewage, ze posiadapewna wiedze, ktora nadaje mu
                  status autorytetu. Ba, ten autorytet jest gotowy skupic sie na naszym problemem
                  i tylko naszym, sluchac nas przez godzine i podawac kontekst naszej sytuacji
                  wobec jego wiedzy. I to jest wspaniale, przyjemne i pomocne. Ale problem
                  zalozenia trwalego zwiazku, szczesliwego, ze dziecmi itd. (to, czego sobie
                  zyczysz w pierwszym poscie) nie zostanie zalatwiony przez psychoterapeute. Tego
                  nie mozna kupic! Nie mozna takze za pieniadze zmienic swego 'ja' na takie,
                  jakie nam odpowiada, jakie wymarzylismy. Zycie byloby niezmiernie latwe a
                  psychoterapeuta najpospolitszym zawodem swiata jezeli by takie scenaruisze sie
                  udawaly. Troche realizmu, prosze. Ktos trafnie napisal powyzej, ze poszedl do
                  psychoterapeuty z wiara, ze pomoze, dostal to co chcial i zostal wysluchany.
                  Tak, bo podazamy tropem wlasnych oczekiwan i naginamy swiat do wlasnych
                  wyobrazen: zaplacilem i pomoglo (jezeli nie to jestem glupcem, ktory wydal
                  pieniadze na darmo). Ale i tak przypuszczam, ze problemy zyciowe nie rozwiazaly
                  sie ot tak. Sami musimy zawsze wniesc wklad. I w tym sensie czasami zupelnie
                  nie jest potrzebna psychoterapia a tylko zastanowienie sie nad soba, ustalenie
                  priorytetow, realizacja planow. Owszem, pewnie niektorzy nie potrafia sami i
                  potrzebuja pomocy. Ale nie oczekujmy zbyt wiele od innych, nawet przygotowanych
                  ludzi. W koncu zawsze bedzie ten moment, kiedy to my zostaniemy sam na sam z
                  problemem naszego zycia. Stanie on nam na drodze na nowo. Psychoterapeuta nie
                  czysci nam drogi z kamieni. Takze nie zmienia naszego dziecinstwa, nie prostuje
                  nabytych wczesnie uwarunkowan. Co najwyzej moze pomoc z tym zyc.

                  pzdrw

                  soso


                  ´+
    • Gość: Ewa Re: Coś we mnie pękło IP: *.pik / *.pik-net.pl 14.05.02, 13:12
      Witam Wszystkich bardzo serdecznie, a zwłaszcza zainteresowaną Zuzannę. Wiele
      głosów pojawiło się w Twojej sprawie i co najważniejsze bardzo życzliwych.
      Poruszył i mnie Twój problem dlatego niech mi będzie wolno podzilić się moimi
      przemyśleniami. Pozwolę sobie zrobić założenie, które dalej postaram się
      udowodnić. Otóż twierdzę, że: "świat jest piekny, a ludzie są dobrzy".
      Założenie to pozwala, zaraz na wstępie, otworzyć się na wszystko to co jest
      dobre i co może nam sprawić radość. Taka postawa jest bardzo ważna, zwłaszcza w
      Twoim stanie ducha (a nawet i ciała) bo pozwala przełamać bariery, które w
      dużej mierze sama stworzyłaś. No bo popatrz, co w przyrodzie jest brzydkiego ?
      Nawet, jeżeli odnosisz początkowo takie wrażenie, to po uważnym rozważeniu,
      dojdziesz do wniosku, że jest ona do bólu logiczna i w tym piękna. Wszyscy
      stanowimy jej część, dlaczego więc, obiektywnie rzecz biorąc, mielibyśmy
      podlegać innym prawom. Tylko my ludzie mielibyśmy byc nielogiczni, brzydcy,
      niedobrzy ? Przyznasz chyba, że taka teoria, przy obiektywnej ocenie, nie
      ostanie się. A więc, z założenia ludzie są dobrzy i to jest reguła. Wszelkie
      inne postawy, stanowią odstępstwo, a to jak pamiętamy tylko potwierdza regułę.
      Zatem droga Zuzanno, jesteś, z samego założenia i dobra i piękna i co
      najważniejsze potrzebna. Zapytasz komu ? Np. mnie. Ponieważ jestem człowiekiem
      nadwyraz szczęśliwym i bardzo często radosnym, lubię się tym dzilić. Wracając
      jednak do Ciebie. Narzekasz na brak szczęścia. Trudno o jego definicję, o ile w
      ogóle jest ona możliwa. Szczęście z całą pewnością nie znajduje się poza
      człowiekiem. To my sami w sobie je tworzymy. Zanim do tego dojdzie, musimy
      siebie poznać. Do tego trzeba się zatrzymać i w ciszy ! zastanowić nad sobą.
      Właśnie cisza, ona jest niezbędna dla odkrycia każdej prawdy, a prawda o
      człowieku jest tą największą. Piszesz, że miotałaś się od jednego "szczęścia"
      do drugiego. Wydaje się, że zapomniałaś, że to co na zewnątrz jedynie sprzyja
      nam w doznaniach, ale nie jest sednem sprawy. W życiu ważne jest ustalenie
      własnej hierarchi wartości. Gdy ją odnajdziesz, cała reszta zajmie właściwe
      miejsce. Wtedy odnajdziesz równowagę i wszystkie sprawy zaczną układać się w
      porządku sobie właściwym. Teraz należałoby rozważyć jak budować tą hierarchię
      wartości i jak nauczyć się rezygnować z czegoś co jest mniej ważne na rzecz
      tych wartości, które budują nasze życie. Boję się jednak, że tak Ciebie, jak i
      innych zanudzam. Jeżeli interesuje Cię ten temat, to odezwij się, a podejme go.
      Pozdrawiam Cie bardzo serdecznie i myślę, że nic straconego. Pamiętaj: świat
      jest piękny, a ludzie są dobrzy ! P.S. Daj sobie spokój z psychologami, w nas
      samych drzemie tyle siły i chęci życia, że z niewielką pomocą przyjaciół,
      znakomicie dajemy sobie radę.
      • gabi21 Re: Coś we mnie pękło 15.05.02, 03:35
        Ewo...b.logicznie i pieknie to wszystko ujelas...jezeli masz ochote prosze
        skoncz swoja koncepcje w tej sprawie.
        Na zakonceniu poruszylas najwazniejjsza sprawe PRZYJACIOL ,otoz wlasnie jak
        sie ma tych przyjaciol mozna wyjsc z kazdego kryzysu w zyciu.
        Z tym ze coraz czesciej brakuje tych wiernych wspanialych przyjaciol
        Najwiekszym skarbem jest ich miec i jak sie ich ma to nalezy pielegnowac ta
        przyjazn !!!
        Ale podalas mi pomysl na nowy temat ptPrzyjazn"przez duze P
        pozdrawiam

        Zuzanno odezwij sie..napisz co slychac u Ciebie
        • Gość: Ewa Re: Coś we mnie pękło IP: *.pik / *.pik-net.pl 15.05.02, 07:42
          Witaj Gabi21. Miło mi, że zainteresowały Cię moje rozważania. Wchodzimy więc w
          świat ludzkich wartości. Może najpierw definicja wartości (nie mojego
          autorstwa). "Wartością jest wszystko to na co człowiek otwiera się swoim życiem
          wewnętrznym i do czego zmierza w swoim działaniu." Rozróżnić można wartości,
          które istnieją "obiektywnie", tzn. bez względu na mój wybór: miłosierdzie,
          sprawiedliwość, itp. oraz te, które ja wybieram, np. zgodnie z moimi
          zainteresowaniami, zdolnościami, pragnieniami, a więc te na które się otwieram.
          Będzie to: macierzyństwo, plastyka, nauczanie, marmur dla rzeźbiarza,
          wspomaganie potrzebujących itp. te wartości, ze względu na to, że ściśle wiążą
          się z daną osobą nazwijmy "subiektywnymi". Tym razem pozostańmy przy tych
          drugich. Nasza miła Zuzanna miała szereg przeżyć, które pozostawiły, ogólnie
          mówiąc, niesmak i frustrację. Pytanie dlaczego ? Wiążą się one przecież z
          uczuciem miłości, przywiązania, chęci bycia z tą wybraną osobą, a więc z czymś
          bardzo pięknym. Miłość sama w sobie jest największą cnotą, a co za tym idzie
          nie może być źródłem negatywnych uczuć. Błąd może tkwić w jej rozumieniu.
          Należy więc zapytać czy miłość Zuzanny była cierpliwa, potrafiła wybaczać,
          swego nie dochodzić, gniewem się nie unosić, mieć na względzie dobro tego
          drugiego człowieka, a więc kochać pomimo wszystko i dla niego samego. Skoro
          efektem końcowym jest apatia i przygnębienie tzn., że jej miłość miała inny
          charakter. Prawdopodobnie służyła zaspokojeniu jej pragnień założenia rodziny,
          posiadania dzieci. Wyrzeczenia, na które jest gotowa, dotyczą sfery rzeczy, a
          nie ludzi. Chce zrezygnować z kariery, innych dóbr i zaszczytów. Zatem chce
          zaspokoić swoje pragnienie. Nie ma w tym nic złego, ale trzeba zdać sobie
          sprawę, że zatrzymała się na etapi wartości, które można nazwać przyjemnością,
          spełnieniem marzeń, satysfakcją. No i co się stało ? okazałało się, że to za
          mało, człowieka porzuciła, rozpaczliwie zwróciła się do innego - ale z tym
          samym nastawieniem. I znowu porażka. Efektem końcowym jest jej prawie
          załamanie, które już zupełnie uniemożliwia jej dalsze działania. Okazuje się,
          że ważniejszą od przyjemności jest wartość witalna - zdrowie psychiczne i
          fizyczne. Znalazła się w martwym punkcie. Czy wobec tego należy zająć się
          wyłącznie sobą ? Na początek tak. Kupić sobie nowy "kapelusz", sprawić sobie
          przyjemność, na którą powinna mieć od dawna ochotę. Jednak zbyt duży nacisk na
          te wartości, doprowadzi ją do egocentryzmu co jest również nie do przyjęcia.
          Warto więc zastanowić się nad otoczeniem, zwłaszcza nad ludźmi, którzy są jej
          życzliwi, przyjaźni i dopuścić ich do siebie. Zobaczy, że jest im potrzebna, że
          na nią czekali, chcieli jej pomóc. Mają też swoje problemy, troski, czekają na
          dobre słowo, doradę, wsparcie. Czas otworzyć się swoim życie wenętrzym na
          drugiego człowieka i zacząć dawać mu siebie tylko dlatego, że on istnieje i że
          źle być człowiekowi samemu na tym świecie. Otwiera się więc znacznie większa
          przestrzeń wartości duchowych. Dają przeżycia, które nas ubogacają, pozwalają
          nam weryfikować swojej dotychczasowe postawy. Wszyscy pamiętamy słowa,: "jaka
          byłam niemądra (y)". Są jednak momemnty zastanowienia, ale dlaczego ja to
          robię, jestem już zmęczona, czy na pewno mam rację tak się rozdając innym ?
          Dochodzę do ostaniego pytania o wartość, która uzasadnia całe moje postępowanie
          a potem i życie. Jest to taka wartość, która nadaje sens wszystkiemu co robię.
          Jej wybór jest najważniejszym wyborem w życiu każdego z nas. Ale to osobny
          temat. Nie wiem czy mój pogląd Cię zainteresował. Mam jednak nadzieję, że na
          moment zatrzymałaś się na nim. Pozdrawiam.
          • zuzanna31 Re: Coś we mnie pękło 16.05.02, 00:10
            Z uwagą przeczytałam posty Ewy. Z oceną sytuacji jestem się w stanie zgodzić. Ale
            błąd tkwi nie tylko w rozumieniu miłości jako takiej. Może wybaczać, być
            cierpliwa i nie-gniewna ale jeśli wiąże się tylko z dawaniem, brakiem
            zrozumienia, po jakimś czasie obrasta w bunt, gniew i żal. I nie chodzi o to, że
            nie jest prawdziwa, głęboka chce jedynie zaspokoić pragnienia, które towarzyszą
            samemu uczuciu. Najgorsze jest to zapomnienie o sobie, ten brak egoizmu, tego
            zdrowego, który pozwalałby na zdrowsze patrzenie także na siebie w tak intymnych
            relacjach z drugim człowiekiem. Problem w tym, że ta miłość jest zachłanna, za
            szybka... Kiedy człowiek pragnie akceptacji zrobi wiele, żeby ją dostać. To wiele
            to czasem wszystko, co ma. Wydziera z siebie każdy kawałek, by otrzymać choć
            trochę. A gdyby tak nauczyć się mniej dawać, nie odzierać siebie do reszty? Ale
            do tego potrzebna jest akceptacja samego siebie. A to jest trudne. Bardzo trudne.
            Ja tego nie umiem jeszcze.
            Przyjaciele, pasje, inne sprawy. Mam przyjaciół, jestem z nimi, pomagam, staram
            się być wobec nich empatyczna... To daje ulgę, nie daje spełnienia. Nie mi! Mam
            to wszystko a oddałabym wiele, za dzień bez walki z samą sobą. Jest tu wątek o
            tym jak żyć ze swą samotnością. Dziś nie wiem, jak z nią żyć.
            Dotrzeć do siebie... jakie to proste słowa.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja