Gość: samaka
IP: *.214.116.68.Dial1.Boston1.Level3.net
16.05.02, 15:17
Problem alkoholizmu dosc czesto przewija sie w watkach.
Pomyslalam sobie, ze moze chcielibyscie podzielic sie swoim
doswiadczeniem, moze przestrzec.......i opisac pare "historyjek", ktore
przezylyscie (-liscie).
Bede pierwsza
:-))
Wypadek
Byl 13 grudnia. Pogoda nijaka - i na dworze i w mojej duszy. Zadzwonila
Jola z prosba, zeby ja odwiedzic, bo jej smutno i chcialaby pogadac.
Tak......jak to powiedziec Wojtkowi. Zaraz bedzie sie wsciekal, ze
wychodze. Ale co mam zrobic? Jola, swiezo porzucona przez meza, ktory
znalazl sobie kochanke wlasnie wtedy, gdy okazalo sie, ze ona ma
bialaczke - zdecydowanie nie moge jej odmowic!!!
Trudno, jedna awantura w prawo czy w lewo nie zrobi i tak roznicy. Jade.
Pada deszcz, wlasciwie mzy. Ale, ale....cos tak dziwnie blyszcza swiatla
innych samochodow i odbijaja sie w jezdni. To juz pewnie chwycil mroz.
Zwalniam. Hamuje caly lewy pas trasy Lazienkowskiej, ale trudno,
przeciez widze, ze jezdnia zamarza. Gdy tylko ci na srodkowym beda
wolniej jechac, zaraz zrobie miejsce scigantom. Polonez przede mna
wariuje, wpadl w poslizg, ale tanczy. Dobrze, ze mam odleglosc...o.....w
ogole nie hamuje.......o...........uffff....udalo sie....pare centymetrow przed tym
cholernym polo..........
Ale tej pani za mna, tej na srodkowym pasie - nie udalo sie. Walnela we
mnie, a ja w efekcie w poloneza.
Boze!!!!! Caly samochod rozwalony!!! Wojtek mnie zabije!!!
- Ludzie, kobieto!!!! Coscie zrobili!!! Moj maz mnie zabije!!!
- Prosze pani, nic pani nie jest?
-.....Chyba....nie. Maz mnie zabije....
- Niech sie pani nie martwi, przeciez to nie pani wina, zaraz napiszemy
pani oswiadczenia, samochod zreperuje sie z ubezpieczenia, maz
zrozumie.
- Tak sie panu zdaje....
Dostalam oswiadczenia - dwa. Od faceta w polonezie przede mna i od
kobiety, ktora jechala za mna.
Samochod zaladowano na lawete.
Do domu weszlam trzymajac przed soba obie kartki.
- To nie moja wina!
- Ty ku...wo, ty szmato!!! Specjalnie to zrobilas! Zniszczylas mi samochod,
bo mnie chcesz zniszczyc. Ja ci pokaze!!!!!
- Wojtek, co Ty, przestan - to tylko samochod, to tylko kawalek blachy.
- Kawalek blachy!!!!! Ty suko....
I potem CALA noc wymysly, bicie, bicie, wymysly. Uspokoil sie nad ranem
i w koncu poszedl spac. Ja juz nie zasnelam. Doprowadzilam sie do
porzadku (umylam, przebralam) - sladow bicia na ogol nie bylo.
Wojtek znal sie na rzeczy i nie chcial, zeby ktos widzial, bo.....bylby
dowod(???). Bil mnie na ogol piescia w glowe, tam gdzie wlosy - to nie
daje siniakow. Czasem tylko tracilam przytomnosc, ale sladow nie bylo.
Niekiedy rzucal mna o sciane. Mimo tego, ze byl piany, wiedzial gdzie i jak
bic.
Ale wracajac do tematu - rano wsiadlam w pociag i pojechalam do
rodzicow. Tata mial wtedy dwa samochody, wiec moglam jeden wziac dla
Wojtka, zeby mial czym jezdzic.
Powiedzialam co sie stalo (tylko o wypadku oczywiscie, bo o innych
sprawach zony alkoholikow nie mowia , nawet rodzicom). Tata oczywiscie
zgodzil sie, zebym wziela samochod, ale zaniepokoil sie moim stanem,
dopytywal czy nic mnie nie boli, jak sie czuje. Moj tata byl prawnikiem,
specjalizowal sie w tzw.drogowkach i zdawal sobie sprawe z tego, ze
wypadek tego rodzaju co moj mogl byc niebezpieczny.
Pijac u rodzicow herbate, troche sie odprezylam i poczulam.....bol lewej
reki, potem bol glowy..... - kilkanascie godzin po wypadku!!!!
Obiecalam tacie, ze zaraz po przyjezdzie do Warszawy, zanim pojade do
domu, wstapie do szpitala, gdzie mielismy znajomego hirurga.
Tak zrobilam, bo rzeczywiscie juz zaczelam zle sie czuc. Znajomy pan
doktor natychmiast zaprowadzil mnie na przeswietlenie, a potem wraz z
klisza do swego kolegi, specjalisty od kregoslupow. Tamten spojrzal na
rentgen i.....zamarl.
- dziewczyno, nie ruszaj sie!!!
Natychmiast usztywnil mi szyje i zaprowadzil na sale do lozka.
-Zostajesz, Wojtka zawiadomimy. Masz uszkodzony kregoslup w odcinku
szyjnym. Trzeba to ustawic i wsadzic cie na jakis czas najlepiej w gips, no
moze uda sie w taki stelarz, bedzie Ci lzej.
I zostalam w szpitalu. Znajomi dzwonili do Wojtka, a ja do rodzicow z
prosba, zeby zajeli sie nasza 4 letnia coreczka.
Kregoslup mi nastawiano. Obeszlo sie bez gipsu - dostalam stelarz, w
ktorym mialam chodzic, lezec, spac przez najblizsze kilka miesiecy.
Bylam w szpitalu 10 dni i....10 nocy, nieprzespanych nocy.....
Moj maz nie przyszedl odwiedzic mnie.
Pil na umor i twierdzil, ze celowo spowodowalam wypadek, zeby mu
zrobic na zlosc. Wymyslal na mnie strasznie i nie trzezwial.
W koncu ktos przemowil mu do rozumu.
Przyjechal po mnie w wigilie - mialam na swieta wrocic do domu.
Nie powiedzialam mu nic.
On wygladal oczywiscie jak zbity pies, mial blagalna mine, poczucie winy
wylewalo sie z niego.....jak zwykle po takich historiach.
Podeszlam i wzielam go za reke, do jego otwartej dloni wlozylam swoja
slubna obraczke. Bez slowa.
I.......chyba wlasnie wtedy zaczelo konczyc sie moje malzenstwo,
choc......zylam z nim jeszcze przez ponad 6 lat.
:-))))
ale przezylam, na szczescie i moge teraz cieszyc sie zyciem
:-)
pozdrawiam wszystkich