ashley19
14.05.06, 22:42
Trzymanie w ryzach swojego nadapetytu i próba kontroli nad opychaniem się
trwa,albo lepiej- nie ma jej wcale..To jest po prostu żenujące,nie chcę się
użalać i pisać, jak mi z tym żle,jak bardzo chcę się zmienić i jak jeszcze
bardziej nic z tego nie wychodzi :( Z każdym dniem wpadam w coraz głębsze dno.
Dziś byłyśmy z przyjaciółkami na żużlu, w połowie drogi złapał nas deszcz i
oczywiście mecz opóżnił się nieco z powodu niesprzyjącej aury.Jednak nie
chciało się nam czekać i moknąć toteż ruszyłyśmy z powrotem. Może i nie miało
to sensu,w każdym razie ja chciałam się tylko przejść,chodzić żeby poczuć się
lżej po wcześniejszym napadzie, pozbyć się tych cholernych kalorii, jedzenia
obciążającego mój obolały żołądek..
Było wesoło,sympatycznie, śmiałyśmy się do rozpuku..
Po póżnym powrocie oczywiście znów się objadłam no bo przecież nie pójdę spać
"głodna" ..Jestem beznadziejna, bezradna i taka strasznie zagubiona w tym
wszystkim. Nie wiem do kogo się zwrócić, boję się tego ,że wrócę do swojej
poprzedniej wagi,że będę brzydka, gruba ,nieciekawa,że będę myslec juz tylko o
jedzeniu,że się od tego nie uwolnię..Ale najbardziej boję się przyszłości, teg
oco przyniesie jutro,że znowu będzie to porażka . Wiem,że moje szczęście
zależy ode mnie,ale dopóki nie znajdę przyczyny mojego postępowania ,bedzie
coraz gorzej..będę coraz bardziej zła,sflustrowana,smutna..To tak łatwo
powiedzieć: idz do psychologa,ale jakoś nie wyobrażam sobie tej wizyty,chyba
nie mam w sobie dość odwagi,siły..
Nie wiem jak się zmienić...