zlakobieta
14.02.03, 21:44
Moja koleżanka z pracy opowiedziała mi dziś taką historię:
Była wczoraj u ginekologa. Przed nią w kolejce siedziala kobieta w
zaawansowanej ciazy. Zanim weszla do gabinetu (ta kobieta, a nie kolezanka)
zjawil sie mezczyzna - prawdopodobnie maz. Zalatywalo od niego alkoholem i
ogolnie wygladal jakby to powiedziec... niewyjsciowo. Zaytal ją kiedy
wchodzi do lekarza. Ona odpowiedziala mu, ze za chwilke, i ze moze pojsc
sobie poczekac w samochodzie albo do sklepu, ale on stwierdzil, ze nie, bo
woli posiedziec w poczekalni.
Po chwili babeczka weszla do lekarza, a on zostal. Zerkal na moja kolezanke
co jakis czas, a po chwili otworzyl torebkę swojej kobiety (byc moze zony) i
zaczal w niej grzebac.
Kolezanka poczula sie nieswojo ale pomyslala, ze to nie jej sprawa i starala
sie nie przygladac nahalnie temu co on robi. Jednak po chwili zauwazyla, jak
facet wyciaga z portfela zwitek banknotow i zgniecione w rece wsuwa do
swojej kieszeni. Zrobil to w sposob, ktory swiadczyl o tym, ze chce ten fakt
ukryc. Po prostu wygladalo jakby te pieniadze ukradl.
Kobieta wyszla po kilku minutach, a moja kolezanka siedziala zszokowana i
kompletnie nie wiedziala co zrobic. Zrobila to, co prawdopodobnie zrobilby
kazdy na jej miejscu , czyli NIC.
Nie moge przestac o tym myslec. Jestem pewna, ze ja tez bym nic nie
powiedziala na jej miejscu. Po pierwsze glupio by mi bylo, bo w jakiej niby
formie mialabym to zrobic? Po drugie to sprawa miedzy nimi. Jenak jak sama
bym sie czula na miejscu tej kobiety? Czego bym oczekiwala? Czy ona
wiedziala, ze tak sie moze stać? Jeżeli tak, to dlaczego zostawila mu
torebkę? Jeśli nie wiedziała, że on mógłby tak zrobić, to czy byłaby
wdzięczna uzyskawszy taką informację od obcej osoby? A moze ten facet wcale
tych pieniedzy nie ukradl, tylko mial prawo sobie wziac, a zachowal sie w
taki jakis idiotycznie nienaturalny sposob, bo nie chcial, zeby ktos obcy
widzial, ze bieze od zony pieniadze. Sama nie wiem...
Co o tym myślicie?