Dodaj do ulubionych

powroty po rozwodzie

IP: *.slupsk.cvx.ppp.tpnet.pl 05.07.03, 14:04
Zostałam sama z dziećmi po wielu latach.Mąz zakochał się,zażądał rozwodu.Jego
partnerka też sie rozwiodła.Mam teraz nowy dom,tworze go z dziećmi,ale....Ja
ciągle czekam ....Nie umiem inaczej.Czy oni wracaja?
Obserwuj wątek
    • Gość: Kasia Re: powroty po rozwodzie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.07.03, 15:23
      A chcialabys takiego, co Cie zostawil? Do konca zycia balabys sie, czy to sie
      nie powtorzy.
      Lepiej rozejrzyj sie wokol, jest mnostwo dobrych mezczyzn na swiecie.
    • Gość: limmonka Re: powroty po rozwodzie IP: 195.245.213.* 05.07.03, 15:58
      Zapomnij o nim.
      Wiem, że to jest trudne, ale to chyba jedyne rozsądne wyjście.
      Czas leczy rany. Żyj swoim nowym życiem. Znajdź jakieś dodatkowe zajęcie, żeby
      smutne myśli nie wracały. Trzymaj się.
      Pozdr.
      Lim.
      • Gość: NIEBO Re: powroty po rozwodzie IP: *.slupsk.cvx.ppp.tpnet.pl 05.07.03, 18:40
        Pytałam czy wracają?Nie pytałam co ja mam robić.Wiem,że ja tu nic nie jestem w
        stanie zrobić.Pytałam czy ktoś kiedyś chciał wrócić?A może własnie nigdy nie
        chce się już wracać?Czy ktoś żałował rozwodu?Roztania.?
    • Gość: kobieta Re: powroty po rozwodzie IP: *.internetdsl.tpnet.pl 05.07.03, 18:49
      A wiesz dlaczego odszedl do innej?? W czym przegralas?
      • Gość: NIEBO Re: powroty po rozwodzie IP: *.slupsk.cvx.ppp.tpnet.pl 05.07.03, 19:04
        W akceptacji.To jego słowa .Tam czuł się akceptowany.No i zakochal się.I
        bęc.Podwójne życie.
        Wiesz akceptacja to dla mnie wspólne życie,sprawdzanie się w różnych
        sytuacjach,fakty,zaufanie,dni,miesiące,lata.Mówienie o akceptacji w trakcie
        romansu?Oczywiście-bo to sa chmury,słońce,sex,skradzione chwile.
        Potem przychodzi codzienność. To ona pokazuje jak ludzie budują
        zwiazek.Bardzo,bardzo żal mi jest tamtych wspólnych lat,rodziny,planów.Dlatego
        nie potrafię tego zamknąć.
        • Gość: trik Re: powroty po rozwodzie IP: *.u.mcnet.pl 05.07.03, 19:21
          Czasami wracaja a czasami nie. Do ciebie na pewno nie wroci - lepiej trzymaj
          sie tej wersji.
    • Gość: Przemek Re: powroty po rozwodzie IP: *.tele.pw.edu.pl 05.07.03, 19:39
      Gość portalu: NIEBO napisał(a):

      >....Nie umiem inaczej.

      To sie naucz.

      >Czy oni wracaja?

      Czytalem o tym jakis artykul, nie pamietam gdzie. Zdarzaja sie powtorne
      malzenstwa "w tym samym skladzie", ale najczesciej chodzi o pary, ktore
      rozeszly sie fikcyjnie. Za "komuny" byly takie rozwody, bo malzenstwo nie
      moglo miec 2 mieszkan (spoldzielczych). Prawo sie zmienilo, to malzenstwa na
      powrot "zalegalizowaly sie".
      Prawdziwe powroty sa bardzo rzadkie...

      • kvinna ładnie pocieszacie :) 31.10.03, 18:06

        NIEBO, czasem wracają.
        Jeśli chcesz, przeczytaj. "To trzeba wyrazić" M. Cardinale. Uprzedzam, to nie
        jest jakaś bardzo duża literatura.
        Końcówka pocieszy Cię na pewno.
        I odkryjesz, że Jeanne Pierre wrócił do Marie, bo .. się zmieniła. Najpierw
        ona. Gruntownie. Potem on, dzięki niej.

        Moja rada dla Ciebie?
        Bądź teraz dla siebie. Dla dzieci.
        Co będzie dalej, nikt nie wie.

        Monika (Girlf) tak fajnie tu napisała, że za zakrętem zwykle czekają
        niespodzianki. Jeśli już tak "drogowo"..

        Podobno następny autobus nie może nie nadjechać. Nadjeżdża zawsze.

        --
        Mężczyzny z autobusem jeszcze nie porównywałam.

        p.s. nie umiesz być sama i czuć się świetnie nawet dzień? niedobrze..

        :)
        • Gość: una ee, kvinna IP: *.energis.pl 01.11.03, 01:41
          ładnie pocieszasz, ale przeciez Ty zes mloda i bezdzietna, i pewnie nie po
          rozwodzie, domniemywam. to troche naczej, zakladac cos w sobie na cale zycie,
          wspolnote- w dzialaniu, opiece nad wspolnymi dziecmi, w tworzeniu domu..wspolna
          wieloletnia historia tez robi swoje...
          zeby sie odzwyczaic, potrzeba czasu, czasu, czasu. nie da sie przeskoczyc. ten
          czas bedzie trudny, ale piekny.
          ja zaręczam. bo to jest czas odnajdywania siebie na nowo - siebie samej w
          zupelnie nowej rzeczywistosci. i przez to odnajdywanie w sobie rzeczy, sil,
          mocy, przestrzeni, ktore dotychczas z roznych przyczyn zyly w uspieniu.
          tesknota jest bolesna, przyzwyczajenie ciala tak trudne- widzisz kogos i
          organicznym twym odruchem jest wtulic sie w niego i poczuc jego zapach, i
          pocalowac go i zanurzyc rękę w jego wlosy..a niedziela koarzy Ci sie ze
          wspolnymi obiadkami za miastem, on prowadzi samochod, ty siedzisz z dzieckiem,
          leci piekna muzyczka w samochodzie.. a jak robisz pranie, to zawsze
          segregowalas tez jego skarpetki. a na wyjezdzie mieliscie nawet jedna
          szczoteczke kiedys do zębow. i to bylo jego miejsce przy stole a tu trzymal
          swoje wędki...
          a nawe jesli juz zamieszka sie gdzie indziej( polecam jak najgoręcej) to i tak-
          bajki wieczorem zwykle opowiadal tata, ciezkie zakupy z supermarketu zwykle
          przynosil Twoj mąż, on wiedzial, kiedy sie placi za swiatlo...
          korzonki są poplątane, przeplecione, zanim sie je wyplacze i gdzie indziej
          zasadzi, to musi potrwac... to musi bolec...i nie da sie na skroty, bo potem
          wylezie i zaleje, nie mozna ominąc, trzeba sie zmierzyc ze wszystkim ,przezyc,
          przeplakac, przewyc, przemyslec, przesmucic, przetesknic od trzewi, do dna.

          kazdego dnia cieszysz sie nowym dniem, nowym wiatrem, nowymi liscmi nowej
          wiosny. ale jednoczesnie kazdego dnia budujesz wszystko na nowo. kazda
          plaszczyzna twojego zycia ulega zachwianiu lub calkowitej przemianie, lub
          transformacji, lub zanika- po rozwodzie. a to trudne.

          za chwile odkryjesz, jak piekny to proces- nie bedzie przez to bolec mniej, ale
          bedzie pieknie w Twoim zyciu.

          I co jeszcze? trzeba wierzyc, ze prawdziwa milosc zwycieza, bo zwycieza. mam na
          to dowod. tylko nie wiem, czy to pocieszy akurat Ciebie,NIEBO.

          bo moj ex, tatus mojego dziecka po rozstaniu ze mna wrocil do swojej ukochanej
          sprzed lat. zawsze za nia tesknil, zawsze jej szukal w innych zwiazkach i
          zawsze jej cien jakos miedzy nami siedzial.
          I wiecie co- to jest piekne, bo oni tak do siebie pasuja, mysle. choc wlasciwie
          jej nie znam ,ale tyle o niej slyszalam, i tyle jej w nim widzialam :).
          I widze po nim ,ze jest szczesliwy. szczesliwszy, niz byl ze mna.

          jest to jeden z najbardziej budujacych przykladow na sile milosci, jaki znam.
          daje mi duzo spokoju.

          nic sie nie dzieje bez przyczyny. i , jak to tu ktos napisal, jest punktem
          wyjscia do wlasnej przemiany.
          Ona, widzisz, sie wyczekala i doczekala. nie miala zadnej gwarancji i zapewne
          nie wierzyla, ze sie to uda, szczegolnie gdy urodzilo mu sie dziecko z inna.

          ech, wiecie, to taka ladna historia. sama sie sobie dziwie. czy naprawde to juz
          tak bardzo poza mna, ze moge tak patrzec na to, ze az sie tym cieszyc? nie miec
          zalu? poszukuję w sobie, czy to nie wypieranie, nie ulatwianie sobie, bo
          inaczej by bolalo.

          no, ale mi jest z tym dobrze. rozumiem, ze to moze malo jakos przekonywujaco
          brzmi. ale ja lubie patrzec na niego, jak mu sie smieja oczy. a ze mna mu sie
          tak nie smialy.
          moje tez sie wtedy tak nie smialy.

          moze wiec, jesli smialy wam sie oczy do siebie nawzajem, to zajmij sie swoim
          zyciem. nie czekaj, bo samo przyjdzie. jak ma przyjsc, to przyjdzie na pewno.

          a jak nie, to smiej sie. do siebie. oczami przede wszystkim.
          kidys ktos sie do nich zasmieje. i juz bedziesz spokojna, ze to wszystko tak
          mialo byc.
          tako se mysle.
          no i z takim nickiem to sie nie moze zle skonczyc. Ty sie nie zgubisz, zawsze
          znajdziesz swoja droge :)

          Dobrej drogi, NIEBO :)!!!
          • Gość: Rudka Re: ee, kvinna IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 02.11.03, 12:54
            Czytam ten list przypadkowo, ale bardzo mi był mi potrzebny w mojej obecnej
            sytuacji. Cierpię podobnie, czekam podobnie, kocham podobnie, jak zobaczę to
            chcę się przytulić podobnie. Niestety jestem odsuwana, oskarżana, obwiniana,
            chociaż dotąd był zupełnie inaczej. Nigdy nikogo tak nie kochałam. Chcę zacząć
            żyć swoim życiem, cieszyć się, że swieci słońce, umieć śmiać się do ludzi,
            umieć wybaczać, umieć ewentualnie czekać, umieć się zmienić. Może Twój list mi
            w tym pomoże. Dziękuję.
          • bukfa Re: ee, kvinna 02.11.03, 22:42
            Una, podziwiam Twoj pokoj i madrosc. Dzieki za opisanie swojej historii.
            Pomoglas mi popatrzec z dystansu na moja wlasna. dziekuje.
            • kvinna poplątane korzonki 03.11.03, 09:28
              Istotnie, nie mam dzieci.. Nie chcę mieć, ale to inna sprawa. Pięknie napiałaś,
              Uno, ale nie wiem, czy to było o miłości. Nie gniewaj się, spróbuję tak
              delikatnie jak umiem. To było o uzależnieniu. Nie ironizuję, ale jedzenie z
              jednego telerzyka, jednym widelczykiem (ta szczoteczka do zębów..) - to jakieś
              ogromne nieporozumienie.
              Znam i zapach kochanego człowieka i ból odzwyczajania się od niego. I wyciągam
              wnioski. Tak, czuję w sobie gotowość pokochania kogoś (nie na hurra), ale i -
              tak - bardzo kocham siebie. Nie uczynię innego człowieka ważniejszym niż ja
              sama. Nieporozumienie.
              Niezależnie od tego, czy żyję sobie sama, czy z kimś, czuję się odrębną osobą.
              Z tym kawałkiem duszy, gdzie nikt nie ma wstępu i gdzie jest wyjście
              ewakuacyjne, gdyby się okazało, że tak trzeba, że inaczej nie mogę.
              On wiedział, kiedy płacić za światło?

              Nieporozumienie..

              Potrafić żyć samemu i potrafić z kimś. Dobrze czuć się i w jednym i w drugim
              (lepiej obecnie czuję się w tym pierwszym).
              Ideał, do jakiego dążę.
              Jeśli już poetycko. Żadne splątane korzonki. Dwa silne drzewa obok siebie. (to
              chyba za Gibranem).
              Pozdrawiam.
              • mary_ann Re: poplątane korzonki 03.11.03, 09:51
                kvinna napisała:

                To było o uzależnieniu. Nie ironizuję, ale jedzenie z
                > jednego telerzyka, jednym widelczykiem (ta szczoteczka do zębów..) - to
                jakieś
                > ogromne nieporozumienie.
                > Znam i zapach kochanego człowieka i ból odzwyczajania się od niego. I
                wyciągam
                > wnioski. Tak, czuję w sobie gotowość pokochania kogoś (nie na hurra), ale i -

                > tak - bardzo kocham siebie. Nie uczynię innego człowieka ważniejszym niż ja
                > sama. Nieporozumienie.
                > Niezależnie od tego, czy żyję sobie sama, czy z kimś, czuję się odrębną
                osobą.
                > Z tym kawałkiem duszy, gdzie nikt nie ma wstępu i gdzie jest wyjście
                > ewakuacyjne, gdyby się okazało, że tak trzeba, że inaczej nie mogę.
                >

                Kvinno, to nie jest sprawa decyzji czy pracy nad sobą. To kwestia typu
                osobowości, sposobu odczuwania świata. Jesli tak masz, to tylko pozazdrościc,
                ale wybacz, to nie Twoja zasługa. Po prostu taka konstrukcja została Ci dana.
                Tobie, ale byc moze nie autorce wątku.
                >
                > Nieporozumienie..
                >
                > Potrafić żyć samemu i potrafić z kimś. Dobrze czuć się i w jednym i w drugim
                > (lepiej obecnie czuję się w tym pierwszym).
                > Ideał, do jakiego dążę.
                > Jeśli już poetycko. Żadne splątane korzonki. Dwa silne drzewa obok siebie.
                (to
                > chyba za Gibranem).
                > Pozdrawiam.
                • malvvina Re: poplątane korzonki 03.11.03, 10:02
                  musze zaprzeczyc - to sprawa pracy nad soba
                  i kazda zrownowazona i nie znerwicowana osoba, po kilku ciosach od zycia
                  przeglada swoje zachowanie i bazy osobowosci i usiluje zmienic by nie wpasc w
                  masochizm
                  bo ile mozna obrywac ?
                  jesli jakies zachowanie sprowadza cie do typu ofiary lub robi z ciebie wiecznie
                  nadwrazliwa to nalezy je zmienic
                  nie wartosciuje tu rodzaju milosci - osmoza czy niezaleznosc - chodzi o to ze
                  niewiele osob znosi totalna identyfikacje wiec problem moze sie powtorzyc
                  Malwina

                  PS jedyna milosc na zasadzie osmozy to rodzicielska (matczyna)
                  proponuje zajrzec w przeszlosc i znalezc odp na pytanie : dlaczego to
                  pragnienie "splatania"


                  > Kvinno, to nie jest sprawa decyzji czy pracy nad sobą. To kwestia typu
                  > osobowości, sposobu odczuwania świata. Jesli tak masz, to tylko pozazdrościc,
                  > ale wybacz, to nie Twoja zasługa. Po prostu taka konstrukcja została Ci dana.
                  > Tobie, ale byc moze nie autorce wątku.
                  > >
                  • kvinna Malwino, 03.11.03, 10:15
                    ściskam dłoń.
                    Czyli, moje życie zmierza we właściwymi kierunku, fajnie.

                    Dlaczego tak wiele kobiet dąży jednak do osmozy z partnerem? - podpowiesz?
                    Lektury?
                    Przyznaję, że ja też i tylko świadomie i wciąż się odplątuję..
                  • mary_ann Re: poplątane korzonki 03.11.03, 13:03

                    > musze zaprzeczyc - to sprawa pracy nad soba
                    > i kazda zrownowazona i nie znerwicowana osoba, po kilku ciosach od zycia
                    > przeglada swoje zachowanie i bazy osobowosci i usiluje zmienic by nie wpasc
                    w
                    > masochizm
                    > bo ile mozna obrywac ?
                    > jesli jakies zachowanie sprowadza cie do typu ofiary lub robi z ciebie
                    wiecznie
                    >
                    > nadwrazliwa to nalezy je zmienic


                    Upieram się, że mozna to zmienić tylko do pewnego stopnia i ogromnym kosztem.
                    Za usiłowanie bycia "nie sobą" placi się ogromna cenę - chyba przepłacając.

                    Dlaczego zresztą mówisz o roli ciągłej ofiary - wiele osob b. silnie sie
                    przywiazuje i nie ma daru resetowania pamięci, a latami szczęśliwie trwa w
                    udanych związkach. Powiedzmy moze raczej, że to kwestia odpowiedniego dobrania
                    się ludzi.


                    nie wartosciuje tu rodzaju milosci - osmoza czy niezaleznosc - chodzi o to ze
                    > niewiele osob znosi totalna identyfikacje wiec problem moze sie powtorzyc

                    Ale czemu mowic o TOTALNEJ identyfikacji? Czy przywiazanie, o ktorym była
                    mowa, oznacza osmozę?


                    PS jedyna milosc na zasadzie osmozy to rodzicielska (matczyna)
                    > proponuje zajrzec w przeszlosc i znalezc odp na pytanie : dlaczego to
                    > pragnienie "splatania"

                    A co Ci da, że wiesz, skąd to się wzieło? Mozna doskonale rozumiec i
                    analizować swoje uczucia, ale nie móc ich zmienić. Taka psychologiczna
                    obróbka, "zagadywanie" poprzez affirmacje i tym podobne wynalazki kojarzy mi
                    się nieodmiennie a "Ile palcow widzisz, Winstonie?" :-(

                • kvinna kolejne nieporozumienie.. 03.11.03, 10:08
                  "to nie jest sprawa decyzji czy pracy nad sobą. To kwestia typu
                  osobowości, sposobu odczuwania świata. Jesli tak masz, to tylko pozazdrościc,
                  ale wybacz, to nie Twoja zasługa. Po prostu taka konstrukcja została Ci dana.
                  Tobie, ale byc moze nie autorce wątku"

                  Nie lubię o sobie aż tak prywatnie, ale proszę -

                  wciśnięto mi, że musi być mężczyzna, że się mną zaopiekuję (jeśli tak będzie,
                  to pięknie, to bardzo miłe, ale nie po to chcę z kimś być, NIE TYLKO PO TO..)

                  Moja konstrukcja psychiczna? Do wiosny tego roku - cieniutka skóra i łzy.
                  Z tym, co dostaliśmy w "prezencie" (osobowość, nawyki, nazwijcie, jak chcecie),
                  można cholernie dużo zrobić. Jesli się nie robi, to już osobisty wybór
                  nierobiącego.

                  Jeśli zdaję sobie sprawę, że moje odczuwanie świata, nie przynosi mi szczęścia-
                  zmieniam je, modyfikuję.
                  Jeśli ktoś budzi moją irytację, gniew-walczę albo uciekam.
                  Jeśli miłość-kocham.
                  Jeśli miłość tak silną, że aż poplączą się korzonki, delikatnie rozplątuję.


                  --
                  to takie proste
                  jestem głodna-jem
                  śpiąca-śpię

                  (nie moje, parafrazuję Treyę W.)
              • alfika Re: poplątane korzonki 03.11.03, 10:03
                Witaj, Kvinna :)

                Wg mnie i Ty, i Una piszecie o tym samym - choć nie podoba mi się początek jej
                postu, bo złamaną rękę dobrze opatrują i Ci, co sami ręki nigdy złamanej nie
                mieli. Czasem lepiej - tak na marginesie.
                Ale poza tym jej post jest niezwykły.

                A uważam, że piszecie jednym, bo i Ty, jeśli kochasz siebie, nigdy nie
                przywiążesz do siebie człowieka - o ile tak się da - którego serce będzie przy
                innej.
                Choćby i dziecko było, i wspólne rachunki, i wszystko wspólne - tak się po
                prostu nie da.
                Nie można mieć żalu do mężczyzny o to, że właśnie mnie nie zdołał pokochać. O
                decyzje, o wejście w taki zwiazek bez prawdziwego oddania - tak - ale nie wiem,
                czy o to, że nie wytrwał.

                W moim odczuciu Ty tez piszesz o takim związku, jaki jest jedyny do przyjęcia -
                ze spokojem serca.
                • jmx Re: poplątane korzonki 03.11.03, 15:36

                  Jedna szczoteczka do zębów? Niee...
                  Ale talerzyk? Jak najbardziej, oszczędza się na myciu... ;-)

                  Bardziej serio - myślę, że osoba, która nie kocha i nie akceptuje siebie nie da
                  odejść drugiej (dla jej dobra). Przy braku samoakceptacji gdy partner/ka
                  odchodzi przeżywa się gehennę pt. "jestem nic nie warta, bo on odszedł; woli
                  inną więc jestem beznadziejna". Przy zdrowych stosunkach z sobą samym myśli
                  się "nie jestem odpowiednia dla tego, konkretnego mężczyzny a nie w ogóle".
                  Tak sobie to tłumaczę... co nie znaczy, że odejście nie boli czy boli mniej bo
                  zawsze się cierpi w takich sytuacjach.

                  Uno, piękny post, naprawdę wzruszający :-)
                  • alfika Re: poplątane korzonki 03.11.03, 15:58
                    jmx napisała:

                    Przy zdrowych stosunkach z sobą samym myśli
                    > się "nie jestem odpowiednia dla tego, konkretnego mężczyzny a nie w ogóle".
                    > Tak sobie to tłumaczę... co nie znaczy, że odejście nie boli czy boli mniej
                    bo
                    > zawsze się cierpi w takich sytuacjach.
                    >


                    A nawet można jeszcze inaczej: nie jesteśmy dla siebie.
                    • Gość: una hihi IP: *.energis.pl 04.11.03, 01:49
                      jako ze wiązałam sie z czystymi facetami, w sytuacjach podroznych gdy ktores
                      nie mialo szczoteczki naturalne wydawalo mi sie dzielenie nią bez obrzydzenia.
                      wszak plyny ustrojowe podczas pocalunkow wymieniamy, si? zawsze patrzylam na to
                      jednak jak na decyzje czysto praktyczną i pozbawioną znaczenia innego nizli to,
                      ze wlasnie na tyle jestesmy sobie bliscy ze i szczoteczki wspolnej mozemy uzyc-
                      bo wszak nie z kazdym szczoteczką, rzeczą intymną, się podzielimy.

                      byc moze- studiujesz wszak psychologię- dostrzeglas w takim a nie innym doborze
                      argumentow- rzeczywiscie majacych dowodzic tego, ze proces odzwyczajania sie
                      jest trudny i rozciagniety w czasie-cos co mnie umknelo. Byc moze rzeczywiscie
                      bylam uzaleniona od mojego ex, byc moze nadal jestem. na pewno odkąd rodzilam z
                      nim dziecko i uczestniczyl w porodzie byl mi blizszy niz jakikolwiek jego
                      poprzednik- z ktorymi to relacje swe moglabym opisac bardzo podobnymi slowy,
                      jakich uzylas opisujac swoje relacje. I nie pisze tego, by podkreslic roznice-
                      ze skoro ja mam z kims dziecko a Ty nie, to juz tego nie zrozumiesz. nie mialam
                      na celu wytykanie Ci, ze czegos nie przezylas, raczej wydalo mi sie, ze
                      spojrzalas na sytuacje ze sowjego punktu widzenia osoby, ktora rozstawala sie w
                      wolnosci, bez dzieci, bez rozwodow- nie umniejszam Twojej zdolnosci rozumienia,
                      tylko odbieram twoj post jako pisany z osobistej perspektywy, innej niz
                      perspektywa NIEBA. Za nieporozumienie pzepraszam. akurat czytajac Twoje rozne
                      posty co do Twej zdolnosci rozumienia subtelnych zjawisk nie mam wiekszych
                      watpliwosci :P.

                      Na pewno cos bylo nie tak, skoro sie rozstalismy :). Na pewno, gdyby nie
                      dziecko, rozstalibysmy sie duzo wczesniej, bo ja wczesniej bym dostrzegla cien
                      pzeszlosci, a on nie bylby skupiony na jak najlepszym wspoltworzeniu rodziny i
                      byciu ojcem, tylko wczesniej odkrylby, ze nie odnalazl jej we mnie i ze to jej
                      szuka. na pewno, odkad z nim rodzilam wspolnie, co z perspektywy uwazam za
                      ogromnie chybiony pomysl, poczulam sie z nim zwiazana tak silnie i pierwotnie,
                      ze mozesz to nazwac uzaleznieniem. ale sądzę, ze gdybym rodzila z mezczyzna,
                      ktory bylby ze mna naprawde szczesliwy, ta wiez bylaby jak najbardziej
                      naturalna i piekna, bardzo poza slowami, pojeciami, poza charakterami,
                      osobowosciami, poza wszelkimi okolicznosciami materialnymi tego swiata. nie
                      umiem tego wyjasnic, ale czulam wiez glebsza niz cala moja i jego tozsamosc.
                      nie przeszkodzilo mi to rozstac sie z nim. to byla moja decyzja. ktorej nie
                      zaluje. uwazam, ze jedynie sluszna i dobrze mi z nia.

                      staralam sie w moim poscie przekazac, ze swiadomosc to jedno, a nizsze plany to
                      drugie. zanim zostana przeswietlone swiatlem swiadomosci, to trwa, trwa i jest
                      piekne. kazdy trudny dzien, kiedy sie teskni, jest dobry, piekny taki jak
                      trzeba, bo nie da sie powiedziec- juz jestem uwolniony, kropka. to znaczy da,
                      ale to jest wypieranie. a ja mam emocje, mam uczucia. to, ze wiem, co czuje i
                      doswiadczam tego, nie oznacza, ze to one mnie kontroluja. po prostu- są.
                      przeplywaja sobie i ja doswiadczam ich bardzo silnie. i jest mi z tym bardzo
                      dobrze. I coraz glupiej czuje sie piszac o czyms, czego opisac sie nie da, o
                      czyms nieuchwytnym, o czym mozna tylko milczec. a ja jak ta koza, ktora wciaz
                      jestem tak bardzo, ze to mnie zdumiewa- tyle lat i wciaz koza i lezie i meeczy
                      i meeczy, jakby to mialo sens, uparta i pęta sie tak ,ze zawsze gzies wlizie i
                      noge se skreci. hue hue.

                      no, dobra Kvinna. Mysle sobie, ze mozna byc szczesliwym doswiadczajac trudnych
                      procesow wywalajacych nam trzewia do gory nogami. co wiecej, uwazam, ze tylko
                      wtedy mozna byc szczesliwym, jesli sie tego chce doswiadczac, jesli sie przed
                      tym nie ucieka. probowalam to obchodzic, ale to tak naprawde tchorzostwo bylo
                      moje. pod pozorami wielkiej oswieconej niezaleznosci. I co wiecej nie znam
                      nikogo, kto bylby prawdziwie wolny od urodzenia, bez przejscia przez
                      etap "trudnych procesow". uwazam, ze na tym polega nasze czlowieczenstwo i
                      uwazam, ze musze przestac mowic, bo i tak nie umiem powiedziec, jak cudowne
                      jest to wszystko i jak gleboki ma sens i jak tak probuje to jakbym probowala
                      wode z oceanu do tego doleczka z piasku

                      no nie?
                      no to juz sie zamknę.
                      I bardzo mi z wami fajnie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka