Dodaj do ulubionych

reset z zachowaniem pamięci

28.07.03, 17:06
Tygodniowy wysiłek machania wiosłem w kajaku albo przewędrowane wzdłuż
Bieszczady... Jak to zmienia perspektywę patrzenia! Polecam wszystkim takie
wakacje, gdzie można się zmachać, gdzie śpi się twardo i na twardym podłożu,
gdzie mięśnie pracują do bólu, a oczy chłoną piękno świata tego.
To jakby przejście na inny poziom siebie, poczucie i pomyślenie siebie i
świata inaczej. Bo najważniejsze staje się dobre odbicie wiosłem, znalezienie
stabilnego miejsca na kolejny krok, przepchnięcie kajaka przez zwaloną kłodę,
żeby nie padało, żeby było z czego rozpalić ogień, żeby była gorąca
herbata... Najważniejsze stają się rzeczy małe. I jednocześnie te małe rzeczy
uszczęśliwiają tak, że gęba się śmieje do plastra cytryny w herbacie.

I dzięki temu wszystkiemu przypominam sobie, co jest naprawdę ważne, a co
tylko wylansowane.

Walentyna Pokajakowa
:-)))
Obserwuj wątek
    • Gość: Sergiusz Ctrl-Alt-Del? IP: 213.17.172.* 28.07.03, 19:18
      No właśnie - co (jest ważne)?

      ------

      Ciekawe... akurat w momencie kiedy to napisałem,
      usłyszałem słowa piosenki Marka Grechuty:

      "Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy..."

      Nie, chyba się z tym nie zgadzam. Już nie. Wyrosłem. Nie
      zgadzam się ze słowem "tylko".

      Po raz kolejny przewędrowałem Bieszczady w maju, po
      "sezonie", kiedy było cicho, pusto i bezludnie.
      Kilkanaście godzin dziennie z garbem na plecach i
      językiem na uszach. Pozostała kolejna porca pięknych
      wspomnień dni, które znam.

      Czy można się naprawdę "zresetować"? Tak się zawsze
      wydaje po kilu dniach oderwania od codziennego życia. Ale
      jednak człowiek to nie komputer...
      Niestety?

      MS.


      • walentyna Re: Ctrl-Alt-Del? 29.07.03, 10:39
        Gość portalu: Sergiusz napisał(a):

        > No właśnie - co (jest ważne)?

        Wygląda na to, że wszystko albo prawie wszystko, tylko w różnym stopniu. Ważna
        jest miłość i przyjaźń, praca i pasja, ale też mruczenie kota leżącego na moich
        kolanach.
        W tzw. biegu codziennym zdaje się, że zapominamy o ważności "rzeczy małych".
        Zapominamy o tym, jak można zachwycić się świeżą pościelą w wygodnym łóżku,
        albo pachnącą kawą, którą kumpel z biura zrobił dla ciebie, bo mu było po
        drodze. Itp...
        W górach, czy na kajaku, pod żaglem, lub przemierzając dziesiątki kilometrów na
        rowerze dociera się do takiego poziomu odczuwania i spostrzegania świata i
        siebie, że te "małe rzeczy" znów stają się widoczne. Wygodne buty są powodem do
        radosnego śmiechu, wiatr w upalny dzień zdaje się tak wspaniałym zjawiskiem, że
        chce się ukłonić przed nim głęboko, kubek gorącej herbaty w schronisku zapala
        wesołe iskierki w oczach.
        Cenne jest każde spotkanie, każda rozmowa. Wszystko zasługuje na uwagę. I
        jakimś cudem nie brakuje na to czasu.


        >
        > Po raz kolejny przewędrowałem Bieszczady w maju, po
        > "sezonie", kiedy było cicho, pusto i bezludnie.
        > Kilkanaście godzin dziennie z garbem na plecach i
        > językiem na uszach. Pozostała kolejna porca pięknych
        > wspomnień dni, które znam.

        A więc jednak jesteś górowy :-3

        >
        > Czy można się naprawdę "zresetować"? Tak się zawsze
        > wydaje po kilu dniach oderwania od codziennego życia. Ale
        > jednak człowiek to nie komputer...
        > Niestety?
        >
        > MS.
        >
        >
        Trochę niestety, a trochę dobrze, że człowiek to nie komputer. Taki reset
        bieszczadzki, czy kajakowy to akurat tyle, ile trzeba. Do czego? Do świeżego
        spojrzenia na nieświeże sprawy. Do wypełnienia głowy pozytywnymi myślami. Do
        przypomnienia sobie, że świat JEST piękny. Do przypomnienia sobie, że praca to
        tylko JEDEN Z elementów życia. Do odkopania w sobie umiejętności
        uszczęśliwiania się drobiazgami.

        Nie byle kto, kto byle czym się cieszy. Wędrując przez góry z plecakiem lub
        machając wiosłem w kajaku czuję się takim właśnie nie_byle_kim.

        W.
        • Gość: Sergiusz reboot... IP: 213.17.172.* 29.07.03, 21:18
          Walentyno, Twój list skłania mnie do kilku refleksji. Nie
          traktuj tego, co napiszę, jako jakiś przytyk. To taki
          zbiór wniosków, do jakich dochodziłem w różnych momentach
          swojego życia - i w tych radosnych, i w tych spokojnych i
          w tych, kiedy miałem ochotę zjeść tynk ze ściany.
          Może się przyda wszystkim...

          ************

          Piszesz o "resecie", o nagłym zauważeniu że sprawy małe
          są ważne. A co to są te małe sprawy? Czy rzeczywiście w
          życiu człowieka są sprawy mniejsze i większe? Czy można
          powiedzieć, że kubek gorącej herbaty w schronisku po
          cudnie męczącym dniu w górach albo powrót do domu po
          oszałamiającym całodniowym mknięciu na jednośladzie, to
          są sprawy małe? Czy uśmiech "baby" w spożywczym, słowa
          "cześć wujku" wypowiedziane przez dziecko na podwórku, są
          mniejsze niż sukces w pracy, ba - niż uczucie otrzymywane
          od kogoś bliskiego? Czy przyjażń, bliska znajomość,
          sąsiedzka pomoc, są mniejsze niż kariera zawodowa?
          Powiesz, że odpowiedź znajdę w postawionych pytaniach.
          Ale ja ją znam, brzmi: NIE.
          Sprawy "małe" potrafią się okazać bardzo wielkimi i, dla
          równowagi, często sprawy które uważamy za przeogromne, z
          biegiem czasu maleją, maleją, maleją... aż stają się
          matematycznym punktem.

          Wydaje mi się, że moment w którym człowiek zauważy, iż do
          dostrzeżenia tych z pozoru drobnostek nie potrzeba
          "resetu" w postaci nagłej zmiany, tygodnia spędzonego w
          okolicznościach i miejscach odmiennych od codzienności,
          to jest ten właśnie moment kiedy człowiek staje się
          Człowiekiem.
          Ja wiem, ja rozumiem(?) - "czasy są jakie są", "z czegoś
          trzeba żyć" itd. Ale akurat ja kiedyś z czegoś
          zrezygnowałem na rzecz rzeczy "małych". Uświadomiłem
          sobie że jestem zaledwie jednomiliardową cząstką
          aktualnie żyjącej ludzkiej rodziny, że cenna jest każda
          chwila mojego skończonego życia, że bezcenny jest każdy
          przejaw okazywanej komuś i otrzymywanej od kogoś
          życzliwości. Nie gwiazdy, nie sława, nie sukces, nie kariera.
          Czy to jest samoograniczenie? Tak. Ale i wolność. To jest
          radość dawania siebie innym i przyjmowania tego, co inni
          dają. Nie z kurtuazji, nie z łaski, nie po to bym się nie
          obraził, ale tak, po prostu - z sympatii, z poczucia
          bliskości.

          Wyjazdy w góry, rowerowe wycieczki, kajakowe spływy (ha,
          tego jeszcze nie próbowałem, ale być może dam się w końcu
          skusić - we wrześniu, Dniestrem) traktuję teraz inaczej,
          niż Ty. Nie jako reset, ale jako przedłużenie
          codzienności. Nie dzielę mojego świata na czas obłędnej
          pracy i czas odpoczynku. Właściwie, według obecnych
          standardów, mogę o sobie śmiało powiedzieć, że "do
          niczego nie doszedłem" (poza wykształceniem). Już nie
          "dojdę" i... dojść nie chcę. Niemodne stwierdzenie, prawda?

          MS.

          "Górowy", czy "morski"...
          Nie myślałem, ze moja odpowiedź była aż tak pokrętna.
          Jestem jak najbardziej "górowy", ale jakoś coraz mniej
          mnie ciągnie w góry latem, w sezonie. Pewnie dopiero we
          wrześniu....

          :-3
          • walentyna Re: wielkie małe rzeczy 30.07.03, 12:48
            Kiedy piszę o sprawach "małych" i "wielkich" traktuj te określenia umownie.
            Jakoś się muszę wysłowić :-) Oczywiście wiem, że sukces zawodowy wcale nie
            jest "większą" rzeczą niż nocne rozmowy przy ogniu kominka w Schronisku Pod
            Małą Rawką, czy brzmiące w słuchawce "Dobrze cię słyszeć", gdy dzwonię do
            przyjaciela.

            Pewnie każdy człowiek ma swoją własną skalę wielkości i małości różnych rzeczy.
            Dla wielu jednak - z moich obserwacji wynika - wielkie są: kariera, rodzina,
            pieniądze, zdrowie - pojmowane ogólnie. Natomiast pojedynczy dzień spędzony z
            rodziną już nie jest wielki, jest tylko drobiazgiem.
            Nie wydaje Ci się, że ludzie mają tendencję do skupiania się na ogóle a
            ignorowania szczegółów?


            >
            > Wydaje mi się, że moment w którym człowiek zauważy, iż do
            > dostrzeżenia tych z pozoru drobnostek nie potrzeba
            > "resetu" w postaci nagłej zmiany, tygodnia spędzonego w
            > okolicznościach i miejscach odmiennych od codzienności,
            > to jest ten właśnie moment kiedy człowiek staje się
            > Człowiekiem.

            > Ja wiem, ja rozumiem(?) - "czasy są jakie są", "z czegoś
            > trzeba żyć" itd. Ale akurat ja kiedyś z czegoś
            > zrezygnowałem na rzecz rzeczy "małych". Uświadomiłem
            > sobie że jestem zaledwie jednomiliardową cząstką
            > aktualnie żyjącej ludzkiej rodziny, że cenna jest każda
            > chwila mojego skończonego życia, że bezcenny jest każdy
            > przejaw okazywanej komuś i otrzymywanej od kogoś
            > życzliwości. Nie gwiazdy, nie sława, nie sukces, nie kariera.
            > Czy to jest samoograniczenie? Tak. Ale i wolność. To jest
            > radość dawania siebie innym i przyjmowania tego, co inni
            > dają. Nie z kurtuazji, nie z łaski, nie po to bym się nie
            > obraził, ale tak, po prostu - z sympatii, z poczucia
            > bliskości.

            Myślisz, że to samoograniczenie? A mnie się wydaje, że raczej wolny, śwadomy
            wybór - nie z konieczności, lecz z własnego pragnienia. Kształtowanie losu
            własnymi rękami zamiast zgody na to, "co akurat dają". Podziwiam to i chylę
            głowę z szacunkiem.


            Wygląda na to, że mi jeszcze brakuje kilku kroków do tego człowieczeństwa.
            Odwagi zrezygnowania ze ścieżki przetartej milionami stóp przede mną, na rzecz
            może mniej pewnej, wymagającej większej pomysłowości i wysiłku, ale mojej
            własnej. To, co napisałeś utwierdza mnie w przekonaniu, że warto ją wybrać i że
            to możliwe.
            Łatwo jest wskoczyć w schemat - studia, praca w dobrej firmie, coraz wyższe
            stanowiska, coraz wyższa pensja, służbowy samochód, mieszkanie, małżeństwo w
            odpowiednim czasie (gdzieś między 25 a 30), zaplanowane życie rodzinne itd. To
            zgodne ze standardem i z tym światem, który "jest jaki jest". I pewnie wiele
            osób odnajduje w tym zadowolenie, pewnie i szczęście.
            A mnie się tak trafiło, że w tym karierowo-sukcesowym rozpędzie nagle
            przyhamowałam. I przemyślawszy to wszystko widzę, że poszłam jak ta owca -
            bezmyślnie za stadem. Czy miałam inną możliwość? Pewnie tak, ale... jeżeli
            nawet - to ją przegapiłam, a może nie byłam gotowa, by z niej skorzystać.
            Teraz na szczęście mam świadomość wielu różnych możliwości oraz siebie samej
            wśród nich. Kawałek mojego życia już "wyremontowałam". Zawodowo jednak wciąż
            jeszcze idę za stadem, robiąc jedynie małe kroczki ku zmianie kierunku. Dlatego
            potrzebuję tych "resetów". Ale i tu na generalną zmianę przyjdzie czas. I liczę
            na to, że wystarczy mi odwagi i entuzjazmu.
            Mam nadzieję, że przynajmniej jestem na dobrej drodze ku temu :-)

            Poza tym "reset" zawsze dobrze mi robił, kiedy zmagałam się z jakimś większym
            problemem. Taki wyskok "gdzie indziej" pozwala złapać dystans i siłę do
            podjęcia decyzji. Choćby przez samą odległość od źródłą problemu i prowokację
            do pomyślenia o czymś innym.
            Teraz też dobrze zadziałało.


            > Wyjazdy w góry, rowerowe wycieczki, kajakowe spływy (ha,
            > tego jeszcze nie próbowałem, ale być może dam się w końcu
            > skusić - we wrześniu, Dniestrem) traktuję teraz inaczej,
            > niż Ty. Nie jako reset, ale jako przedłużenie
            > codzienności. Nie dzielę mojego świata na czas obłędnej
            > pracy i czas odpoczynku. Właściwie, według obecnych
            > standardów, mogę o sobie śmiało powiedzieć, że "do
            > niczego nie doszedłem" (poza wykształceniem). Już nie
            > "dojdę" i... dojść nie chcę. Niemodne stwierdzenie, prawda?

            Niemodne? Może... Ale... :-3

            >
            > "Górowy", czy "morski"...
            > Nie myślałem, ze moja odpowiedź była aż tak pokrętna.
            > Jestem jak najbardziej "górowy", ale jakoś coraz mniej
            > mnie ciągnie w góry latem, w sezonie. Pewnie dopiero we
            > wrześniu....
            >
            > :-3

            Kiwam głową ze zrozumieniem i na dowód podobnych myśli. (Czy jest jakiś
            emotikon na takie kiwanie głową bardzo_na_tak?

            W.
            • Gość: Sergiusz trochę nie na temat... ? IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 30.07.03, 22:31
              Inne miejsce, inny czas, inne IP, ale Sergiusz ten sam.
              :-)

              ***************

              Z tego co napisałaś wnioskuję, że bieszczadzkie
              schronisko pod Małą Rawką nie jest Ci obce...
              Cudownie jest też pod Jaworzcem. Jeśli nie byłaś -
              zajrzyj koniecznie. Poza sezonem ;-). Pierwsza herbata z
              plastrem słonecznej cytryny za darmo - bo przecież
              człowiek strudzony... Taka "drobnostka", a od razu stawia
              na głowie pojęcie o świecie i ludziach. I te szmaciane
              ludziki ze "stosownym" komentarzem.

              Czy, będąc pod Rawką, rozejrzałaś się uważnie? Czy,
              oprócz pęków zasuszonych ziół, oprócz naleśnika -
              giganta, oprócz niepowtarzalnego grzanego piwa,
              zauważyłaś szczegóły?
              Na półeczce obok okienka, po lewej stronie nad żelazkiem,
              stoi skromna drewniana ramka obejmująca myśl ks.
              Twardowskiego. Nie zapisałem, myślałem że zapamiętam.
              Będąc tam ostatnim razem przesłałem jej treść SMS-em
              komuś, komu przesłać było warto. Komuś, o kim wiedziałem
              że zrozumie.
              Ale się naklawiszowałem! Nie żal mi bólu palca.

              Zapamiętałem przekaz: "gdyby każdy miał wszystko, to nikt
              nikomu nie byłby potrzebny".

              Sens życia.

              Jakże łatwo dojść do wniosku, że się wszystko ma. Jakże
              łatwo dojść do wniosku, że niektórzy otaczający nas
              ludzie są nieznaczący, że się ich można pozbyć, że są
              już niepotrzebni, że w naszym życiu spełnili już swoją
              rolę. Jakże łatwo zacząć patrzeć tylko na siebie, na
              swoje sukcesy, na swój rozwój, na swoją karierę, na swoje
              osobiste sprawy.
              Ale to nie jest tak.
              Kiedyś, dawno temu, ze zdziwieniam, zauważyłem że
              bezdomny kloszard może mnie też czegoś nauczyć. Kiedyś
              zaprzyjaźniłem się z ulicznym grajkiem, domorosłym
              flecistą. Ha, pomagałem mu przygotować okładkę kasety,
              która zapewne nigdy nie została nagrana. Zostały fotografie.
              Kiedyś rozmawiałem z przedstawicielem bieszczadzkiego
              folkloru, którego 90% ludzi określiłoby mianem "pijak",
              degenerat. A ten człowiek poznał mnie po przeszło pół
              roku, przysiadł się w knajpie, poklepał mnie po ramieniu.
              Poklepałem go też. Widziałem radość w jego zlekka
              znietrzeźwiałych oczach.
              Nie żałuję tego "straconego czasu", chętnie "stracę" go
              jeszcze więcej.

              Bo co po nas pozostaje? Zaszczyty? Stanowiska? ...złocone
              napisy na nagrobkach?
              Zostaje dobro, które uczyniliśmy. Zostaje pamięć w
              ludziach, których spotkaliśmy. Myślę, że warto dbać o to,
              by ta pamięć była dobra.

              MS.
              • Gość: Sergiusz trochę nie na temat... - uzupełnienie IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 30.07.03, 23:50
                ... ale można też wyznawać zasadę "po nas choćby potop"...

                MS.
                • walentyna Re: trochę nie na temat... - uzupełnienie 31.07.03, 09:13
                  Gość portalu: Sergiusz napisał(a):

                  > ... ale można też wyznawać zasadę "po nas choćby potop"...
                  >
                  > MS.

                  To ja wolę tę pierwszą - niech zostanie po nas dobre wspomnienie w żywej
                  pamięci spotkanych ludzi.
              • walentyna Re: trochę nie na temat... ? 31.07.03, 09:19
                Schronisko Pod Rawką jest moim ulubionym, a Wielka Rawka - ukochanym szczytem.
                A zwróciłeś uwagę na wiersz / piosenkę o aniołach? Zapisałam ją sobie na
                skrawku serwetki, ale zgubiłam gdzieś później.

                ___________

                "Zbierając" dobre chwile, pozostawiając po sobie dobre ślady w pamięci innych -
                co zrobić z chwilami, które nie są dobre, pomimo wysiłku, by je odmienić?

                Walentyna_smutna_dzisiaj
                • Gość: Sergiusz trochę na temat IP: 213.17.172.* 31.07.03, 11:06
                  Na początek:

                  "Nigdy nie przestawaj się uśmiechać, nawet jeśli jesteś
                  smutny, ponieważ nigdy nie wiesz kto może się zakochać w
                  Twoim uśmiechu."
                  (G.G.M.)

                  No i tak się zastanawiam...
                  To mądra myśl, ale jeśli się ją właściwie rozumie. Tu nie
                  chodzi o amerykańskie "keep smiling". Tu chyba chodzi o
                  to, by nie dać smutkowi zatruć siebie i by nie zatruć nim
                  innych. Żeby, co wydaje się paradoksem, "znosić" smutek z
                  uśmiechem.
                  Smutność nie jest niczym dziwnym, jest normalnym
                  elementem życia, tak jak normalnym elementem życia są
                  radość i złość, zgodne rozmowy i burzliwe
                  nieporozumienia. I jest tak, że ani w chwili euforii
                  świat tak naprawdę nie "staje otworem", ani w chwili
                  smutku świat się nie kończy.

                  Nie, nie napiszę tu sztampowego: "nie smuć się" To byłoby
                  bez sensu - przecież widać masz powody. Napiszę: smuć się
                  nie więcej, niż to niezbędne i najkrócej, jak to możliwe.

                  -------------

                  Tekst o bieszczadzkich aniołach oczywiście widziałem. Nie
                  mam go, niestety. Jest zrozumiały chyba tylko dla
                  "starych bieszczadników Majsterbiedów".

                  MS.
                  • walentyna Re: trochę na temat 31.07.03, 11:25
                    Mądre - jak zwykle od Ciebie.
                    Znoszę ten mój smutek spokojnie, pamiętając o tym, że złe chwile mają wielką
                    zaletę - mijają.
                    Chciałabym jeszcze zrozumieć, dlaczego mimo dobrych chęci i starań coś znika,
                    gaśnie, ginie...

                    W.
                    • Gość: Sergiusz całkiem na temat IP: 213.17.172.* 31.07.03, 11:48
                      Gdybyś posiadła tę mądrość, rozdając ją mogłabyś
                      uszczęśliwić ludzkość.

                      Być może to coś istnieć nie może, być może jego istnienie
                      jest jedynie wytworem wyobraźni i złudzenia? A może toczy
                      to coś podstępna i nieuleczalna choroba, której istnienia
                      nikt nie podejrzewał?

                      Ale - od siebie. Zdarza się też coś odwrotnego. Czasem
                      coś, czego się nikt nie spodziewał, trwa i kwitnie.
                      Zaskakuje swoim pojawieniem i swoją żywotnością. Czy
                      przetrwa wszystko, każdą burzę? Nie wiadomo, ale może...

                      MS.
                      • walentyna Re: całkiem na temat 31.07.03, 14:29
                        Wiele odpowiedzi na dręczące pytania mamy w sobie, tylko brak odwagi, by je
                        usłyszeć. Moje już gadają całkiem głośno i nie sposób ich ignorować. Zawsze
                        można się jeszcze mamić tym, że może jednak tym razem się mylę. Ale jakoś
                        zawsze ten wewnętrzny głos - intuicja, logiczne myślenie, czy bógwico jeszcze -
                        jak dotąd miał rację.
                        Teraz mówi, że to już nieuleczalne, że teraz już tylko można podawać środki
                        przeciwbólowe, ale one pomagają tylko doraźnie. I w końcu trzeba będzie
                        pozwolić odejść temu pragnieniu, marzeniu, wszystkiemu...

                        Ile jeszcze reanimacji mamy przeprowadzać? A z drugiej strony - jakie inne
                        wyjście? Eutanazja dla miłości? A może jak w piosence Hanny Banaszak "daj
                        spokojnie umrzeć jej"?

                        Czy w ramach spokojnego znoszenia smutku płakanie dozwolone?

                        I przepraszam za te pięć ton przygnębienia. Nie miało tak być, ale
                        najwidoczniej ulało mi się...

                        W.
                        • Gość: nieważne tak IP: 212.160.117.* 31.07.03, 14:35
                          > Czy w ramach spokojnego znoszenia smutku płakanie dozwolone?

                          Jak najbardziej. Tu zaczyna się burza. Niebo płacze razem z Tobą. A 5 ton
                          smutku dźwigamy też z Tobą...
                        • Gość: Sergiusz na temat - całka z różniczką ;-) IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 31.07.03, 17:04
                          Kiedyś ktoś (Ty?) napisał na tym forum, że tak naprawdę
                          zadając pytanie, już nosimy w sobie odpowiedź. Ty ją
                          teraz też chyba nosisz...

                          Ale nie moją i nie naszą tu rolą jest Ci doradzać jak
                          masz postąpić. To, niestety(?) musisz postanowić Ty sama
                          i nikt, absolutnie nikt, nie powinien mieć na Twoje
                          zachowanie decydującego wpływu. Są w życiu każdego takie
                          wydarzenia i takie chwile, kiedy inni - przyjaciele,
                          znajomi, ...przypadkowo "spotkani" forumowi rozmówcy...
                          mogą jedynie potrzymać za rękę - wirtualną lub realną,
                          powiedzieć ciepłe słowo, wygłosić mądre "kazanie' ;-) i,
                          przede wszystkim - BYĆ gdzieś obok.
                          A "ulewa" się czasami każdemu, kto nie ma konstrukcji
                          drogowego walca. Nic więc w tym złego ani nagannego.

                          Pytasz, czy jest dozwolone płakanie. A dlaczego nie
                          pytasz, czy jest dozwolone oddychanie? Wiem, oddychanie
                          jest niezbędne do życia. Ale płakanie jest czasem
                          niezbędne do prze-życia...

                          ************

                          Jest chyba jedna rzecz, której się naprawdę obawiam.
                          Świadomego, powolnego umierania. Dlatego nie jestem
                          zagorzałym przeciwnikiem eutanazji.


                          :-)
                          • walentyna Re: na temat - całka z różniczką ;-) 31.07.03, 17:13
                            Gość portalu: Sergiusz napisał(a):

                            > Kiedyś ktoś (Ty?) napisał na tym forum, że tak naprawdę
                            > zadając pytanie, już nosimy w sobie odpowiedź. Ty ją
                            > teraz też chyba nosisz...

                            Tak, to ja napisałam i to już razy kilka. I podtrzymuję.



                            > Są w życiu każdego takie
                            > wydarzenia i takie chwile, kiedy inni - przyjaciele,
                            > znajomi, ...przypadkowo "spotkani" forumowi rozmówcy...
                            > mogą jedynie potrzymać za rękę - wirtualną lub realną,
                            > powiedzieć ciepłe słowo, wygłosić mądre "kazanie' ;-) i,
                            > przede wszystkim - BYĆ gdzieś obok.

                            Dziękuję, że jesteś, Sergiuszu.

                            O :-E zapomnij!

                            A eutanazja... Żeby jeszcze mieć pewność, kiedy jest TEN moment, właściwy dla
                            odłączenia aparatury podtrzymującej. Chociaż... to też chyba wiadomo "ze środka
                            siebie".

                            E.
                            • Gość: Sergiusz ponocne rozważania IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 31.07.03, 23:19
                              E <---
                              • walentyna Re: ponocne rozważania 01.08.03, 10:17
                                Gość portalu: Sergiusz napisał(a):

                                > E <---
                                • Gość: Sergiusz poranne gadania IP: 213.17.172.* 01.08.03, 10:40
                                  Hihi, to ja muszę bardziej uważać - jak mi się omsknie,
                                  to będzie... D. ;-)

                                  myślenie ---> ból głowy?
                                  Lejesz wodę na młym tym, którzy twierdzą że myśleć nie
                                  warto, bo od tego to tylko głowa boli.


                                  Resecik weekendowy - niezła myśl (no tak, ale przecież
                                  myślenie jest groźne...;-) ). Ja się chyba zresetuję
                                  jednośladowo.

                                  MS.
                                  • walentyna Re: poranne gadania 01.08.03, 11:26
                                    Gość portalu: Sergiusz napisał(a):

                                    >
                                    > myślenie ---> ból głowy?
                                    > Lejesz wodę na młym tym, którzy twierdzą że myśleć nie
                                    > warto, bo od tego to tylko głowa boli.

                                    Nie tylko, ale boli. Bez żadnych przenośni. Na ból jednak medycyna ma swoje
                                    sposoby, a myślenia nic nie zastąpi! A że ryzykowne ono - cóż... bezpieczniej
                                    może siedzieć w fotelu, ale o ileż bardziej fascynująco podróżować po świecie...

                                    Stawiam więc na myślenie, a migrenę już spacyfikowałam.


                                    >
                                    > Resecik weekendowy - niezła myśl (no tak, ale przecież
                                    > myślenie jest groźne...;-) ). Ja się chyba zresetuję
                                    > jednośladowo.

                                    Brzmi cudownie "resetowo"!
                                    Ja jadę na spotkanie rodzinne - wujkowo-ciotkowo-babciowe. Będę ćwiczyć stoicki
                                    spokój i patrzeć z radością, jak babcia promienieje mając nas wszystkich wokół
                                    siebie.

                                    W.
                                    • Gość: Sergiusz południowe oniczymości IP: 213.17.172.* 01.08.03, 12:36
                                      No to - miłego babciowania i rodzinnego gaworzenia.

                                      Bicyklista z mnie "młody", niedawno odzyskany, ale urok
                                      tej formy nabywania fizycznego zmęczenia wciągnął mnie
                                      dosyć skutecznie.

                                      Czas chwilkę odpocząć od myślenia i głoszenia
                                      uniwersalnych prawd... by za jakiś czas znów do tego
                                      powrócić. To też wciąga ;-).

                                      MS.

                                      Szczęśliwi, którzy jeszcze mają babcie...
                                      • walentyna Re: południowe oniczymości 01.08.03, 16:12

                                        Jak się nałykasz tego odpoczynku, a wiatr przewietrzy Ci myśli, to niech się
                                        Sokrates i spółka już boją! ;-)

                                        Odpoczywaj mocno.

                                        W.


                                        • Gość: Sergiusz popołudniowe oniczymości IP: 213.17.172.* 01.08.03, 16:17
                                          Pozdrów ich ode mnie, jak spotkasz gdzieś w tej babcinej
                                          Polsce. Sokratesa, znaczy się. Spółkę możesz też.

                                          ;-)

                                          MS.
    • jmx ? 30.07.03, 02:22

      Tak sobie czytam co oboje piszecie na temat Rzeczy Ważnych Bardzo i Mniej
      Ważnych... Ważniejsza kariera - nie, ważny kubek herbaty z cytryną, spływ
      kajakiem, czy zaliczony kolejny szczebelek w karierze, góry, morze...

      A może to wszystko na raz jest ważne?
      A może potrzeba umieć zachować równowagę i nie skazywać się na jednostajny tryb
      działania, jak zaprogramowany robot?
      A może rzeczy Zwykłe stają się dopiero Bardzo Ważnymi w chwili ich braku?
      • walentyna Re: ? 30.07.03, 11:54
        jmx napisała:

        >
        > Tak sobie czytam co oboje piszecie na temat Rzeczy Ważnych Bardzo i Mniej
        > Ważnych... Ważniejsza kariera - nie, ważny kubek herbaty z cytryną, spływ
        > kajakiem, czy zaliczony kolejny szczebelek w karierze, góry, morze...
        >
        > A może to wszystko na raz jest ważne?
        > A może potrzeba umieć zachować równowagę i nie skazywać się na jednostajny
        tryb
        >
        > działania, jak zaprogramowany robot?
        > A może rzeczy Zwykłe stają się dopiero Bardzo Ważnymi w chwili ich braku?
        >

        No właśnie - zachować równowagę, harmonię między wszystkim, co jest w naszym
        zyciu. Pewnie ważność różnych rzeczy zmienia się w zależności od okoliczności,
        ale chodzi o to, żeby poświęcając więcej uwagi jednym, nie zapominać o innych.
        Równowaga i harmonia.
        Czy to nie jest przypadkiem chcenie-wszystkiego?
        • jmx Re: ? 31.07.03, 01:47

          "Osiołkowi w żłoby dano..." ;-)
          • walentyna Re: ? 31.07.03, 09:14
            jmx napisała:

            >
            > "Osiołkowi w żłoby dano..." ;-)
            >

            A pamiętasz, jak się ta bajeczka kończy?
            Ku przestrodze ;-)
            • Gość: nieważne Podoba mi się to... IP: 212.160.117.* 31.07.03, 10:23
              co tu sobie piszecie. Podczytuję i nie dopiszę już właściwie nic nowego. Jestem
              po króciutkim urlopie w prawie kompletnej głuszy. Zachwyt. I wiem, że częściej
              będę uciekać od tzw. cywilizacji. Usiłuję zachować wszystko to, czego nauczyłam
              się w swoim Soul Asylum (ale górnolotnie :) Powoli już człapie do mnie Stres,
              ale nie dam się!!! p.s. Walentyna, nie smuć się dziś i w ogóle nie :) dziękuję
              i pozdrawiam
              • walentyna Re: Podoba mi się to... 31.07.03, 10:32
                Gość portalu: nieważne napisał(a):

                > co tu sobie piszecie. Podczytuję i nie dopiszę już właściwie nic nowego.
                Jestem
                >
                > po króciutkim urlopie w prawie kompletnej głuszy. Zachwyt. I wiem, że
                częściej
                > będę uciekać od tzw. cywilizacji. Usiłuję zachować wszystko to, czego
                nauczyłam
                >
                > się w swoim Soul Asylum (ale górnolotnie :) Powoli już człapie do mnie Stres,
                > ale nie dam się!!! p.s. Walentyna, nie smuć się dziś i w ogóle nie :)
                dziękuję
                > i pozdrawiam

                Nie daj się podejść stresowi i podsycaj energię, jaką dała Głusza. Niech będzie
                tak, jak pisze Sergiusz - że życie nie dzieli się na chwile zaorania pracą i
                totalnego odpoczynku, tylko trwa w równowadze.

                Dzięki za słowa otuchy. Smutek pewnie przejściowy, ale jednak.
                Smutek bezsilności. Ale to już na inny wątek.
                W.
                • Gość: nieważne Nie pamiętam dokładnie IP: 212.160.117.* 31.07.03, 10:43

                  uroczego (chyba) irlandzkiego pozdrowienia, ale końcówka jest taka: I dopóki
                  się nie spotkamy, niech Bóg Cię trzyma w swojej dłoni.

                  To tak a propos Twojego smutku. Będzie dobrze.

                  Jak utrzymać tę energię?

                  Taak, ta świeża pościel, gapienie się na ptaki, zapach olejku "zielona
                  herbata", niuchanie koralików z drzewa różanego, radość ze zdrowego zmęczenia.

                  Co jeszcze?

                  Strach, że utrzymanie równowagi może być trudne, zatem proszę o jeszcze :)
                  • walentyna Re: Nie pamiętam dokładnie 31.07.03, 11:14
                    Gość portalu: nieważne napisał(a):

                    >
                    > uroczego (chyba) irlandzkiego pozdrowienia, ale końcówka jest taka: I dopóki
                    > się nie spotkamy, niech Bóg Cię trzyma w swojej dłoni.
                    >
                    > To tak a propos Twojego smutku. Będzie dobrze.
                    >
                    > Jak utrzymać tę energię?
                    >
                    > Taak, ta świeża pościel, gapienie się na ptaki, zapach olejku "zielona
                    > herbata", niuchanie koralików z drzewa różanego, radość ze zdrowego zmęczenia.
                    >
                    > Co jeszcze?
                    >
                    > Strach, że utrzymanie równowagi może być trudne, zatem proszę o jeszcze :)

                    Strach jest dzieckiem wyobraźni. Posłuż się nią, by nad nim zapanować :-)

                    Dorzucę trochę od siebie:
                    telefon od przyjaciela, wizyta u fryzjera, 500m żabką na basenie, mruczenie
                    kota, gdy zanurzam dłoń w jego miękkim futrze, kieliszek wina + świece +
                    ulubiona muzyka wieczorem, dobry film w kinie, mapa Bieszczadów wisząca na
                    ścianie, herbata w ulubionym kubku, książka, w której cała się zanurzam, sms od
                    mamy - że co słychać i jak tam, zakwitnięcie kaktusa na parapecie...
                    i irlandzkie pozdrowienie na forum :-)

                    Kiedyś miałam taki zwyczaj - codziennie wieczorem zapisywałam sobie, co dobrego
                    spotkało mnie minionego dnia. Może to banalne, ale lubię wracać do tych
                    zapisków. Może warto je kontynuować.

                    A "niuchanie koralików" wywołało uśmiech na moim smutnym liczku - pierwszy od
                    wielu godzin. Dziękuję!
                    W.
                    • Gość: nieważne To ja się przyznam :) IP: 212.160.117.* 31.07.03, 11:30
                      to różaniec. Dostałam go od Mamy. Przepraszam tu wszystkich praktykujących, ja
                      się na nim nie modlę, ja go po prostu mam. Talizman :) Trzymam go sobie pod
                      poduszką. Tak dla hecy :) Modlę się tak: Boże, cholera, zrób coś :) Tu
                      asekuracja, bo Eichelberger pewnie znany Ci jak świat :) O tym w następnym
                      odcinku :)
                    • Gość: nieważne A tak w ogóle.. IP: 212.160.117.* 31.07.03, 11:52
                      to jak się mówi: Bieszczad czy Bieszczadów? Serio, nie wiem.

                      Dorzucam od siebie czytanie Pani Musierowicz, kocham Ją, kocham :) Ja z Niej
                      nigdy nie wyrosnę :) Tak mi się skojarzyło, jak Nutria albo Pulpecja seplenią:

                      - A ja poplosę bilet do Biescadów :)

                      p.s. A tak w ogóle: to czy ktoś wie, gdzie można dorwać jej autobiografię "Tym
                      razem serio"? A ostatnio kupiłam sobie "Szóstą klepkę". Czytałam naście lat
                      temu i rozumiem dopiero dziś :) Szósta klepka - szósty zmysł, czyli poczucie
                      humoru. Jako antidotum na cały ten "brzydki świat" :)

            • jmx Re: ? 31.07.03, 19:41

              Przestroga, by nie umrzeć wśród wszelkiego dobra goniąc za niemożliwym...
              • walentyna Re: ? 01.08.03, 10:11
                jmx napisała:

                >
                > Przestroga, by nie umrzeć wśród wszelkiego dobra goniąc za niemożliwym...
                >


                O, właśnie! Żeby jeszcze to niemożliwe miało dobrze widoczną etykietkę, taką ze
                znaczkiem "nie gonić" (jak "nie czyścić chemicznie").
                Łatwiej jest przystanąć w tej pogoni, jesli biegnie się samemu. We dwoje - już
                trudno, bo myśl o drugim człowieku, jego uczuciach, zaufaniu, pragnieniach,
                wierze...
                Ale w końcu musi być jakieś rozwiązanie.

                W.
                • jmx Re: ? 02.08.03, 02:15

                  Życie to nie muzeum z etykietkami, na szczęście! ;-)).

                  To smutne, że te myśli pojawiają się wtedy gdy żle się dzieje... no, ale może
                  lepiej późno niż wcale? Nie wiem tylko dlaczego obecnośc drugiej osoby ma
                  uniemożliwiać chwile zastanowienia nad sobą i swoim zyciem...?
                  Aaaa.... chyba sobie sama odpowiedziałam - bo z chwilą gdy decydujemy się na
                  partnerstwo to powinniśmy się zastanawiać już nie nad "swoim" ale "naszym"
                  życiem...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka