jewel86
14.05.08, 01:05
Zauważyłam, już dawno, ale blokowałam te myśli skutecznie, że jak mi znów coś
nie wyjdzie, nie mam na coś ochoty, coś jest nie tak, to mówię sobie: mam
kompulsy, mogę sie objeść. Potem wchodzę na forum i będę, czytając o innych,
użalała się nad sobą. I tak, odkąd mam kompulsy, to te ostatnie 10 miesięcy z
forum(jako wierny i bierny uczestnik) to taka przenoszona ciąża - niedługo ma
nadzieję urodzić dziecko o imieniu ROBIĘ-COŚ-ZE-SWOIM-ŻYCIEM. Dojrzewało to we
mnie, dojrzewało, a na terapię jeszcze się nie wybrałam.
Post ten, bez ładu i składu, to tylko myśl o tym, że rzeczywiście, jak to już
było wspominane, jedzenie potrafi być świetną wymówką wraz ze złym wyglądem i
jeszcze gorszym samopoczuciem. Można się załadować w depresję i siedzieć już w
wózku pędzącym na jakiś margines. Wycofać się z życia jak rak, prosto w
kompulsy. Bez terapii, ale DZIĘKI FORUM, uświadomiłam to sobie. W ciemnym i
mrocznym okresie, gdzie przydałby mi się psychiatra serwujący leki
antydepresyjne, narobiłam, nic nie robiąc, takiego zamieszania w swoim życiu,
że teraz muszę tylko wziąć je w swoje ręce, a te się chce wyślizgnąć, w jakimś
mrocznym kierunku. Trudne to strasznie, gdy jest się przyzwyczajonym do
ciągłego uciekania w uczty.( no i do koszmarów, lęków, czarnych myśli itp.,
ale to już moja depresyjna strona)
Nie wiem, czy są na tym forum osoby studiujące psychologię. Ja jeszcze jestem
taką osobą, niedługo zmieniam studia, odkryłam, że to nie dla mnie, robię to
nie dla siebie i przez długi czas to odkrycie dokonane daawno też
zajadałam...eh. Tak jak swój indywidualizm, smaczny był ten konformizm, aż mi
w gardle stanął - ucztowałam, rekompensując udział w owczym pędzie. Jest mi
dzięki tej świadomości ostatni łatwiej się opanować. Chodzi jednak o to, że
mechanizmy i całą piękną teorię mogę znać, jeżeli się nie przyłożę, nic nie
pomoże. Sama terapia myślę, że da mi niewiele(no bo chodzi przecież o mój
wkład a nie psychologa), nawet się boję, ze jak zacznę chodzić, to znajdę
pretekst by dalej pogrążając się w swojej nienormalności, w międzyczasie nie
robiąc nic.
Nie wiem, czy któraś z Was tak ma, ale moje kompulsy są silnie związane z
depresją, choć właśnie depresja była u mnie podłożem.(diagnozować siebie nie
wolno, ojj, wiem..)
Piszę, bo chcę krytyki. W końcu czytałam masę o zaburzeniach, staram się
analizować na sucho i na mokro swoje zachowanie, ale ciaglę są momenty, gdzie
ten zdrowy rozsądek się wyłącza. A ja, naiwna chyba, nadal wierzę, że obejdzie
się bez terapii, że jestem tylko samo-reformowalna. To niemożliwe, co nie?
Staram się siebie przekonać, może to dziecko ROBIĘ-COŚ-ZE-SWOIM-ŻYCIEM się w
końcu urodzi, bo ciąży mi ta ciąża...i czekanie.
Chcę coś zmienić, gdy zaczęłam mówić o tym głośno, w domu, wśród znajomych, to
zaczęło to być realne. Tylko rozruch jeszcze przyblokowany jest nawykami,
odkładaniem - "jak powstrzymam kompulsy, jak będę zdrowa, ale nie teraz". I
rzucam się na żarcie, gdy budzi się we mnie strach przed przyszłością,
szepcząc do siebie - a bo zmęczona..a bo w pracy nuda...a bo samotna...co ci
szkodzi. I jeszcze jakiś wewnętrzny wrzask - co ty robisz!!! jakbym była
podwójna - opanowana i szalona, normalna i wiecznie głodna. Może to też
kwestia niezdecydowania... Piszę, tak jakby w drodze na terapię, z idiotyczną
nadzieją, że koniec końców nie będę jej potrzebować, bo ruszę z miejsca i
przejdzie mi ten ZŁY APETYT. Zbieram siły, żeby przerwać to błędne koło.
Przepraszam za chaos i pozdrawiam cierpliwych.