Gość: tristeza
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
08.01.02, 20:32
Strasznie mi zle.... Sama nie wiem od czego zaczac, bo tyle tego jest. Ogolnie
moje zycie jest nie najciekawszwe, z wielu wzgledow oglednie mowiac. jestem
osoba jeszcze dosc mloda (22) i nadal mieszkam z rodzicami, z ktorymi moje
kontakty nie ukladaja sie najlepiej. od zawsze wydaje mi sie, ze po prostu nie
chcieli miec dzieci - zawsze jestem niewystarczajacao dobra, codziennie slysze
ze jestem glupkiem, swinia i tak dalej :(. Przy czym z calym szacunkiem dla
moich rodzicow, uwazam ze inwe3ktywy te sa raczej bezpodstawne - studiuje
dziennie i zaocznie, dorywczo pracuje, jestem naprawde dobrym czlowiekiem i
uwazam sie za osobe raczej rozgarnieta, ktora ma w miare dobrze poukladane w
glowie. nie twierdze, ze jestem idealem, bo tak nie jest, ale naprawde nie
robie nic zlego, czym moglabym zasluzyc na takie zle slowa. zawsze czulam sie
bardzo samotna, bo jestem osoba raczej niesmiala, wiec nawiazywanie znajomosci
nie przychodzi mi zbyt latwo. nie jestem tez zbyt kochliwa, ponadto kompletnie
nie mam zaufania do mezczyzn. byc moze ma na to jakic wplyw moja relacja z
ojcem i obserwacje poczynione wsrod najblizszej rodziny (zdrady, wyzwiska,
ponizanie - nic milego). az wreszcie niewiele ponad rok temu poznalam chlopaka,
jedynego ktory zadal sobie trud, aby przekonac mnie do siebie. spedzalismy ze
soba kazda wolna chwile, powoli zaczelam darzyc go zaufaniem. tak jak wczesniej
pisalam, nie jestem zbyt kochliwa, nie mam tez wyobrazen o wielkiej
romantycznej milosci, ale naprawde poczulam, ze to jest ta jedyna osoba, ktora
do mnie pasuje, rozumie mnie, przy ktorej moge byc soba. oczywiscie zapewnial,
ze mnie kocha, na co zreszta wskazywalo jego zachowanie. no i trzy miesiace
temu zostawil mnie kompletnie bez slowa - rozstanie zakomunikowal mi ....
smsem! w dodatku podajac jakis kretynski powod. wydaje mi sie, ze postapil tak,
bo byl po prostu tchorzem, czego ja w swoim zaslepieniu nie zuwazylam. na
poczatku unioslam sie duma, ale po jakims (krotkim) czasie, stwiardzialm, ze
jesli poswiecilam temu czlowiekowirok mojego zycia, mnostwo uczuc i emocji, to
zasluguje przynajmniej na jakies sensowne, nie ublizajace mi wyjasnienie. nie
chcialam sie z nim spotykac, bo jesli on nie uznal tego za stosowne, to czemu
milalbym sie naprzaszac. jako powod podal rozne rzeczy - niedopasowanie (szkoda
ze nie zauwazyl tego wczesniej..), moja amatorszczyzne w lozku, to ze jestem
zbyt ambitna i za duzo czasu spedzam w szkole i pracy itp. Od tej pory minely
juz prawie trzy mce, czyli tak obiektywnie spooro czasu, a ja nadal nie moge
dojsc do siebe. wrecz przeciwnie - z kazdym dniem czuje sie coraz gorzej. przez
caly grudzien siedzailam w domu, na zmiane pilam i lykalam srtodki uspokajajce.
w sylwestra chcialam sie zabic - zadzwonilam do niego, zeby jeszcze raz
powiedzial mi, ze naprawde nic do mnie nie czuje, ze przez caly czas mnie
oszukiwal i czy naprawde nie czul tego co ja. cos tam odpowiedzial, nic madrego
zreszta i sie rozlaczyl. pozniej chyba ruszylo go sumienie bo przyslal kilka
smsow, co za uniwesalny srodek komunikacji, prawda? jak widac nic sobie nie
zrobilam, bo strasznie boje sie bolu i nie wystarczylo mi odwagi. caly czas o
tym mysle, ale okropnie sie boje...
widzicie, chodzi o to, ze ja naprawde nie mam po co zyc. rodzice mnie maja w
glebokim powazaniu, osoby, ktore uwazalm mi za bliskie nawet nie zadzwonia
spytac co sie ze mna dzieje. widac lubily sie ze mna spotykac tylko jak bylam
wesola i beztroska. jedyna osoba, ktorej zaufalam i uwierzylam okazala sie
strasznym gowniarzem. kompletnie nie wiem co ze soba zrobic. mam
zainteresowania, ale na niczym nie potrafie sie skupic dluzej niz na 5 min, nic
mnie nie cieszy :(
wiem, ze zapewne ktos napisze, ze to tylko taki przejsciowy stan, po jednej
milosci przychodzi nastepna, ale z mojej perspektywy naprawde tak to nie
wyglada. tak jak juz pisalam, czuje sie potwornie samotna i przez nikogo nie
chciana. mysle, ze nie zasluguje na milosc - przeciez nie kochaja mnie nawet
moi rodziece - osoby, ktore zazwyczaj powinny kochac najmocniej. najchetniej
siedzaialbym caly dzien w domu albo w kinie, nie widujac sie z nikkim. A tu
jeszcze idzie sesja...
Nie wiem, czy ktos bedzie chcial odpowiedziec na ten dlugi i smutny post. Sama
zreszta nie wiem, co mozna by na niego odpisac. Moze ktos z Was byl w podobnej
sytuacji i w jakis sposob sobie pomogl?