bene_gesserit
29.12.09, 21:23
Wszystko zaczęło się od artykułu w prasie poświęconemu ofiarom
gwałtów w Bośni. 32-letnia wówczas Monika Hauser przeczytała go u
siebie w domu w Kolonii. Zgłosiła się do ONZ-owskiej organizacji
pomocy dla potrzebujących i zaoferowała swoje usługi. Tam uznano ją
za wariatkę, pracownicy organizacji byli bowiem zdania, że
zgwałcone muzułmańskie kobiety „nie nadają się do żadnej
resocjalizacji”.
Lekarka postanowiła więc pojechać tam na własną rękę. Nie miała
żadnego pomysłu ani pieniędzy. Kilka miesięcy później, w samym
środku wojny, otwierała pierwsze na świecie centrum terapeutyczne
dla kobiet, które stały się ofiarami gwałtu. W zeszłym roku za
swoją działalność wyróżniona została alternatywną nagrodą Nobla.
Leczy chore ciała tych kobiet, przede wszystkim jednak stara się
zreperować ich zranione dusze. Ofiary gwałtów otrzymują pomoc
medyczną, doradztwo psychologiczne i prawne i – gdy to możliwe –
perspektywy na przyszłość. Coś, z czego dałoby się żyć.
Pszczoły, krowy, traktory – tak brzmi recepta tu, w Kosowie.
Specjalistki z Mediki uczą tutejsze kobiety, jak budować ule i
sprzedawać miód. Ofiarodawczynie z południowego Tyrolu darowują
Kosowiankom krowy mleczne – po jednej dla każdej. Kiedy na świat
przyjdzie pierwszy cielak płci żeńskiej, nowo upieczona hodowczyni
musi ofiarować go innej kobiecie w grupie. – Robiliśmy to wszystko,
bo nie robił tego nikt inny – wspomina doktor Hauser.
Jej organizacja liczy dzisiaj sto kobiet, pracujących przy
projektach za granicą. W centrali w Kolonii zatrudnionych jest 40
pracownic, 50 zaś działa na zasadzie wolontariatu. W Niemczech
Hauser zorganizowała kampanię pod hasłem „Czas o tym powiedzieć”.
Ma ona przypomnieć o tym, co przecierpiały dwa miliony niemieckich
kobiet w czasie drugiej wojny światowej.
(...)
W jej wiosce Serbowie wymordowali wszystkich mężczyzn, kobiety zaś
zabrali ze sobą i zamknęli w jakimś domu, każdą w osobnym pokoju.
Nurka, opowiadając o tym, z trudem łapie powietrze i co chwila
ociera łzy. – Potem się zaczęło. Było ich wielu. Młodzi, starzy.
Trwało to trzy dni.
Na ciele miała później wiele sińców i śladów ugryzień. Zabrała
dzieci i uciekła do Albanii. Tam lekarka w obozie stwierdziła u
niej ciążę. Nurka na wieść o tym zemdlała. Kiedy wróciła jej
przytomność, usłyszała, jak lekarka mówi: „Proszę się nie obawiać,
nie powiem nic pani mężowi”. Dla niej jednak było nie do
pomyślenia, żeby urodzić to dziecko.
Kiedy mąż wrócił z wojny, zastał ją wychudłą i jakby skamieniałą.
Próbował ją pocieszać: „Nie martw się, że zniszczyli nasz dom,
najważniejsze, że oboje żyjemy”. Milczała, pełna wstydu i lęku, że
ją odepchnie. Nie mógł zrozumieć, dlaczego w ich małżeńskim łóżku
leży jak sparaliżowana. Parę razy próbowała porozmawiać z
przyjaciółkami o tym, co się stało. One zaś po wysłuchaniu jej
historii stwierdzały: „Co za szczęście, że mnie to nie spotkało”.
Wtedy zamilkła na dobre.
Pracownice Mediki były pierwszymi osobami, do których nabrała
zaufania. Opowiedziała im, jak drżała na widok każdego munduru. Że
za każdym razem, kiedy w telewizji pokazywali zdjęcia z wojny,
wciąż czuła te ugryzienia i brutalny uścisk. – Kiedy zaczęłam
mówić, czułam się stopniowo coraz lepiej – wspomina. Odważyła się
wyjść z domu. Sąsiedzi traktowali ją jednak wrogo. „Wiemy, co ci
się przytrafiło. Jak to się stało, że znów czujesz się dobrze? –
pytali.
(...)
Wojenne wdowy dostają w Kosowie rentę w wysokości 36 euro
miesięcznie.
Źródło