makota
06.02.03, 22:22
Coś z życia (własnego) - bo przecież wszyscy to kochamy :-)
Swoją pierwszą w życiu pracę podjęłam w dużym nowym oddziale firmy
zagranicznej. Pracowałam na samodzielnym stanowisku, tę samą funkcję
pełniło oprócz mnie kilku panów.
Po jakimś czasie sprawdzałam się już na tyle, że przejęłam większość
trudniejszych zadań. To mnie zlecano sprawy ambitniejsze,
wykraczające poza zwykłe zakresy itp. itd.
Jednocześnie zorientowałam się, że zarabiam znacznie mniej niż oni.
Smaczku sprawie dodawało to, że wszyscy - poza mną - byli "nietutejsi".
Firma ponosiła więc dodatkowe koszty akomodacji.
Panowie byli więc znacznie drożsi niż ja.
Poprosiłam o podwyżkę i dostałam ją, ale nieznaczną (nie wyrównującą różnic).
Jaki z tego morał?
Po dziś dzień jestem przekonana,
że nie była to dyskryminacja ze względu na płeć.
Po prostu na początku działania oddziału nasze stanowiska miały kluczową rolę,
która z czasem zaczęła maleć. Dlatego początkowo zdecydowano się
na ściąganie ludzi z zewnątrz, obawiając się poziomu lokalnej siły roboczej.
Stopniowo zaczęto zmieniać tę sytuację - a ja byłam pierwszą jaskółką
(ofiarą ;-)
Co więcej - potwierdziłam, że miejscowi nadają się do pełnienia tych ról jak
najbardziej, więc można oszczędzić na tych stanowiskach.
A dlaczego akurat to mężczyźni byli zarabiającymi więcej?
Może dlatego, że kobiety niechętnie decydują się na pracę w oddali.
A morał nr 2?
Gdyby wówczas obowiązywało prawo o niedyskryminowaniu płacowym
mogłabym podać firmę do sądu i wygrana na 100%.
Działania strategiczno-taktyczne firmy wzięłyby w łeb, bo nieopatrznie
zatrudnili kobietę. A może by mnie po prostu nie zatrudnili?
Co Wy na to?