Gość: irima
IP: *.crowley.pl
22.12.05, 13:35
Na początku listopada miałam stwierdzone puste jajo płodowe i zabieg
wyłyżeczkowania. Tydzień potem poszłam na kontrolę do lekarza. Jeżeli chodzi
o sam zabieg to wszystko było ok. Zrobił mi badania z myślą o kolejnej ciąży -
bakteriologię i cytologię. Zobaczył też malutką nadżerkę. Mam już wyniki -
bakterie wszystko w normie, ale niestety cytologia wyszła źle - jest
wprawdzie II stopień ale z wykrzyknikiem i jest adnotacja że są duże zmiany.
Miałam upławy, ale myślałam że to może po tym łyżeczkowaniu.
Lekarz powiedział mi, że zrobi mi wymrażanie. Argumentował, że powinnam to
zrobić koniecznie przed zajściem w kolejną ciążę, bo nadżerka jak i stan
zapalny może powodować, że szyjka będzie "wpuszczać" do macicy to czego nie
powinna i może się to skończyć tak właśnie jak w moim przypadku się
skończyło. (Oczywiście powiedział to innymi słowami ale tak mi to później
obrazowo tłumaczył). Krioterapia spowoduje że ten zły nabłonek zniknie,
ułatwi to zajście w ciążę (za pierwszym razem trochę nam to zabrało) i
zmniejszy ryzyko infekcji prowadzącej do poronienia. Pytałam się czy nie
będzie problemu, żeby szyjka "trzymała" ciążę - mówił że nie. Generalnie
powiedział, że teoretycznie mogłabym zajść w ciążę jeszcze w tym samym cyklu
co miałam krio, bo bakterie są w porządku a po łyżeczkowaniu wszystko się
wygoiło. Argumentował, że w USA robi się krio kobietom, które mają problemy z
zajściem w ciążę, właśnie po to, żeby oczyścić szyjkę i ułatwić plemnikom
przenikanie.
No a ja się zastanawiam. Niby to wszystko co mówi ma sens. Ale naprawdę można
zachodzić tak szybko w ciążę? Wiem że mogę dla świętego spokoju zaczekać, ale
ja chcę wiedzieć dlaczego i na co czekam. Jak myślicie? Czy któraś z Was
miała krio a potem zaszła w ciążę i wszystko było ok?