Nie mieszkam w Polsce, dostanie sie do ginekologa graniczy z cudem, wiec
bedac na wakacjach poszlam do lekarki z siostra do towarzystwa. Zostalam
przebadana z kazdej strony, cytologia wyszla idealnie,ale dostalam gynalgin,
mam wrazenie, ze rutynowo, tak na wszelki wypadek. Ani mi nic nie dolega, ani
lekarka nie stwierdzila zadnych nieprawidlowosci, poza malutka nadzerka, z
ktora "moge zyc". Gynalginu nie wzielam od razu, bo mialam miec za kilka dni
okres, teraz siedze i dumam. Brac czy nie? Tak "dla zasady"to ja nie lubie
zadnych medykamentow. Na co niby ma mi to pomoc? Nie mam szczegolnie
pozytywnych doswiadczen z lekarzami, wiec ja do lekarza to jak do jeza
Zwykle wiem, o czym gadam, tym razem mi pytanie umknelo, z szoku chyba