Dodaj do ulubionych

Cóż robic???

07.05.12, 23:20
Nie wiemy co mamy robić. Moja mama miała w 2009 roku operacje usunięcia macicy (nowotwór). Wszystko poszło dobrze. Później standardowa procedura czyli radioterapia. Podczas badania PET jeszcze przed operacją wyszły jej jakieś małe zmiany na płucach ale lekarz powiedział, że tym zajmiemy się później bo trzeba zając się tym co ważniejsze. Ok. rok po operacji miała robione znów szczegółowe badania i wyszło, że ogniska meta na płucach powiększyły się do 25 mm. Zalecono chemię. Po chemii mama czuła się rewelacyjnie. Tyle się nasłuchała o tym jak to źle się ją znosi i była bardzo zadowolona bo nic z tych czarnych przepowiedni się jej nie sprawdziło. Jedynym mankamentem było złe samopoczucie przez ok. tydzień po kroplówce. Zazwyczaj 7 dnia cały dzień miała wymioty i po tym oczyszczeniu organizmu było świetnie. Apetyt wrócił i gdyby nie fakt, że znów trzeba było jechać na kroplówkę nie powiedzielibyśmy, że coś jest nie tak. Po jakimś czasie znów badania kontrolne i rewelacyjna wiadomość. Ogniska zmniejszyły się do 0,5 mm. W październiku 2010 mama dostała zator płuc (powikłania po chemii). Dodam, że zator ten był winą lekarza pierwszego kontaktu. Kilka miesięcy poprzedzających ten zator mama zgłosiła się do lekarza z zakrzepem pod kolanem. Lekarz potwierdził mamy obawy (podobno to ból w żyłach odczuwany jako rozrywający, rozpychający nogę) i przypisał zastrzyki w brzuch na rozrzedzenie krwi. Pomogło. Na początku wspomnianego października mama odczuwała podobne objawy i znów udała się do tego samego lekarza. Powiedziała, że znów ma zakrzep. Lekarz obejrzał nogę, pomierzył i powiedział, że to nie zakrzep. Dał jakieś leki, które nie pomagały. Ból był coraz silniejszy. W końcu powiedziałam mamie aby pojechała do szpitala i tak zrobiła. Lekarze w szpitalu potwierdzili, że to zakrzep i zapisali leki - te same zastrzyki w brzuch. Miała je wykupić następnego dnia. Jednak wychodząc, że szpitala ten zakrzep się oderwał i powędrował do płuc. Zaczęła się dusić. Ludzie pomogli jej powrócić na SOR i dzięki temu, że była tam dosłownie chwilę wcześniej lekarze wiedzieli, że to zator (podobno normalnie jest trudny do zdiagnozowania. Kamila Skolimowska na to zmarła bo nie było rozpoznania). Trafiła od razu do szpitala. Lekarz powiedział, że gdyby to oderwało się w tej żyle godzinę później, gdy wróciła by już do domu to nie wiadomo, czy dożyła by przyjazdu karetki a nawet jeśli tak to inna ekipa lekarzy nie wiadomo czy by się rozpoznała, że to to. Jednym słowem szczęście w nieszczęściu, że to dziadostwo oderwało się w tym miejscu i czasie. Po zatorze jednak mama została z lekami przeciwzakrzepowymi do końca życia. Obecnie musi regularnie robić badanie krwi na wskaźnik protrombinowy, który określa poziom gęstości krwi. Musi po prostu pilnować aby nie była za rzadka ani za gęsta. Pomijam problemy jakie się z tym wiążą - głupie skaleczenie to już strach a wyrwanie zęba to już tylko w szpitalu pod nadzorem lekarzy. Jakiekolwiek zabiegi operacyjne to ogromne ryzyko. Jednak nie to jest najgorsze. Niedawno miała robione kolejne badania kontrolne i okazało się, że meta na płucach wzrosła do 35 mm. Lekarz onkolog powiedział, że przyczyną może być też przebyty zator. Zalecił znów chemioterapię. Jednak inny lekarz stwierdził, że chemioterapia by mamę zabiła. Dokładnie użył takich słów. Z racji iż chemia zagęszcza krew grozi jej kolejny zator. Radził nie robić nic. Ten pierwszy lekarz oburzony, że jak to nic nie robić, że człowieka trzeba ratować. Mama cały czas w emocjonalnym rozerwaniu nie wiedząca jakie wyjście lepsze powiedziała lekarzowi, że tym razem się tej chemii boi. Stwierdzono więc, że zbiorą konsylium kilku lekarzy i razem przeanalizują jej przypadek. Na 5 lekarzy, 1 opowiedział się za leczeniem chemią a 4 nie bo ryzyko jest zbyt duże. No i co robić???? Nic i czekać na śmierć??? Poddać się chemii w nadziei, że ją przeżyje i tym samym wydłuży sobie życie jeśli ona zadziała. A jeśli chemii nie przeżyje i skróci sobie życie o czas który mogłaby żyć jeszcze bez leczenia??? Boże tyle dylematów i żadnej sensownej odpowiedzi. Mam się boi. Mówi, że poprzedniej chemii się poddała bez lęku a teraz ma straszne obawy. Coś jej mówi aby się nie poddawała. Ja ją popierałam ale teraz myślę, że to takie bierne poddanie się chorobie. Może powinna walczyć???? Jeny nie wiem co robić, co radzić?? Jutro wizyta u onkologa. Jadę z mamą. Chcę z nim porozmawiać raz jeszcze ( to ten co jest kategorycznie przeciwny). Pomyślałam, że może na czas chemii (nie wiem 1,5-2 miesiące) położyć mamę w szpitalu aby była non stop pod okiem specjalistów a gdyby się coś działo to ma natychmiastową pomoc. Ale nie wiem czy to, że mogłaby mieć tę pomoc gwarantuje, że pomoc okaże się skuteczna. Pewnie nie bo nigdy w medycynie 100% pewności nie ma. Wiem, że decyzja należy do nas ale co byście zrobili w tej sytuacji???? Poddali się chemii czy nie????
Obserwuj wątek
    • evee1 Re: Cóż robic??? 08.05.12, 07:57
      Wspolczuje choroby i zycze duzo sil Mamie i Tobie.
      Niestety nic nie doradze, ale sporobuj napisac jeszcze na forum forum.gazeta.pl/forum/f,37372,Nowotwory_damy_rade_.html. Tam bedzie wiecej osob, ktore maja lub ich bliscy miaja/mieli podobne doswiadczenia.
    • horpyna4 Re: Cóż robic??? 08.05.12, 08:30
      Wiesz, różni ludzie podejmują różne decyzje, bo mają różne priorytety. Znałam dawno temu faceta, który długo umierał na nowotwór, a morfina już nie bardzo na niego działała. Cierpiał bardzo, a cieszył się z każdego przeżytego dnia. Dla wielu innych osób jest to zupełnie niezrozumiałe, bo liczy się dla nich bardziej jakość życia, a nie jego długość.

      Myślę, że jedyne, co możesz zrobić, to spokojnie porozmawiać z mamą i wspólnie rozważyć wszelkie ewentualności związane z różnymi terapiami. Ale wyboru powinna dokonać mama, bo to jej życie i jej fizyczne cierpienie - nie Twoje. Ty powinnaś zaakceptować jej wybór i być przy niej.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka